Выбрать главу

Ten pomysł mu się spodobał. Gdyby tak ocalił osadę przed jakimś nieszczęściem, musieliby uznać, że jest coś wart. Wycofał się znad krawędzi skarpy, zaszył w krzakach nad rzeką, żeby to przemyśleć. Po pierwsze, postanowił sobie, że nie będzie ich prosił. Poczeka, aż oni go poproszą. Gdyby tak na przykład wybuchł wielki pożar albo zdarzyła się wielka powódź… Przecież jest silny, nigdy nie bał się żadnej pracy, wiele potrafi, prześcigał rówieśników we wszystkim, był najlepszy… Na pewno w nieszczęściu umiałby dać z siebie wszystko, uratować ludzi i dobytek. Wtedy to już musieliby uznać jego zasługi i jego samego…

Kiedy tak siedział i wymyślał coraz to straszniejsze okoliczności, w jakich miałby się wykazać, ktoś go zaskoczył. Poczuł twarde uderzenie w kark, upadł, a w chwilę później zobaczył nad sobą groźne oblicze nieznajomego wojownika. Jakiś wielki i ciężki brodacz przygniótł go do ziemi, ostrzem wielkiego noża dotykając szyi.

– Nie ruszaj się! – rozkazał groźnie. – Jeden cios i po tobie.

Jeno bezwiednie posłuchał rozkazu. Nieznajomy odwrócił go twarzą ku sobie i wtedy oblicze nieco mu złagodniało. Miał przed sobą tylko nieuzbrojonego chłopaka. Odepchnął go, ale nie schował noża.

– Ktoś ty? – zapytał surowo. – I co robisz tutaj, zamiast być ze wszystkimi?

Jeno patrzył niepewnie, ale nie z przestrachem, bo nie był tchórzem. Wprawdzie nieznajomy wyglądał groźnie, ale przecież nie miał powodu czynić mu krzywdy.

– Jeno – odpowiedział. – A nie jestem z nimi, bo… bo nie chcę.

Mężczyzna roześmiał się.

– Tak? – w jego głosie brzmiało rozbawienie. – A mnie się wydaje, że ciebie tam nie chcieli.

– Sam poszedłem – upierał się, z ciekawością zerkając na nieznajomego.

Był to ogromny, wysoki wojownik. Wyglądał na jednego z tych wędrownych rycerzy, jakich czasem widywano w Dolinie. Służyli tym, którzy płacili więcej albo którzy im się podobali. Wszyscy chłopcy bez wyjątku marzyli, by ich naśladować, pojechać w świat, dokonywać bohaterskich czynów, pokonywać smoki i zdobywać księżniczki.

– Co to za święto? – zapytał nieznajomy, a widząc spojrzenie chłopaka, schował nóż do pochwy przy pasie i dodał uspokajająco: – Nie bój się. Nic ci nie zrobię.

– Nie boję – zapewnił Jeno, rozcierając kark. – Choć trochę to dziwne, że napadliście mnie od tyłu.

– To niezły sposób – stwierdził tamten lekko. – Przecie nie widziałem, kogo mam przed sobą. Mógłbyś być czarownikiem czy kimś takim.

– W tej okolicy nie ma czarowników – zapewnił Jeno.

– A wy wyglądacie na wędrownego rozbójnika, przyznajcie się.

Jeno sam był zaskoczony swoją odwagą. Przecież nie miał przy sobie żadnej broni, a wiedział, że wędrowni wojownicy nie lubią, gdy inni za wiele sobie pozwalają. Ale nieznajomy nie obraził się.

Przeciwnie, docenił odwagę chłopaka.

– Jesteś taki odważny albo taki głupi – powiedział z uśmiechem. – Jak się nazywasz?

– Jeno, już to mówiłem. A wy?

– Parnas. Więc co to za uroczystości?

– Święto Leszczyny, kiedy cieszymy się z zakończonych zbiorów tego roku.

– Ale chyba nie wszyscy cieszą się jednakowo – śmiał się gość.

Traktował Jeno pobłażliwie, ale bez złośliwości. Może wiedział, że jest jednym z bohaterów chłopięcych opowieści i chciał się wydać taki, jak w tych bajaniach – mężny, szlachetny, sprawiedliwy.

Zapytał o szczegóły dotyczące święta i z dużą uwagą słuchał wyjaśnień chłopaka. Zadał jeszcze kilka pytań i jakby usprawiedliwiając się ze swojej ciekawości, powiedział:

– Widziałem wiele krain, wiele ludów i plemion. Wszędzie mają jakieś zwyczaje, więc chętnie słucham takich opowieści. W nich kryją się tajemnice tego świata.

