Выбрать главу

– Kiedym cię brał, postawiłem sprawę jasno – mówił Jakub. – Zarówno tobie, jak i twojemu ojcu.

Jestem wdowcem i mam jedyną córkę, której los nie jest mi obojętny.

– Nie wszystko powiedzieliście od razu – przypomniała.

– Wszystkiego dowiedziałaś się w odpowiednim czasie. Możesz mieć pretensje do ojca, że tak mu zależało na koligacjach ze mną, że zapomniał cię uprzedzić. Tak czy owak, obiecałaś dołożyć wszelkich starań i zająć się Aleną jak rodzonym dzieckiem. I co?

– Staram się, Bóg mi świadkiem – powiedziała pani Agnieszka cicho, ale z naciskiem. – Staram się i nikt nie może mówić, że jest inaczej. Alena to krnąbrna i rozpuszczona dziewczyna, której brakowało ojcowskiej ręki, a matka zanadto jej pobłażała. Jeżeli teraz jest taka nieposłuszna, co będzie później, kiedy dorośnie? Czy zechce słuchać ojcowskich pouczeń? A cóż dopiero moich, choćby płynęły ze szczerego serca.

– Jest trochę rozpuszczona – przyznał pan Jakub. – Ale to jeszcze dziecko, a ty żadną miarą nie powinnaś folgować sobie, zapominać o niej, albo i podpowiadać z nierozsądku czy złośliwości niestosownych zachowań. Spodziewam się po tobie dobrego przykładu, dobrej rady, wskazań, jeśli już nie możesz okazać miłości. Na pewno zaś nie takich pomysłów, które mogą doprowadzić do jej zguby.

– Ależ mężu… – usiłowała zaprotestować.

– Lepiej już milcz – powiedział rozeźlony. – Na Boga, lepiej już milcz! Powiem tylko raz. Nie chcę słuchać, co gadają ludzie, co plotkuje służba. Ale jeśli tylko zdarzy się coś podobnego, odeślę cię do ojca. Nie żartuję. Jak mi Bóg na niebie miły, odeślę!

Pani Agnieszka zbladła. Aż takiego gniewu się nie spodziewała, choć znała szczególne przywiązanie Jakuba do córki. A ta jest za mała, żeby rozumieć co się stało. Jest tylko dziewczynką, płaksą, która tęskni do matki. Do tamtej kobiety, której pewnie zupełnie nie pamięta. A może chodzi tu o to, że i on tęskni do pani Krystyny, choć jest dostatecznie dorosły, aby wiedzieć, że umarli nie wracają i teraz ma tylko jedną żonę – Agnieszkę.

– Jeśli wolicie słuchać, co mówi służba… – zaczęła, ale ten sposób, używany czasem, tym razem okazał się nieskuteczny.

– Rzekłem, com rzekł. Twoja rzecz mnie słuchać. I nie rób mi tutaj takiej miny! Mam własny rozum i sam rozumiem to, co widzę. A moje oczy widziały dzisiaj dość. Jeśli za twoją przyczyną jakaś krzywda spotka moją córkę, pożałujesz! A teraz odejdź, póki mam jeszcze nad sobą panowanie.

– Odejdę – odparła niemal zuchwale. – Wasza wola rozkazywać. Ale zanim odejdę, powiem, że to nie tylko moja wina, że nie macie syna. Wasza też.

– Dość! Postanowiłem uwolnić cię od tego obowiązku, który zdaje się być nad twoje siły. Kazałem nająć piastunkę, która będzie opiekowała się Aleną. Starczy, jeśli czasem tylko rzucisz okiem, o resztę nie musisz się martwić, bo to już nie twoja sprawa.

– Ale przecie odpowiednie wychowanie… – sprzeciwiła się pani Agnieszka.

– Na razie wystarczy jej to, czego nauczy się od piastunki – orzekł pan Jakub. – Jak podrośnie, może zechce nauczyć się czegoś więcej. Choćby od moich krewnych, a spodziewam się, że i od ciebie.

Poślemy ją w swoim czasie na jaki godny dwór. Na razie niech piastunka uczy ją i pilnuje. Ciebie upoważniam, a uprzedziłem o tym Szczepana, byś wkraczała tylko wtedy, kiedy piastunka będzie zachowywała się niewłaściwie. A teraz zejdź mi z oczu.

Pani Agnieszka odeszła, łykając łzy, zła, zbuntowana, prawie zrozpaczona. Bała się, że mąż gotów jest spełnić groźbę i odesłać ją do rodziny, zhańbioną i upokorzoną. Teraz jeszcze do swoich stałych pretensji dodał zarzut, że nieodpowiednio zajmuje się Aleną.

