– Nie… przepraszam… ja… – bąkała.
Wytrąciła mu z rąk dwie książki i gazetę. Widok tych przedmiotów, świadczący o normalności sytuacji, jakby ją uspokoił, bo chwilę przedtem sama myśl o tym, że jest na statku, powodowała, że pragnęła włożyć kamizelkę ratunkową.
– Na pewno nic się pani nie stało? – upewnił się.
Edwina uśmiechnęła się blado i nieznajomy, uspokoiwszy się, puścił jej ramię. Zauważyła, że uśmiech ma serdeczny i ciepły.
– Przepraszam, straszna ze mnie niezdara. Zamyśliłam się.
Pewnie zaprząta ją mężczyzna, pomyślał. Mylił się oczywiście, choć trudno mu się dziwić: kobiety o atrakcyjnym wyglądzie rzadko bywają samotne, a w każdym razie nie trwa to długo.
– Nic się nie stało – zapewnił ją. – Wybiera się pani na podwieczorek?-zapytał uprzejmie, najwyraźniej nie mając ochoty jej opuścić.
– Nie, wracam do kabiny – odparła Edwina, po czym, ku rozczarowaniu nieznajomego, oddaliła się.
Gdy wróciła, steward pogratulował jej, że wreszcie wyszła na świeże powietrze. Edwina uśmiechnęła się, słysząc w jego głosie ojcowską troskę.
– Było bardzo miło, miał pan rację – przyznała. Z wdzięcznością przyjęła propozycję napicia się herbaty, którą przyniósł po chwili wraz z półmiskiem cynamonowych grzanek.
– Musi pani wychodzić z kajuty. Jedynym lekarstwem na smutek jest słońce i świeże powietrze, mili ludzie i dobra muzyka.
– A więc wyglądam na smutną? – spytała zaintrygowana jego słowami. – No, może trochę jestem smutna – przyznała – ale poza tym nic mi nie jest.
Była nie tyle smutna co wystraszona, tyle że steward o tym nie wiedział. Po części jednak miał słuszność – podróż statkiem zasmucała ją, ponieważ zbyt wiele przeżyła podczas przeprawy przez ocean.
– Teraz wygląda pani znacznie lepiej! – pochwalił, mocno był wszakże rozczarowany, gdy jak zwykle poprosiła, aby kolację przyniósł jej do kabiny.
– Mamy taką piękną jadalnię! Może zechciałaby pani tam zjeść? – Nie miał nic przeciwko obsługiwaniu jej, lecz dumny ze swego statku, czuł się dotknięty, gdy pasażerowie nie korzystali w pełni z jego luksusu i wygód.
– Niestety, nie mam odpowiedniego stroju.
– Nic nie szkodzi. Piękna kobieta może wszędzie wystąpić w skromnej czarnej sukience-rzekł myśląc o stroju, w którym widział ją tego ranka.
– Jeszcze nie dzisiaj. Może jutro – odparła, przyniósł jej zatem filet mignon z holenderskimi szparagami i sufletem z ziemniaków, które kucharz podobno przyrządził specjalnie dla niej, ale jak poprzednio zjadła niewiele.
– Pani nigdy nie ma apetytu – żalił się, zabierając tacę.
Wieczorem, kiedy przyszedł rozścielić koję, ucieszył się, bo nie zastał Edwiny w kabinie. Długo się zastanawiała, zanim zdecydowała się wyjść na pokład, by przed snem zaczerpnąć świeżego powietrza. Stanęła z dala od burty, później zaczęła przechadzać się wolno ze wzrokiem wbitym w pokład, pełna lęku przed tym, co ujrzy, jeżeli popatrzy na bezmiar oceanu – może łódź ratunkową, może zjawę albo górę lodową?… Bezskutecznie próbowała odegnać od siebie tę myśl.
Chodziła jak lunatyczka i ocknęła się wtedy dopiero, gdy jej wzrok padł na parę eleganckich skórzanych butów wieczorowych. Podniósłszy głowę, zobaczyła przed sobą znajomego przystojnego blondyna w płaszczu z bobrowym kołnierzem.
– No nie!… – wybuchnęła śmiechem, bardzo zmieszana, znów bowiem wytrąciła mu coś z rąk.
Mężczyzna także się roześmiał.
– Zdaje się, że ma pani jakiś problem – zauważył. – Czy nic się pani nie stało? – zapytał uprzejmie, Edwina zaś poczerwieniała ze wstydu.
– Znowu nie patrzyłam, gdzie idę! – zawołała z pełnym zażenowania uśmiechem.
– Ja też nie – przyznał. – Podziwiałem morze… Jest piękne, prawda?
