Выбрать главу

– Rozbieraj się. Przepaskę też – powiedział Hjalmir. – Stań w rozkroku, żebyśmy ci mogli zajrzeć z przodu.

Obaj przykucnęli przed nią. Dziewczyna poddawała się oględzinom z widoczną przykrością i wstydem.

Jej łono zasłaniał okazały liść uformowany ze skóry. Wszystko miał jak trzeba: łodyżkę, żyłki, wystrzępione krawędzie, tylko że dotknięty, grzał jak ludzkie ciało.

– Już zaczął zanikać – powiedział Hjalmir. – Dwa miesiące i zrobi się jej z tego elegancka cipka. – Powiódł palcem po promieniu idącym w osi liścia. Dziewczyna cofnęła się zażenowana.

– No, stójże spokojnie. To tylko badanie. – Wskazał palcem małe pęknięcie tego promienia. – Na razie tędy sika, ale będzie coraz lepiej.

Dziewczyna wzdrygnęła się pod dotknięciem. Hjalmir zerknął porozumiewawczo na Adamsa.

– Starannie się wycieraj po sikaniu, bo może ci się zrobić zapalenie.

– Tak.

– Jest w porządku – powiedział Hjalmir. – Możemy wracać. Nie masz syfa. Barber będzie miał z ciebie pożytek.

Adams zauważył, że niewolnica zrzuciła sporo nadwagi.

– Tak. Odmłodnieje, wyszczupleje i wyładnieje – wyjaśnił chirurg. – W miarę jak fartuszek się cofnie i szpetota gdzieś się schowa.

– To jest fartuszek?

– Oni wszyscy wolą na to mówić fartuszek, nie listek. Facet ma wrośnięte w fartuszek zarówno jaja, jak i członek. Od spodu, pod liściem, można zauważyć ślady tych utensyliów. Jak chcesz, to możemy przebadać jakiegoś brańca.

– Wystarczy.

Dla Adamsa dni służby stały się podobne jeden do drugiego: zwiad głęboko na płaskowyżu, podkradanie brańców. Ani razu nie wziął udziału w potyczce z Czarnymi. Żołnierze wierzyli, że Czarnego nie da się zabić, póki ten jest po Stronie Trupa. Unikali więc bezpośredniego starcia po stronie pustynnego płaskowyżu, a bliżej Czarne nie chciały się zapuszczać. Zajęli się więc inżynierią. Nigdy dość schronów.

Nową kolebę wznieśli w ciągu kilku wypadów, teraz skutecznie chroniła przed okiem Czarnych. Dwóch zwiadowców drzemało, przykrywszy twarze płaszczami; Adams zerkał w kierunku odchodzących kolumn Golców, a korpuśny Chetti obserwował pozostałe kierunki.

Tam, dokąd podążały transporty, niebo było zawsze mroczne. Jakby słońce nie podnosiło się tak wysoko, by wprost oświetlać płaskowyż, jakby z tamtej strony drogę promieniom słonecznym przecinała jakaś niezwykle wysoka zapora. Z powodu specyfiki tutejszego klimatu Adams nie pamiętał prawdziwie słonecznego dnia, a tylko mniej lub bardziej zachmurzone lub zamglone; za najpiękniejszą pogodę miejscowi uznawali ciemne, brunatnoszare chmury, zwane Pieczęcią Sylwestra.

Zamierzał podzielić się tym spostrzeżeniem z korpuśnym, kiedy dostrzegł chmurkę w oddali, niby ruchome pasmo mgły, idące przy ziemi. Jakby wrysowane – zbyt wyraziste i dziwaczne. Szybko rosło, potężniało, nadlatywało z potężniejącym szumem.

– Burza nadchodzi – szepnął do Chettiego.

– To nie burza, tylko Wiatr Noży. To cholerstwo nie nadchodzi prawie nigdy w dzień…! – Chetti wydał pośpiesznie komendy, zbudzono śpiących, wszyscy zalegli płasko na kamieniach, zachowując absolutną ciszę.

Chmura była sinoniebieska, dzieliła się na mocno zarysowane pasma.

Właśnie mijała ich kryjówkę grupa wędrujących. Szli sami, nikt ich nie pilnował. Adams ujrzał, jak pierwsze pasmo sinej mgły weszło w kolumnę idących. Trafiona ostrzem mgły tęga kobieta o tłustych, czarnych włosach, zaplecionych w ciasny kok, zatrzymała się, dobiegł jej przeraźliwy krzyk. Mgła zdzierała skórę kobiety jak pilnik. Wokół fruwały czerwone drobinki. Krew, strzępki skóry?

