Выбрать главу

– Macie iść równym, paradnym krokiem – powiedział Reutel. – Żołnierze na murach mają nie zauważyć, że jesteście uwięzieni.

Sykenu pogardliwie splunął przez zęby.

– To jest warunek waszego przeżycia – powiedział spokojnie Reutel. – Jeśli sprawa się wyda, mamy rozkaz was zabić.

– Daliśmy się podejść jak dzieci – burknął Sykenu. Wprawdzie mówił do Adamsa, jednak odpowiedział mu Reuteclass="underline"

– Uratowaliście życie. W przypadku trudności mieliśmy was rozwalić na miejscu.

Ledwie dwóch strażników przypatrywało się wchodzącym przez bramę warowni.

– Pusto tu – zauważył Sykenu. – Wojska nie widać.

– Akurat pora zwiadów – powiedział Reutel. – Na wieczór zejdzie do fortu sporo ludzi.

Zaprowadził ich na dziedziniec. Wskazał na ciemny, prostokątny otwór wiodący do lochu.

– Skaczcie.

Obaj się zawahali: skręcenie lub złamanie nogi przekreślało szanse obrony czy ucieczki.

– Skaczcie – powtórzył Reutel. – Tam nie jest głęboko. Na wzrost busierca.

Najpierw skoczył Sykenu, Adams w ślad za nim. Upadł do przodu, uderzając hełmem w ścianę, aż go zamroczyło.

115.

– Engilu! – przez szum w głowie przedarł się szept. Nagle poczuł ostry, przeszywający ból głowy.

– Engilu! – jeszcze raz, ale jakby okraszone chichotem.

– Już dobrze – mruknął Adams. Ból narastał i słabnął falami. – Tylko we łbie założyli mi pasiekę garnizonową. Pewnie jak spałem.

Odpowiedział mu chichot Sykenu.

– Miód kapie?

– Tak. Cholerny miód…

Adams czuł w ustach słony smak krwi – pozbawiony wyściółki hełm rozciął skórę. Głowa jednak nie bolała bardziej niż potłuczone upadkiem, umęczone gnaty.

– Nie jest źle. Mogli nas tu zepchnąć – mruknął Sykenu. Loch nie cuchnął, od nowości jeszcze nie był używany. Jednak ściany i podłogę wyłożono płytami łupka, od których ciągnął przykry ziąb. Dwa i pół metra wyżej jaśniał otwór wejściowy, przyciśnięty kratą z solidnych bali. Nie była zbyt wysoko. Adams zebrał się z ziemi.

– Strażnik! Do mnie! – zawołał.

– Ty cholerna, czarna poczwaro! – wrzasnął legionista. – Siedź mi tu zaraz cicho!

– Krawca nie poznajesz?

Strażnik zaciął batem przez kraty, koniec rzemienia sięgnął ramienia Adamsa, ale bezboleśnie dzięki kolczudze.

– Przełażą przez Linię. Jeszcze ich tutaj nie widzieli!

Nowy raz bata.

– Siadaj, cholero! Każę sobie zrobić sandały z twojej skóry, paskudo! Busiercu, wypierdziołku!

– My jesteśmy Krawiec i Pachom.

– Milcz! Nie wymieniaj imion bohaterów! Samaś ich pewnie pożarła, stworo! Ale mistrz katrup wywlecze z ciebie wszystkie wieści! Poczekaj, tylko wróci ze zwiadu.

– Daj spokój, Engilu – mruknął dowódca. – Szkoda wysiłku. Nie zdzieraj gardła.

Jednakże wołania Adamsa odniosły skutek: po godzinie do lochu spuszczono drabinę i pretorianie wyprowadzili ich na górę. Przeniesiono ich do małego pomieszczenia bez okien. Światło wpadało jedynie przez świetliki pod sufitem i przez szpary w solidnych drzwiach z grubych desek.

– Komuś były bardzo nie w smak twoje okrzyki.

– Pozostaje tylko zgadnąć, kto miał ich nie usłyszeć.

W ciasnym pokoiku nie było cieplej niż w lochu. Adamsa trochę niepokoiło, że światło jest tak intensywne, potem zainteresował się dobrze widocznymi rzemieniami pętającymi ramiona decymusa.

– Pazur powinien przeciąć te rzemienie – powiedział. – Musimy tylko ciąć je sobie nawzajem.

Sykenu pokręcił przecząco głową.

– To zły pomysł. Związali nas spece. Purpurowi to najlepsi żołnierze. Zaraz zauważą, że z więzami jest coś nie tak. Mam lepszy pomysł.

