Выбрать главу

– O niczym nie wiem – zirytował się Malcolm.

– Nie wie pan, że płynęła na "Titanicu"? – zdziwił się lekarz. Skoro byli małżeństwem, to dziwnie mało wiedział o żonie.

– Przecież była wtedy bardzo mała – powiedział Malcolm powątpiewająco.

– Miała sześć lat. Straciła w katastrofie rodziców, razem z nimi utonął też narzeczony jej siostry. – Malcolm pomyślał, że to wiele wyjaśnia. Nigdy się nie zastanawiał, gdzie są rodzice Alexis i dlaczego opiekują się nią George i Edwina. Dla świętego spokoju przyjął, że gdzieś wyjechali, bo prawdę mówiąc niewiele go to obchodziło. Alexis nic mu nie powiedziała, dopiero teraz wyręczył ją lekarz: – Tamtej nocy zgubiła się rodzicom i na siłę umieszczono ją w łodzi ratunkowej. Rodzeństwo odnalazła dopiero na statku, który ich wyratował. Zdaje się, że to była "Carpathia". – Lekarz zmarszczył brwi, wspomniawszy tamte czasy. Był wtedy lekarzem okrętowym na "Frankfurcie", który także odebrał radiowe sygnały z ostatnim wołaniem o pomoc. – Uważam, że pańska żona – rzekł z naciskiem – powinna otrzymywać środki uspokajające do końca podróży. Obawiam się, że inaczej jej nie zniesie. Wydaje się nader delikatną osobą.

Malcolm westchnął. No tak! Jeszcze tylko trzeba mu na statku rozhisteryzowanej dziewczyny, której rodzina utonęła na "Titanicu"! Jakże ją odstawi do Stanów, gdy przyjdzie pora powrotu? Może wtedy opiekę nad nią przejmie już George lub Edwina, o ile w ogóle któreś się zjawi… Zaczynał się obawiać, że nigdy to nie nastąpi. Zabezpieczył się przed rodzeństwem Alexis, dopóki nie będzie gotów do załatwienia spraw na warunkach, które sam podyktuje. Musiał więc czekać, aż Alexis będzie mu jadła z ręki.

– Dobrze – przystał na propozycję lekarza. Pomyślał, że dzięki temu będzie mógł przynajmniej spokojnie pograć w karty.

– A więc zgadza się pan na umieszczenie żony w izolatce? – upewnił się lekarz.

– Oczywiście – przytaknął Malcolm z uśmiechem.

Odszedł w stronę baru, gdy tymczasem lekarz, pielęgniarka i stewardesa wynosili nieprzytomną Alexis z kabiny.

Resztę podróży przespała, budząc się tylko po to, by dostać następny zastrzyk. Docierało do niej jak przez mgłę, że płynie statkiem, i nieraz krzyczała w ciemności, wzywając matkę na pomoc. Matka jednak nigdy nie przychodziła. Zjawiała się tylko kobieta w białym fartuchu, wypowiadająca obce słowa, tak że Alexis zastanawiała się, czy statek zatonął i ona przebywa w innym świecie, gdzie wreszcie uda jej się odzyskać matkę… A może chodziło jej o Edwinę?

Rozdział trzydziesty piąty

Edwina z ciężkim sercem wsiadła na statek. Niestety, zabrakło na nim niemieckiego lekarza, który by się nią zaopiekował. Płynęła pierwszą klasą na pokładzie parowca "Paris". Ze sobą miała jedynie niewielką torbę podróżną, z którą przyjechała do Nowego Jorku. Nie zabrała wieczorowych strojów, bo wiedziała, że nie będą jej potrzebne. Chciała tylko dotrzeć do Londynu i zabrać Alexis do domu. I nic więcej! Nie potraktowała poważnie niemądrego listu, w którym siostra napisała o wspólnych z Malcolmem planach i o tym, że jest z nim szczęśliwa. Jeśli nawet tak było, Edwina nie brała tego pod uwagę. Nie mogła dopuścić, żeby jej siedemnastoletnia zaledwie siostra zmarnowała życie u boku kanalii pokroju Malcolma Stone'a. Bardzo teraz żałowała, że zabrała ją do Hollywood i pozwoliła zagrać w filmie. Nie będzie żadnych następnych ról! Gdy tylko pozbędą się Stone'a, wrócą do San Francisco i tam spokojnie będą sobie żyły. Przy odrobinie szczęścia nikt się nie dowie, co przytrafiło się Alexis w Nowym Jorku, ani o jej podróży do Europy. Edwina była gotowa okłamać każdego, byle ochronić siostrę.

