Zdarzało się, że Czarne próbowały powstrzymywać uprowadzanie Golców. Robiły to bez przekonania, zwiedzione wyglądem sotnika. Na ogół tłumaczyły mu, że pomylił drogę. Sykenu ściągał je przez Linię na stronę Krum. Tu on sam lub jego oddział rozprawiał się z nimi bez litości. Sotnik zalecał brać ze sobą dużo broni. Lubował się w niezwykle kosztownej, ale skutecznej broni palnej. Przynajmniej na co trzeci zwiad zabierano samopały. Korpuśny miał przygotowane aż po cztery naboje na akcję, simple po dwa.
O ile z gaberami rozprawiano się jedną celną kulą, to do busierców Sykenu zalecał strzelać siekańcami albo grubym śrutem. Miał w tym sporo racji: Pojedyncze kule zwykle nie powalały busierców, które nawet celnie trafione i zranione, potrafiły rozszarpać niefortunnego strzelca. Znajdowały go, idąc po zapachu spalonego prochu. Nawet trafienie w czaszkę mogło okazać się nieskuteczne, jeśli nie poszło z boku w skroń. Na ogół kula z obrzyna nie przebijała grubych kości czaszki, a często grzęzła już w rogowej skorupie na czole samca. Rzadko zdarzał się okaz, który właśnie zrzucił rogi.
Natomiast siekańce wywalały w busiercu dziurę wielkości głowy mężczyzny; wtedy stwór gubił wnętrzności i wykrwawiał się, zanim dopadł strzelającego.
Nawet bełty odnosiły lepszy skutek niż pojedyncza kula: wprawdzie trzeba było pięciu do siedmiu trafień, aby powalić samca, ale głęboko wbite ostrze było bardzo bolesne, każdy ruch ofiary wywoływał dodatkowe zranienie, odwracając jego uwagę. Nadto strzał z kuszy nie zdradzał ukrycia legionisty.
Adams odkrył, że petrynał przerobiono na broń lontową, dobudowując dodatkowy kurek. Oba kurki działały sprawnie, chociaż sprężyna hubczastego, wzięta pewnie od jakiegoś innego zamka skałkowego, była zbyt twarda.
Zagadnięty o skałkówki, Hjalmir odpowiedział:
– Przestaliśmy używać takiej broni, bo jak przyjdzie na nią czas, to skałkówka nie odpali.
Adams zrobił tak zdumioną minę, że Hjalmir wzruszył ramionami.
– Nie potrafię tego wyjaśnić, ale czasem i przez miesiąc każda z nich milczy. Iskry krzemień nie skrzesze, a nawet jeśli, to skra poleci gdzieś, omijając podsypkę. A lontem zawsze odpalisz.
Petrynał okazał się tyleż piękny, co niepraktyczny. Wprawdzie dzięki krótkiej lufie można go było nosić w olstrze, jednak dziwaczny kształt kolby utrudniał celowanie. Adams załadował broń jednym z trzech posiadanych nabojów, zmierzył z ręki i ściągnął spust. Rozległ się huk, a kula zarykoszetowała po głazach. Chirurgowi powiedział, że odpalił przyciskowym, jednak odwiódł kurek skałkówki. Jeszcze dźwięczały w uszach uwagi Sykenu na temat wywyższania się niewolnika legionowego.
Hełm wymagał poważnych przeróbek. Sporo masy kostnej narosło w czasie zwiadu i trudno było to usunąć w całości. Adams odciął fragment kości potylicznej. Teraz, gdy założył hełm, zęby górnej szczęki sięgały równo z linią jego czoła. Po oddzieleniu żuchwa zasłoniła mu twarz poniżej nosa. Wyglądało to tak, jakby wyłaniała się ona z paszczy Czarnego. Hełm zrobił się bardzo malowniczy, ale odsłaniał oczy i nos. Niestety, nie dało się tego rozwiązać inaczej.
118.
Adamsowi przydzielono wbudowaną w wewnętrzną linię muru ciemną salkę, pozbawioną okien i zamykanych drzwi. Niby w środku fortowego rozgardiaszu, lecz była wyniesiona o dwa metry nad poziom bruku, co wystarczająco izolowało od otoczenia. Nie przeszkadzało drżenie sufitu od tupotu wartowników na blankach. Otwór drzwiowy Adams zasłonił paroma starymi skórami, kupionymi za bezcen, i już miał własny pokój, pierwszy od niepamiętnych czasów.
Jeszcze w nocnym mroku wyrwało go ze snu szturchanie. Pochylał się nad nim Humrug.
