Kółeczko obserwatorów rozleciało się. Obsiedli wokoło bezdymne ognisko. Aubel wrzucił astragale do mieszka.
– Następnym razem gramy moimi – wysapał Gero.
– Jasne – mruknął Aubel.
– Korpuśny, opowiedzcie ciekawą historię – rozkazał Quirinu. Cokolwiek mówił stary oficer, brzmiało nudno. Teraz też było pewne, że historia będzie nieciekawa.
Aubel wypił łyk, potem drugi. Uśmiechał się do swoich myśli. W jeden wieczór zebrał ponad dwa sycele. Gero nie był z jego korpusu, Aubelowi nie groziła jego zemsta podczas zwiadu. Był tu najstarszym żołnierzem i wielokrotnie świadkiem podobnych zbiegów okoliczności. Umiał korzystać z tego zjawiska.
– Na zachód grań staje się coraz bardziej skalista – zaczął Aubel. – Twarda skała, którą bardzo trudno kruszyć, nawet młotem, nie to, co tutaj. Nie ma ścieżek na grani, płaskowyż opada coraz niżej. Nie trzeba bronić Linii, bo nikt przez te góry nie przejdzie, ani Czarny, ani legionista.
Aubel przypominał rzeczy znane. Twarze słuchaczy były coraz bardziej znudzone.
– Zaczynałem służbę właśnie na skraju tych skał.
– U Drubbaala? – spytał przysypiający Hjalmir.
– Nie. Sotnik nazywał się Hevrensz-Trzy-Palce.
– Mówią, że Drubbaal przegnał Czarne z Krum, to skąd Hevrensz-Jakiś-Tam? – głos Gerona był o nutkę zbyt zaczepny.
– To prawda, ale wtedy Drubbaal był najlepszym decymusem Hevrensza. Oddziały uformowano ze zbiegów z Dolnego Miasta. Wolne były tylko zbocza górskie. Czarne zajmowały Krum.
Stary przerwał. Popił. Chuchnął.
– Ale co innego chciałem… – zaczął.
– No, wreszcie – mruknął do siebie Hjalmir.
– Wszyscy mówili o pięknej Czarnej. Pojawiała się wśród ich patroli prowadzących Golców.
Nagle zapanowała cisza jak makiem zasiał.
– Niby zwyczajna gabera, futro czarne, choć trochę rudawe, krótkie, lśniące, chociaż na głowie dłuższe, jak drobniutkie loczki, nie? – Rozejrzał się po słuchaczach. – Ale miała twarz kobiety. Oczy duże, czarne, trochę przekrwione, lecz spojrzenie ciepłe, powłóczyste, jak u dziewczyny… – Aubel rozglądał się po zasłuchanych żołnierzach. – Szyję miała smukłą, wdzięczną, muskułki drobne, płaskie. Cyce… co tam cyce. Zupełnie jak piersi dziewczyny, tyle że trochę dłuższe i porosłe futrem. Ale za to nabite, jak ze stali. Wysoka jak każda, ale smukła, i nogi nie gabery, ale dziewczęce, tylko trochę w iks. Dziurę miała też zwyczajną, jak kobieta, żadna głowa jej stamtąd nie wystawała. Właściwie to wyglądała zupełnie jak dziewczyna, tylko po futrze było poznać, że gabera. No i miała rogi. Nie jakieś wielkie bawole rosochy, ale zgrabne, niedługie różki, wystające spod włosów.
Siedzieli rozmarzeni, niektórzy rozdziawili usta.
– I ta gabera dawała, jak się ją poprosiło.
– Jak to dawała? – spytał rozmarzony Gero.
– Zwyczajnie. Trzeba było do niej podejść i zagadać, jak nie było przy niej innych Czarnych.
– Tak podejść, zagadać i już…? – włączył się Palla.
– Zależy od szarży. Decymusowi to dawała tak po prostu. Korpuśnemu też. Poznawała władzę. A jak się jakiś simpel wyróżnił na służbie, to też szła z nim za darmo. A innemu to za jakiś prezent, za sycela, za pierścionek albo za manierkę.
– Już ja go widzę, jak wyszedł pogadać do Czarnej – doszło z drugiego szeregu słuchaczy. – Tylko mlaskanie i krew chlapie.
– Nie z Piękną. Tylko trzeba jej było pokazać koc do podłożenia, bo nie lubiła na twardym. Jak koca nie było, to rzeczywiście mogła się wściec.
– Wam też dała? – spytał Quirinu.
– Nieraz. Ale potem coś się porobiło i przestała przychodzić. Może ją jaki dureń upolował.