– Na pewno wiele wędrowaliście i wiele moglibyście o tym opowiedzieć – podchwycił Jeno z zaciekawieniem, ale Pantas zbył go krótkim:

– Pewnie.

A widząc rozczarowaną minę chłopaka, dodał łagodniej:

– Może innym razem. Mówiłeś o wielu gościach, którzy zjechali na święto. Czy jest wśród nich ktoś, kogo mogę znać?

– Nie wiem – zastanowił się Jeno. – Nie wiem, kogo znacie, a kogo nie. Powiadają, że wędrowni wojownicy znają wszystkich. Chyba jednak nie w naszej osadzie. Tu nigdy nie było nikogo znanego.

– Chyba masz rację – powiedział Pantas, po czym odwrócił się i poszedł ścieżką przed siebie. Jeno skoczył za nim, niezadowolony z tak nagłego zakończenia rozmowy, i po chwili zabiegł rycerzowi drogę.

– Przepuść mnie – poprosił tamten. – Muszę jechać dalej. Jeno odsunął się ze ścieżki.

– A dokąd się udajecie?

– Daleko na północ. Sławny kapitan Jupter zwołuje tam wojowników na wielką wyprawę, hen za morze. Bywaj zdrów, chłopcze. I nie gniewaj się, że cię uderzyłem.

Ruszył szybkim krokiem przed siebie. Jeno, który podążył za nim ukradkiem, zobaczył po chwili wierzchowca przywiązanego do drzewa. Pantas poklepał konia po szyi. Potem, nie odwracając głowy, powiedział głośno:

– Jeszcze tu jesteś, chłopcze?

Jeno, przekonany, że wojownik go nie widzi, drgnął zaskoczony.

– Jestem – przyznał zdziwiony, że Pantas odgadł jego obecność.

Nagle znowu wezbrała w nim odwaga.

– Panie, a może byście…

Mężczyzna odwrócił się powoli i uważnie spojrzał na chłopaka.

– Nie – powiedział stanowczo.

– Co nie?

– Nie zabiorę cię z sobą. Bo o to chciałeś zapytać, prawda? A są przynajmniej dwa tego powody. Po pierwsze, jesteś młody i niedoświadczony…

– Doświadczenia nabiorę przy was – szybko zapewnił Jeno.

– Dobra odpowiedź! – roześmiał się Pantas. – Ale to tylko słowa. Tam, gdzie jadę, jak zresztą w wielu innych miejscach, trzeba być mężnym, silnym, doświadczonym. Słowem, trzeba być mężczyzną.

– W opowieściach często takie drobiazgi nie są żadną przeszkodą dla bohaterów.

– Znowu dobra odpowiedź – Pantas klasnął z zadowoleniem w ręce. – Ale może niezbyt dokładnie ci opowiadano. Obawiam się, że dobre chęci nie wystarczą. Czy umiesz przetrwać na pustyni? Albo poradzić sobie z południcami, kiedy zechcą posmakować twojej krwi i opadną cię śpiącego? Wiesz, jak się buduje wieże oblężnicze albo którędy wiedzie droga do Wolina?

– Na pewno nie jestem taki mądry jak wy – gorąco zapewnił Jeno. – Ale części z tych rzeczy mógłbym się nauczyć od dobrego nauczyciela. Jestem silny, bo terminuję u kowala, i umiem celnie strzelać z łuku.

Nagle spoważniał i powiedział:

– Sam widzę, że jeszcze nie mogę ruszać z wami. Ale czy mogę liczyć, że jeśli któregoś dnia będziecie przejeżdżali tędy…

Pantas wsiadł na konia, poprawił rynsztunek i zamierzał się oddalić.

– Przez całe życie wędruję – oświadczył – a tutaj jestem pierwszy raz. Kto wie, czy kiedykolwiek będzie jeszcze okazja do spotkania.

Jeno opuścił głowę i milczał. Zrozumiał, że jego marzenia muszą jeszcze poczekać.

– Masz zadatki na wojownika – pocieszył go Pantas. – Chyba się nie mylę, wystarczy popatrzeć na twoje szerokie ramiona. Ale wiele jeszcze pracy przed tobą, a pewnie i masz w sobie jakieś ukryte talenty. Tego właśnie oczekuję u swego ucznia.

– A może… – zaczął nieśmiało Jeno. – Może jednak zgodzilibyście się poddać mnie jeszcze jednej próbie?

– Jeszcze jednej? A nie rozpłaczesz się, kiedy ci nie wyjdzie? – zakpił Pantas bezlitośnie.

Na jego twarzy widać było rozbawienie, to rozbawienie, to uznanie.

– Dobrze – powiedział. – Dziś rano, kiedy wjeżdżałem do Doliny, przekroczyłem strumień płynący z zachodu na wschód…

– To rzeka Kręta – podpowiedział Jeno.