– Krawiec! – syknął pretorianin. Adams otworzył oko.
– Ja się nadaję do wypadków, nie do chorób – burknął. – Nie przychodźcie z tym do mnie. Obudźcie Hjalmira.
– Bierz sprzęt – rzucił Humrug. – Idziesz na zwiad.
– Ja? Przecież jestem chory.
– Tak zadecydował Młody.
Adams westchnął i naciągnął obrośniętą futrem kolczugę. Głowę skrył w czaszce Gaberci – nowa wyściółka hełmu przyjemnie szorstko opierała się o czoło – i przypasał graniasty sztylet po Krippelu.
Sotnik i reszta korpusu Nehanu zebrali się przy bramie.
– Chodźmy już, słońce zaraz wzejdzie – rzucił Sykenu. Obecnie zwiady zawsze wychodziły przed świtem, a wracały przed południem. Bardzo rzadko kończyły się później. Sykenu uważał, że im później, tym groźba napotkania Wiatru Noży jest większa.
Wartownik uchylił dla nich wrota Wentzla. Ruszyli miarowym, niezbyt szybkim marszem. Powietrze było rześkie. Każdy wydech zamieniał się w mgiełkę.
Adams zdziwił się, że nie idą na Mroczną Przełęcz.
– Na Mogiłę Drubbaala – rzucił przez ramię prowadzący Nehanu. – Ostatnio tam się nam szczęściło.
Mogiłą Drubbaala nazwano mylną płaśń, gdzie przebieg Linii był niewiadomy. Wdawanie się tam w potyczki z Czarnymi mogło przecież już od początku być skazane na klęskę. Sykenu się tym nie przejmował.
„Chce mnie wykończyć czy co?”, pomyślał Adams. „Przecież po tamtej stronie Linii znowu zacznie się moja przemiana. Chce mieć drugiego takiego samego jak on?” Zerkał nieżyczliwie na porosłe czarnym futrem, pochylone plecy maszerującego dowódcy.
Szybko nabierali wysokości. Na grzbiecie uderzył ich chłodny wiatr. Adams przestał się pocić, wilgotna odzież schła. Włochata kolczuga grzała wystarczająco, chłód nie przenikał. Żołnierze, zawinięci w purpurowe płaszcze, drżeli z zimna. Wszyscy przycupnęli w płytkim, niezbyt długim okopie, umocnionym murkiem z luźno ułożonych płaskich kamieni.
– Tu czekacie na mnie – powiedział Sykenu. – Nehanu, każcie naładować broń. Nie strzelać bez rozkazu. Nadejdę stamtąd. Tam mierzyć. – Wskazał grupę głazów.
Nehanu spokojnie wydał komendy. Zajęczały korbki kusz. Obrzynów nie wzięli.
Sykenu spojrzał na Adamsa. Jasny wzrok zdradził dawnego Pachoma.
– Ty masz się nie ruszać zza tego murka – rozkazał. – Linia przechodzi o dziesięć metrów dalej. – Wskazał usłaną rumoszem płaśń. – Jeśli ci miły dotychczasowy wygląd, to nie wystawiaj nosa z okopu – dodał twardo.
Dowódca odwrócił się i oddalił w kierunku grzbietu. Szedł lekko pochylony do przodu. Sprawnie przebywał ruchomy piarg. Skakał z jednej wanty na drugą.
„Stale ryzykuje”, pomyślał Adams. „Dwie tonowe wanty niewielkim przesunięciem odetną stopę jak gilotyna. Przecież nie potrafi przewidzieć, w którą stronę się wahną…”
Sykenu, zamiast wybrać mniej widoczną, ale bezpieczną ścieżkę wolał się popisywać.
Adams rozsiadł się wygodnie. Nie wziął kuszy, zresztą nie potrafił z niej celnie strzelać. Zwiadowi mógł być przydatny jedynie jako felczer. Lepiej, żeby nie musiał się przydawać.
„Z większej odległości nie można go odróżnić od Czarnego”. Sotnik zniknął wśród złomów skał.
– Co teraz? – Adams spytał korpuśnego.
– Za jakąś godzinę zrobi się cieplej. – Nehanu obojętnie zerknął na pochmurne niebo.
Adams zdążył żołnierskim zwyczajem się zdrzemnąć. Odkąd stało się nieco cieplej, legioniści przysypiali na przemian.
Wreszcie na grzbiecie pośród nastyrmanych want ujrzeli dwie zbliżające się sylwetki. Jedna, wyższa, szła kaczkowatym krokiem, druga, zwyczajnie, jak człowiek.