– Pasków nie da się rozluźnić bez przecinania – nalegał Adams. – Namoczyli je, teraz się skurczyły; ramiona mi już drętwieją.

– Nie będziemy rozluźniać pasków ani zdejmować więzów.

– To jest ten pomysł? Będziesz ich przekonywał czy co?

– Właściwie tak. Ale do tego muszę mieć wolne ręce.

– No właśnie.

– Więzów nie wolno ruszyć ani tobie, ani mnie. Nietknięte więzy uśpią ich czujność. Z resztą sobie poradzę.

Adams zmilczał. Skrzywił się z niechęcią. Zmęczyło go kluczenie Sykenu.

– Zwyczajnie. Związali mnie jak człowieka, nie jak busierca - wyjaśnił dowódca. – To cienkie paski.

„Ramiona straciły sprawność. Nie utrzymam w nich miecza. Kiedy zaczną obumierać?”, pomyślał. Nie pamiętał reguł rządzących tkanką, do której odcięto dopływ krwi. „Może trochę tam dopływa…?”

Na dodatek dręczyło pragnienie. Zdążyli zapomnieć to uczucie. W areszcie dzbana nie było, zresztą i tak trudno byłoby spętanemu nie wylać jego zawartości.

– Czujesz dalej słodkawy zapach ludzi? – spytał Adams.

– Bardzo wyraźnie. Potrafię ich po nim rozróżniać. Szkoda, że nie rozumiem, co oznaczają te różnice w zapachach.

– Ja przestałem ich czuć.

– Może ci krew zaschła w nosie po tym upadku?

– Już wcześniej nie czułem. Ale nosa nie rozbiłem, rozciąłem ciemię.

Sykenu, nabierając powietrze w płuca, kilkakrotnie napiął mięśnie. Czuł, jak rzemyki delikatnie ustępują. Nie chciał ich zerwać przedwcześnie.

– W zasadzie nie jestem związany – powiedział wreszcie do Adamsa i przestał ćwiczyć. – To, co widać, to tylko pozór rzeczywistości… – Uśmiechnął się.

Adams siedział w kącie, oparty o ścianę. Przypatrywał się ćwiczeniom decymusa. W przeciwieństwie do Sykenu, nie spodziewał się niczego dobrego po najbliższych godzinach. Brutalne aresztowanie i determinacja pretorian oznaczały, że wyrok został wydany, zanim ich ujęto.

– Dlaczego nikt z nami nie rozmawia? – rzucił do Sykenu. – Siedzimy już parę godzin w zamknięciu.

– Siedzimy tu już drugi dzień. Najpierw straciłeś przytomność, a gdy się ocknąłeś, zaraz usnąłeś. Sen cię leczył. Zbudziłem cię dopiero rankiem.

– Drugi dzień… Właśnie, tak jasno tutaj mimo marnych świetlików. Musiałem długo krwawić.

– Niekoniecznie. Nie dało się obudzić cię delikatnie. Szarpnąłeś się, odnawiając ranę.

– Na co oni czekają? – Adams wrócił do starego tematu. – Powinni wysłuchać naszych relacji.

– Może wiedzą, co mamy do powiedzenia.

– Niby skąd?

– Podejrzewam, że nasz zwiad mógł nie być pierwszy…

– W takim razie, po co w ogóle był?

– Żeby się łatwo pozbyć kilku niewygodnych ludzi. Nas obu na ten przykład.

– Jednak wróciliśmy stamtąd. Nie można bezkarnie zabić simpla, a co dopiero decymusa z Linii. Z pewnością nie wszyscy poprą taką decyzję.

– Możesz się mylić. Ja byłem nielubiany. Za szybko zostałem decymusem.

116.

Dopiero kiedy przez świetliki wpadało już miękkie światło zachodzącego słońca, wyprowadzono ich z celi. Korpuśny Croyn prowadził, dwaj pretorianie trzymali ich za ramiona. Adams przez chwilę rozważał, czy nie warto by znowu zacząć wykrzykiwać swoje imię, ale zrezygnował.

Zaprowadzono ich wprost do Drubbaala. Oprócz sotnika w pretorium zgromadzili się decymusi, Hjalmir oraz korpus pretorii, który ich przyprowadził. Dziwiła jedynie obecność Chettiego. Można było domyślić się, że teraz on dowodził oddziałem Pachoma. Więźniowie stanęli na środku sali, pod bacznym okiem pretorian. Drubbaal leniwie sączył wino. Inni dowódcy stali w milczeniu, przypatrując się więźniom. Hjalmir spod zmarszczonych brwi lustrował Adamsa.