– Wszystko przez to złe, nieposłuszne, okropnie płaczliwe dziecko! – mruczała do siebie, przechodząc przez dziedziniec do swoich komnat. Kątem oka dostrzegła Szczepana, na widok którego ręce same zacisnęły się jej w pięści. Stary dziad! Nigdy jej nie lubił, bo był dalekim krewnym zmarłej pani Krystyny. I to on niewątpliwie nagadał panu różności o niej. Ale zobaczymy, czyje będzie na wierzchu. Jeszcze to zobaczymy. A wtedy i wy, Szczepanie, pożałujecie!

Stronka zjawiła się we dworze już następnego dnia. Stanęła w wielkiej sali, wysoka, postawna, spłoszonym wzrokiem patrząc wokoło. Jej własne dziecko, jedyne jakie miała, umarło przed rokiem na nieznaną chorobę.

– Wynagrodzę za dobre wykonywanie obowiązków – powiedział pan Jakub. – Niczego wam nie braknie, jeśli będę zadowolony. To moje jedyne dziecko i chcę, by było zdrowe i bezpieczne.

– Każdy potrzebuje matki – odpowiedziała niespodziewanie odważnie. – Czy młody czy stary. Umiem użalić się nad biedactwem, ale i rózgą potraktować w razie potrzeby. Możecie zdać się na mnie.

Wkrótce nikt we dworze nie wyobrażał sobie Aleny bez Stronki, a jej opiekunki bez dziecka. Karmiła je, usypiała, nosiła, bawiła, śpiewała, czesała włosy, ubierała, karciła i rozpieszczała. Alena przestała płakać, zaczęła się uśmiechać, a potem śmiać.

– Patrzcie, jaka to dobra niania – mówili ludzie już po kilku tygodniach pobytu Stronki we dworze. – Dziecko świata za nią nie widzi.

– I dobrze. Po co ma płakać za matką, która nie wróci. I po co ma płakać przez macochę.

Kolorowa drewniana kaczka trafiła do obory, gdzie zawinięta w szmatę została umieszczona wysoko na słupie, a z powodu panującego tu półmroku w miejscu zupełnie niewidocznym dla postronnych.

Czasami, kiedy nikogo nie było w pobliżu, Jeno wyciągał zawiniątko, rozwijał je i przyglądał się zabawce. Kaczka była pięknie wyrzeźbiona z jednego kawałka drewna, miała płaski brzuch, wyraźnie zaznaczone skrzydła i okrągłe oczy. Woda nie zmyła z niej farby, więc nadal cieszyła wzrok błękitem i czerwienią, kiedy Jeno trzymał ją jedną ręką, drugą przykładając główkę do szyjki.

Któregoś dnia wbił w szyję kaczki wykutą cichcem cienką szpilkę, na drugim jej końcu zamocował główkę. Zabawka wyglądała teraz jak dawniej i tylko niewielki pasek wokoło szyi świadczył, że niedawno składała się z dwóch kawałków. Zawiniątko znowu spoczęło na belce pod dachem.

Jeno nie wiedział, czemu tak postępuje. A właściwie wiedział. Chciał kiedyś oddać zabawkę nieznajomemu dziecku, choć pojęcia nie miał, jak miałby je odnaleźć. Wiadomo mu było jedynie, że dziewczynka pochodzi zza rzeki, więc z miejsca, które było dla niego zakazane.

Uczeń kowala

Lato 1359

– Wcale nieźle – powiedział kowal Hanek. – Nie zwalniaj! Bij równo, regularnie.

Jeno mocniej ujął trzonek i dźwięczny głos młotka uderzającego o blachę popłynął wokoło.

– Nieźle – powtórzył kowal.

Hanek był dobrym nauczycielem, a Jeno dobrym uczniem. Kowal szybko zauważył, że uczeń jest bardzo pojętny, a że był znacznie silniejszy od swoich rówieśników, robił szybkie postępy.

Oczywiście, Hanek nieczęsto chwalił Jeno, a tylko patrzył, by chłopak nie miał za wiele wolnego czasu. Sześć dni w tygodniu Jeno wstawał skoro świt i szedł spać ostatni. Poza pracą w kuźni miał zawsze zajęcie koło domu kowala – nosił wodę, rąbał drwa, stawiał ogrodzenie, biegał na posyłki, czyścił i sprzątał.

Kiedy skończył dziesięć lat, tak sprawnie posługiwał się młotem, że Hanek już się zaniepokoił o swoją pozycję kowala przy zamku. Terminator był wyjątkowo zdolny, a Hanek ani myślał go wyzwolić i stworzyć dla siebie konkurencję. Jeno mało wiedział o tych sprawach, bo stale zajęty robotą nie miał czasu ani sposobności chodzić z innymi czeladnikami na piwo do gospody pod Holsztynem.

Tylko w niedziele i święta, kiedy kuźnia nie pracowała, Jeno miał nieco swobody i wtedy mógł biegać po polach, kąpać się w rzece, szukać ptasich gniazd w lesie. Do ludzi nie garnął się zbytnio, bo niechętnie z nim przestawano.