Spojrzał na horyzont, Edwina jednak nie podążyła za jego wzrokiem. Uważnie obserwowała przygodnego znajomego myśląc, że niesamowicie przypomina jej Charlesa. Był jak on wysoki, przystojny, z pewną dozą arystokratycznej wyniosłości w gestach. Natomiast od Charlesa, który miał ciemną czuprynę, różniły go blond włosy i oczywiście wiek – z pewnością był od niego znacznie starszy.
Mężczyzna patrzył na nią z przyjaznym uśmiechem, najwyraźniej nie mając ochoty spacerować dalej w samotności.
– Może przyłączy się pani do mnie? – podsunął jej ramię.
Edwina gorączkowo szukała wymówki, która pozwoliłaby jej w uprzejmy sposób odrzucić zaproszenie, nic wszakże nie przychodziło jej do głowy. Wpadła na niego dwukrotnie, to prawda, ale przecież nie uczyniła tego umyślnie!
– No cóż… Właściwie jestem trochę zmęczona… Zamierzałam iść do…
– Do łóżka? Ja też jeszcze przed chwilą tam się wybierałem, ale spacer zrobi dobrze nam obojgu. Rozjaśni w głowie… i w oczach… – zażartował.
Edwina odruchowo ujęła go pod ramię, nie bardzo wiedząc, jak poprowadzić rozmowę. Nie przywykła do pogawędek z nieznajomymi. Swobodnie czuła się jedynie u siebie w domu, w kręgu rodziny, wśród przyjaciół, których znała niemal od urodzenia. Nie czuła także skrępowania, gdy przebywała wśród znajomych George'a, ich jednak, prawdę mówiąc, nie traktowała zbyt poważnie.
– Pani pochodzi z Nowego Jorku? – rzekł jakby do siebie.
Edwina, zdenerwowana niecodzienną sytuacją, spacerem w chłodzie nocy na morzu, księżycem świecącym nad głowami, nie mogła zebrać myśli i znaleźć odpowiednich słów. Czuła się dziwnie nieswojo przy tym przystojnym mężczyźnie. Nie wiedziała, co ma mówić, lecz on jakby nie zwracał na to uwagi.
– Nie – odparła niemal szeptem. – Jestem z San Francisco.
– Aha… Jedzie pani pewno do Londynu odwiedzić przyjaciół… A może do Paryża?
– Do Londynu – powiedziała, mając ochotę dodać: "Żeby wyrwać siostrę z rąk drania, który uprowadził ją podstępnie, choć dziewczyna ma dopiero siedemnaście lat, a on z pewnością nie mniej niż pięćdziesiąt." Zamiast tego dodała: – Tylko na kilka dni.
– Taka wyprawa, żeby kilka dni pobyć w Londynie!… Pewnie lubi pani podróże statkiem – mówił, bez trudu prowadząc rozmowę. Kiedy doszli do dwóch leżaków, zaproponował: – Może odpoczniemy?
Edwina usiadła, choć wcale nie miała ochoty, aczkolwiek zauważyła, że mniej boleśnie przychodzi jej znosić podróż w towarzystwie nieznajomego, a sugestywny ton jego głosu powodował, że łatwiej było jej przystawać na jego propozycje, niż je odrzucać.
Usiadła, mężczyzna otulił jej nogi kocem.
– Przepraszam, zupełnie zapomniałem się przedstawić – powiedział po chwili. Wyciągnął dłoń z serdecznym uśmiechem. – Jestem Patrick Sparks-Kelly z Londynu.
Podała mu rękę i wygodniej usadowiła się na leżaku.
– Edwina Winfield.
– Panna? – zapytał wprost. Przytaknęła rozbawiona, że jej stan cywilny może jeszcze kogoś interesować. Ale gdy skinęła głową, uniósł wysoko brwi. -Aha, podwójnie tajemnicza! Czy pani wie, że stała się przedmiotem plotek? – przybrał minę osoby wysoce zaintrygowanej.
Edwina roześmiała się. Był zabawny i miły, podobał się jej.
– Niemożliwe! – wykrzyknęła.
– Ależ zapewniam, że tak. Dwie panie doniosły mi dzisiaj, że płynie z nami pewna młoda dama, która samotnie spaceruje po pokładzie, z nikim nie rozmawia, a wszystkie posiłki każe sobie przynosić do kabiny.
– Mówiły chyba o kimś innym – rzekła Edwina. Uśmiechała się niepewnie, przekonana, że wymyślił tę historyjkę.
– No cóż, czy nie spaceruje pani sama? A widzi pani!… Wiem, bo sam panią widuję i… – dodał wesoło – kilka razy wpadła na mnie pewna piękna młoda dama. A czy na posiłki przychodzi pani do jadalni?