Tylko chęć sprowadzenia Alexis do domu mogła ją zmusić do wejścia na statek, choć nogi uginały się pod nią ze strachu. Stewardesa zaprowadziła ją do kabiny, gdzie Edwina opadła wyczerpana na krzesło i przymknęła oczy. Usiłowała odegnać od siebie obraz statku, na którym płynęła poprzednio, wyrzucić z pamięci to, co się wydarzyło podczas tamtego rejsu.

– Czy życzy sobie pani czegoś? – zapytał steward mający pod opieką jej kajutę. Edwinie starczyło sił, by pokręcić głową, steward jednak, zaniepokojony jej bladością, pytał dalej: -Może wyjdzie pani na pokład? Na świeżym powietrzu na pewno będzie lepiej – nalegał, lecz z wymuszonym uśmiechem podziękowała mu za troskliwość.

Później, aby nie myśleć o podróży, dumała o Helen i George'u, o ich miodowym miesiącu. Zanim wsiadła na statek, zatelefonowała do Fannie i Teddy'ego i przypomniała, że nie wolno im nic mówić George'owi, gdyby przypadkiem zadzwonił do domu. Mieli mu powiedzieć, że ona i Alexis akurat wyszły do miasta. Liczyła, że brat, zajęty Helen, nie będzie dzwonił zbyt często. Fannie i Teddy'emu zdradziła, że płynie do Londynu, nie rozumieli jednak, jak wielkim przeżyciem jest dla niej przeprawa przez ocean. Obydwoje byli bardzo mali, gdy stracili rodziców, i prawie nie pamiętali katastrofy "Titanica". Tymczasem dla Alexis podróż była nieomal nie do zniesienia, dla Edwiny zaś okazała się nie mniej ciężką próbą.

Pierwszego wieczora poprosiła, by podano jej kolację w kabinie. Ku wielkiemu niezadowoleniu stewarda taca pozostała prawie nietknięta. Podejrzewał, że pasażerka cierpi na chorobę morską, aczkolwiek nie był o tym przekonany. Nie chciała wyjść na pokład, zasłony w jej kajucie były zawsze zaciągnięte, a ilekroć przynosił jej posiłek, była przeraźliwie blada. Robiła wrażenie osoby pogrążonej w bólu lub żyjącej w nieustannym napięciu.

– Dlaczego pani jest taka smutna? – zapytał ją wreszcie ojcowskim tonem.

Uśmiechnęła się do niego znad listu, który właśnie pisała. Komunikowała w nim Alexis, co sądzi o jej zwariowanej ucieczce i skandalicznej aferze z Malcolmem Stone'em. Zamierzała wręczyć siostrze ten list, jak tylko się zobaczą, tymczasem miała przynajmniej jakieś zajęcie i mogła choć na chwilę zapomnieć, gdzie się znajduje.

Drugiego dnia steward zaczął się zastanawiać, czy nie ma przypadkiem do czynienia z pisarką. Namawiał ją usilnie, by wyszła na pokład. Był piękny październikowy dzień i serce mu się krajało na widok jej smutnej bladej twarzy. Pomyślał, że może ucieka do Europy przed nieszczęśliwą miłością. Przyniósłszy lunch, tak ją zachęcał do opuszczenia kajuty, że w końcu zgodziła się wyjść na pokład. Rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym ukrywała się przez prawie dwa dni, włożyła płaszcz i drżąc z emocji, powoli wyszła na pokład spacerowy.

Wokół zwisały umocowane linami łodzie ratunkowe, na które starała się nie patrzeć, dalej rozpościerało się morze – ten widok przyprawiał ją o jeszcze większe dreszcze. Na całym statku nie było miejsca, gdzie można by się ukryć przed wspomnieniami, i chociaż "tamto" zdarzyło się tak dawno, teraz w jej pamięci odżywało na nowo. Bywało nawet, że musiała sobie powtarzać, iż nie jest na "Titanicu".

Nadeszła pora podwieczorku. Gdy wracała do kajuty, dobiegły jej uszu dźwięki muzyki, przy której tańczono. Oczy jej zwilgotniały na wspomnienie popołudniowych godzin przetańczonych z Charlesem pod życzliwym spojrzeniem rodziców. Zapragnęła raz na zawsze uwolnić się od tamtych wspomnień, rozbudzonych przez znajome dźwięki. Zaczęła biec, nie wiedząc dokąd i dlaczego. Nie patrzyła przed siebie i nagle wpadła na kogoś, a raczej w czyjeś ramiona.

– Och… – krzyknęła, tracąc równowagę.

Nieznajomy podtrzymał ją silnym ramieniem.

– Najmocniej przepraszam! Czy nic się pani nie stało? – zapytał.

Podniosła wzrok i ujrzała przed sobą przystojnego wysokiego blondyna około czterdziestki. Mężczyzna miał na sobie eleganckie, doskonale skrojone ubranie i płaszcz z wytwornym bobrowym kołnierzem.