„Złota jest idealną kochanką”, przypomniało się czyjeś zdanie.
Bestia cicho mruczała mu do ucha. Brzmiało to przyjemnie, matowo i podniecająco. Czuł ciepło jej ciała. Może gdyby coś powiedziała, czar prysnąłby w zetknięciu z chropawym szeptem gabery. Jednak Złota nic nie mówiła, nitki czaru coraz mocniej oplątywały zmysły Adamsa.
108.
Bariera ognia była coraz bliżej.
Tym razem płomień nie miał zwykłej mocy. Tu i ówdzie biegały jego mizerne języki. Tylko z trudem można było rozpoznać w nich ludzkie kończyny czy korpusy. Za to wszędzie kłębił się gęsty, gryzący dym.
Złota pewnie wiodła go ku płomieniom. Szła coraz szybciej, jakby niecierpliwiła się, że gdzieś nie zdąży. Płomienie nie paliły w twarz, nawet z niewielkiej odległości; dla Złotej utworzyły przejście jak ciasną furtkę. Wprawdzie pamiętając namowy Griety, Adams nie był już pewien, że nie powinien tam wejść, lecz teraz podążał pod ramię nie z Grietą, a z gaberą, przepiękną, niezwykłą, choć konwojentką Golców.
Pierwsze płomienie otoczyły go, poczuł je na dłoniach, stopach, na boku. Szarpnął się w tył. Złota wyszczerzyła ku niemu długie kły. Z gardłowym pomrukiem z całej siły pociągnęła go za sobą. Adams znów dostrzegł w niej groźne zwierzę, nie egzotyczną piękność. Mocno szarpnął się i wyswobodził ramię. Złota nie miała nadludzkiej siły. Na jej twarzy widać było kobiecy gniew i zawód.
– Ach, ty! – rzuciła niskim, gardłowym głosem. – Chodź! Dlaczego stoisz? Myślałam, że mnie chcesz.
Adams nie odpowiedział. Nie mógł, bo przecież brzmienie głosu niezbicie dowiodłoby, że jest przebierańcem.
Szczerząc garnitur białych zębów, zrobiła gwałtowny ruch do tyłu, jakby próbowała w ostatniej chwili złapać Adamsa.
Ten cofnął się odruchowo poza zasięg płomienia.
Nagle, jednym czytelnym ruchem, zupełnie jak obrażona kobieta, obróciła się na pięcie i odeszła w płomienie. Kurtyna ognia zamknęła się za Złotą Gaberą.
Minęła go, potrącając, inna rosła gabera. Pośpiesznie zmierzała w płomień, gdzie zniknęła Złota. Adams poczuł zapach, poznał Pachoma. Decymus szedł za Złotą jak urzeczony.
– Sykenu, stój! – szepnął Adams.
Ten jednak parł naprzód. Adams przytrzymał go za ramię.
– Zostaw mnie, Engilu – powiedział Pachom łamiącym się głosem. – Ja chcę iść za nią. Chcę z nią być! – Gwałtownym szarpnięciem wyrwał się Adamsowi i zniknął w płomieniach.
Adams stał bezradnie i patrzył w miejsce, gdzie ściana ognia zamknęła się za dowódcą. „Cóż, przyszło mi samemu wracać”, pomyślał. „Czy rozpoznam Mroczną Przełęcz?”
Po chwili spomiędzy tańczących ogni wyłoniła się ciemna sylwetka o osmolonym futrze. Sykenu wracał, nie spłonął. Adams odetchnął z ulgą. Decymus zatrzymał się przy Adamsie.
– Dobrze, że się rozmyśliłeś. Ten płomień by cię spalił. On też zwęgla, ale z początku wolno, żeby nie spłoszyć ofiary.
– Nie rozmyśliłem się, to Złota powiedziała, że chce ciebie, nie mnie. Mnie zatrzymała w pół kroku, nawet popchnęła z powrotem. Powiedziała, że jest tylko twoja i że ty byłeś pierwszy.
– Przecież jestem skryty w futrze Czarnego. Poznała mnie?
– Tak. Ona wiedziała, że jesteś przebrany w futro, o mnie tak samo. Kazała ci to powiedzieć.
– Zakochała się czy co?
– Na to wygląda. Pewnie jeszcze tam na ciebie czeka – urwał. – Gdybyś ją wziął na tym suchym mchu, tobym chyba cię zabił z zazdrości – dodał po chwili. – A potem sam bym ją wziął…
– Skąd wiedziałeś, że chcę ją wziąć?