Kobieta stała jakby zdumiona. Gdy mgła wyrwała, czy wypłukała jej tchawicę, krzyk umilkł. Za to krzyczeli inni atakowani kolejnymi pasmami mgły. Wokół poczerwieniało od fruwających drobin.

Trafieni nie upadali, może pęd wichru nie pozwalał im runąć. Zdumiewała selektywność tych ataków: spośród całej wędrującej grupy mgła wybrała tylko kilka osób. Teraz zlizywała z nich ciało, odsłaniając narządy wewnętrzne.

Wokół zaroiło się od much. Mgła ściągnęła za sobą całą ich chmurę. Zaciekle uganiały się za skrawkami ciała ofiar.

„Mgła może nas wyśledzić. Trzeba stąd natychmiast uciekać”, pomyślał Adams i spojrzał znacząco na Chettiego.

– Czekaj. Obserwuj – szept korpuśnego był jak tchnienie wiatru.

Pasma wirowały wokół wybranych osób. Pozostawiały ociekające krwią ciała, żebra, wokół których kłębiły się sine drobiny, puste oczodoły. Nagie kości natychmiast obsiadały muchy, łapczywie zlizując krew i limfę.

Żadna z ofiar nie upadła. Wybielone szkielety nie rozsypały się, pozostały na nich resztki ścięgien, więzadła spajające strukturę w całość. Wir jak nadleciał, tak zniknął. Świst ucichł, pozostał natrętny bzyk. Muchy suszyły odsłonięte powierzchnie kości z resztek wilgoci. Wreszcie i one nie znalazły pożywienia. Zerwały się w powietrze ciemnym kłębem i odleciały.

Rozebrana ostatecznie kobieta poruszyła ręką, spojrzała na nią. Z głębi oczodołów zerkały przerażone, pozostawione tam niby przypadkiem, a poruszane cieniutkimi pasemkami mięśni, gałki oczne. Pozostał jej też kok szarych włosów, choć jakby wyrastający wprost z czaszki. Wyschła skóra była niemal niewidoczna. Kości spojone były słabo zarysowaną tkanką, tworzącą cienką, pomarszczoną warstewkę wokół stawów. Cała reszta kośćca była odsłonięta jak model anatomiczny. „Przecież ona nie ma mięśni, by ruszać tymi piszczelami”, pomyślał Adams.

Jednak poruszyła się. Zrobiła nieśmiało pierwszy krok. Inne kościotrupy przyglądały się jej uważnie, one też coraz śmielej próbowały swoich możliwości. Szkielet-kobieta ruszył w drogę za resztą pochodu. W ślad za nią poszli inni odarci. Niektórym pozostały oczy, innym suche, bezbarwne włosy. Pozostali wędrowcy, których ominął Wiatr Noży, po chwili przestali dziwić się ich towarzystwu.

Adams widział już kiedyś szkielety wśród pochodu. Uznał wtedy, że była to halucynacja wywołana wyziewami wulkanicznymi, a za kościotrupy wziął zwyczajnych dozorców. Teraz widział to samo, powietrze zaś było czyste, mroźne i świeże, jak to bywa w górach. Ani śladu otępiających oparów. Pozostali żołnierze widzieli to samo.

Wrócili na przełęcz w zapadających ciemnościach. Nie było mowy, żeby łazić po grani w zupełnym mroku, więc zabiwakowali pod Mroczną Przełęczą. Adams, zawinięty w pled, marzł przy maleńkim ognisku, które ledwie rozganiało ciemności, ciepła nie dając. Palla dorzucał do ognia małe kłębki kolczastej trawy, w sam raz, by płomień nie wychynął zza głazów i nie ściągnął przypadkiem busierców.

Adams zagadał do korpuśnego; żołnierze przyzwyczaili się, że felczer rozpytuje o najróżniejsze sprawy dotyczące służby i uważnie słucha.

– Suche nie mówią – rzucił Chetti, gdy uraczył się łykiem z manierki Adamsa. – Ale ze złapanym można się porozumieć.

– Złapanym?

– W sieci. Najlepsze są druciane, ale takie dużo kosztują. Nie walczy się z Suchymi. Omija się ich. Sterczą z nich te ostre gnaty, człowiek porani się, próbując takiego złapać.

– Jak się porozumiewacie?

– Sotnik Drubbaal nauczył nas numerować litery. Trupistwór stuka gnatem w kamień. Długo to trwa, ale obaj z Hjalmirem potrafią całą noc wypytywać takiego. Znaczy, Drubbaal pyta, a katrup notuje w swoim kapowniku. Potem puszczają Trupistwora wolno. Żaden pożytek z takich gnatów: ani do ozdoby, ani do obrony. Porozdzielać się nie da, tak mocno poszczepiane.