– Mówią, że zdarzają się gabery o złocistym futrze i wielkich, niebieskich oczach – powiedział stojący w cieniu Distefanu. – I wyglądają zupełnie jak piękna dziewczyna, tylko w futrze i czasem z krótkimi różkami albo chwostem. A piersi mają zupełnie jak dwie półkule, żadna kobieta takich nie ma.
– Piękne Gabery są i czarne, i żółte, i brązowe, i rude, ale podobno już je wszystkie wyłapano, bo lepsze są od prawdziwych kobiet, a w domu robotne.
Aubel zamilkł. Cisza wywołana jego opowieścią trwała jeszcze chwilę.
– Co drugi zmyśla brednie o Złotej Gaberze, a reszta w to wierzy – szepnął Hjalmir do Adamsa. – W kamieniu babę zobaczą, byle pękniętym…
– Zdarzają się Czarne o siwym futrze? – spytał Adams.
– Bardzo rzadko. Kroiłem raz gaberę albinoskę. One źle znoszą światło. Miała ropiejące liszaje pod futrem, nawet tam ją słońce dopadło. A nozdrza i wargi, gdzie nie ma futra, to rana na ranie – wyschła, spękana skóra i cieknące strużki krwi. Była prawie ślepa, bo tęczówki czerwonawe, przeświecające. Cała biała, rzeczywiście, ale to była zwyczajna bestia, nie dziewczyna.
Adams coraz częściej pomagał Hjalmirowi w robocie. Czyścił rany z ropy. Szył tylko skórę, rzadko zewnętrzne powłoki mięśniowe – właściwie tylko tego nauczył się porządnie. Do diagnozowania czy do trudniejszych robót nie garnął się wcale. Należność za zabieg Hjalmir zabierał dla siebie, Adamsowi wypłacał pół, czasem całego sycela. Dał mu do pracy dwie igły. Większe niż szewska igła do dratwy proste w kształcie. Przy szyciu rozrywały tkankę. Wynik wyglądał topornie, trudno było wyrównać brzegi rany.
Adams rozhartował igły nad ogniskiem, skrócił o połowę, zaostrzył na nowo, półkoliście wygiął i znowu zahartował. U płatnerza zamówił pincetę. Kosztowała całego sycela, ale tylko tak można było wygodnie trzymać igły. Szyło się trudniej, lecz wynik był znacznie lepszy. Żołnierze zaczęli nazywać go Krawiec. Dumny Hjalmir przyglądał się sceptycznie jego wyczynom, do swojego repertuaru włączył tylko dezynfekowanie ran. W oczach pacjentów, dezynfekcja dodawała jego działaniom więcej magii, co pozwoliło podnieść cenę za zabieg przeciętnie o ćwierć sycela.
Adams ulepszył swoje sandały: pod podeszwę naszył dwie warstwy skóry Czarnych, futrem do siebie. W nowym obuwiu przestał czuć każdy kamyk pod podeszwą, jednak było za niskie, żeby ochronić stopę przed skręceniem.
Wymiana z mieszkańcami Krum odbywała się w żlebie pod przełęczą. Rzemieślnicy przynosili swoje produkty, można też było sprzedać pojedynczych niewolników. Barber oddał swoją piękną brankę na przechowanie do szewca Crawheza, opłacił jej utrzymanie przez najbliższe tygodnie. Kupił też dla niej kompletny strój dziewicy. Crawhez przechowywał już trzech innych niewolników Barbera, na razie korzystając z ich pomocy w gospodarstwie.
Przed jej wysłaniem na dół przesiedział z nią cały wieczór koło tyczki z łopoczącym sztandarem legionu. Oboje owinięci w szkarłatny płaszcz Barbera, długo rozmawiali wpatrzeni w ciemniejącą taflę oceanu. Dziewczyna zwracała uwagę: wysoka, długowłosa brunetka o posągowej urodzie. Trudno było uwierzyć, że kiedyś miała nadwagę.
78.
Na następny patrol przydzielono go do najlepszego korpusu z decymy Pachoma, do Bethmanna. Adams próbował zasnąć, zmęczony. Wysłuchał polecenia i przytaknął skinieniem głowy. Korpuśny nie sarkał, że lekarz znowu pójdzie z Quirinu, tylko przyniósł wyleniała czarną skórę i rzucił na felczera. Ten skorzystał z okazji i chciwie się w nią zakutał; jak najwięcej łańcucha skrył w futro: kiedy się ogrzeje jego własnym ciepłem, nie będzie wychładzał kostek.