– Że nie możesz się powstrzymać? Jasne, że wiedziałem. Powietrze wokół było aż naładowane elektrycznością. Łączyła was poświata. Sam nie mogłem wytrzymać. Ona była nieziemsko podniecająca. Właściwie dlaczego jej nie położyłeś na tamtym mchu?
– Przypomniałem sobie, że Kazigrotowi zgnił od tego kutas.
– Głupcze. Złota nie jest nieczysta. Można ją wziąć jako żonę. Podobno jest lepszą żoną niż zwykła kobieta. Wielu miało Złote Żony, które rodziły im prawie zwyczajne dzieci. Inne Czarne nie znoszą Złotych; często je zagryzają.
– Rzeczywiście zachowywała się inaczej niż Czarne. Ale jak taką przeprowadzić przez Linię? – mruknął pod nosem Adams. Myślał już o czym innym.
Przez ten dym czy opar dostrzegł zarysy jakichś zabudowań, mizerną szopę, kurną chatę. Wrota do najbliższego budynku były na wyciągnięcie ręki.
– Chciałem czegoś spróbować – ciągnął Adams. – Grieta powiedziała mi, że ten płomień to atrapa, że da się przezeń przejść. Złota przeszła.
– Jednak za nią idziesz…
– Nie. Tylko sprawdzam, czym jest ten płomień.
Adams zdecydowanie podszedł do płomienia. Przez brunatny dym sięgnął ku złocistym nitkom ognia.
109.
Delikatne muśnięcie dłonią naruszyło subtelną równowagę żywiołów. Odpowiedziała mu gwałtowna eksplozja, fajerwerk ognia, światła i nieznośnego hałasu. W tym blasku rzeczywistość po drugiej stronie okazała się zupełnie inna. Po Złotej Gaberze nie było ani śladu.
Po horyzont widać było tłumy. Suche wiozły Golców upchanych na wozach ciągnionych przez innych Golców. Jedni nadzy ludzie wieszali innych na wieloosobowych szubienicach pod czujnym okiem Czarnego.
Obok jakiś inny Czarny zgrabnie wskoczył na właśnie powieszoną gołą kobietę, a następnie, sapiąc z wysiłku i uciechy, zgwałcił ją. Podrygując rytmicznie w takt ruchów Czarnego, wiszące ciało wytrzeszczało przekrwione białka oczu akurat w stronę Adamsa.
Tak się to spodobało innemu, że wskoczył na Golca powieszonego obok kobiety i wisząc na nim, zrobił to samo, a następnie z małpią zręcznością przeskakując od wisielca do wisielca, gwałcił ich wszystkich po kolei, bez różnicy – kobiety i mężczyzn. Okazało się przy tym, że wszyscy powieszeni żyją, dyndając na postronkach.
Jakiś Golec urywał sobie jedną rękę, potem z pomocą usłużnego Suchego drugą, tworząc ze swoich kończyn dziwacznego, ruszającego się stwora, który umieszczoną w odbycie łyżką nakarmił leżącą obok resztę swojego właściciela.
Opodal biegła, płonąc, naga kobieta. Gdy ogień przygasał, ból słabł, zwalniała, a mknący obok Czarny polewał jej plecy nową porcją płonącej, lepkiej mieszanki, a wtedy ona znowu przyśpieszała. Jego kolega identyczną mieszaniną pokrywał twarz jakiegoś mężczyzny. Kiedy ukazały się opalone z ciała zarysy oczodołów, zaczął bić brawo z uciechy, poparzonego odpędził, a następnie spośród Golców wyciągnął kolejną ofiarę.
Całe grupy ludzi wchodziły do małych pomieszczeń u stóp wysokich, ceglanych kominów, przypominających tamten napotkany w ciemnościach. Niektórzy nieśli w rękach swoje głowy, inni dźwigali tylko twarze, głowy mając nadal na szyi. Po wejściu kolejnej grupy, z komina wystrzelał pióropusz ognia i dymu, leciały czarne łachmany sadzy.
Ktoś leżał rozciągnięty na kole od wozu; jego kończyny powyginane były pod najdziwaczniejszymi kątami. Z otwartych złamań ciekła krew.
Widokowi towarzyszył bardzo głośny dźwięk, nie seria wybuchów, lecz nieznośny hałas, uciążliwy warkot jakby pracującego urządzenia, przez który czasem przedzierał się dźwięk żałobnych dzwonów. Daleko na wzgórzach kościotrupy biły w dzwony rozwieszone na szubienicach.