Выбрать главу

Ledwie zmrużył oczy po nieciekawym, zbyt długim wieczorze (przedłużanym na siłę, aby jak najbardziej opóźnić założenie pęt), kiedy mocne szarpanie wyrwało go z niemiłego lepkiego snu, po którym boli głowa, a w ustach pozostaje przykry, nieświeży posmak. Dojmujący chłód przedświtu wtargnął przez rozsunięte futro.

– Krawiec! – szept Hellweiga był twardy jak komenda.

– No, co…? – Adams nie chciał pogodzić się z utratą odrobiny posiadanego ciepła.

– Pora. Zbieraj się.

Mrok był jeszcze najgęstszy, przedświtowy. Wentzel rozdmuchiwał wczorajsze ognisko. Bethmann przeglądał sprzęt. Wkrótce w dłoni nieruchawego jeszcze Adamsa wylądował kubek gorącej, gorzkiej herbaty. Pajdy suchego, ziarnistego chleba nie chciały przejść przez gardło.

– Popiłbym czym – burknął. Łyk hary przepędziłby resztki senności.

– Pić będziesz na wieczór. Nie przed zwiadem – powiedział Bethmann.

– Mocz chleb w herbacie – poradził Wentzel. – Tak lżej wchodzi.

Nad horyzontem gwiazdy już bladły. Hellweig przecierał olejem bełty i tor kuszy. Troszczył się o to bardziej, niż zwykł to czynić żołnierz. Wszyscy trzej umiejętnie dzielili obowiązki: gdy jeden sprawdzał sprzęt, dwaj pozostali przygotowywali posiłek. Potem zmieniali się. Działali jak sprawny mechanizm. Ani śladu chaosu, jaki panował przed wyruszeniem decymy Quirinu.

Wkrótce byli gotowi do wymarszu. Bethmann bez słowa obejrzał nowe sandały Adamsa. Żołnierze owinęli stopy onucami.

Ułożyli się w szereg. Najpierw szedł naczelny, za nim korpuśny, dalej Adams, a pochód kończył zamek.

Ścieżka ledwie wyłaniała się z rzedniejącego mroku. Od wschodu niebo nad oceanem szarzało.

Zręcznie wspięli się na grzbiet i skręcili na zachód. Wkrótce osiągnęli najtrudniejsze do walki i najbardziej mylne miejsce, bezimienną płaśń, gdzie brakowało jednej wyraźnej kulminacji granicznej, a kilka równoległych wzniesień nie tworzyło ciągłej linii, lecz na przemian to wyłaniało się, to znikało w rumoszu piarżyska, tworząc labirynt zmurszałych grzbietów i rowów graniowych.

Oficerowie nie lubili tego miejsca – dokładny przebieg Linii nie był tu znany (niektórzy twierdzili, że tutaj stale zmienia ona swoje położenie), a przecież ta wiedza decydowała o taktyce walki.

Adams zrobił tak niepewną minę, że Bethmann uśmiechnął się do niego, szczerząc zęby pokryte kamieniem.

– To miejsce dla nas. Tu się nas nie spodziewają.

Przywarli pod wantami, mając przed sobą rozległy obszar płaskowyżu. Adams czuł się niepewnie: za plecami pozostał mylny obszar o nieznanym przebiegu Linii, a na przedpolu nie było ani jednego schronu. Schodzenie niżej nie miało sensu. Bethmann rozlokował ich w odstępach kilkunastu metrów. Adams miał nie brać udziału w potyczce; zresztą kuszy mu nie wydano.

Legioniści założyli płaszcze lewą, szarą stroną na wierzch. Kiedy poszedł refleks światła odbity od nałokcicy Hellweiga, żołnierz poprawił płaszcz.

– A Wiatr Noży? – Ciemności nocy często niosły go ze sobą.

– Nie będzie. Jak są już takie kolory na niebie, Wiatr przychodzi równie rzadko jak w biały dzień – rzucił dowódca.

Niebo świeciło wielobarwnymi pasmami. Lada minuta miało wzejść słońce.

– Ale jakby co, to kładź się na płask…

Adams, rozgrzany marszem, marzł od nowa, tkwiąc nieruchomo za skałką. Gdzieś tam, po drugiej stronie grani, cała tarcza słońca wychynęła już pewnie zza horyzontu, ale po tej stronie Linii, w głębokim cieniu, panowało przejmujące zimno.

Nadeszły pierwsze, pojedyncze grupy Golców. Nie podążali jeszcze w tanecznych podrygach. Może nie przypuszczali, że ktoś ich obserwuje. Ot, grupki wędrowców utyskujących na kamienie raniące stopy.

Pierwszą i drugą grupkę Bethmann przepuścił. Następnej towarzyszył ogromny busierec. Plamy futra na jego płowej skórze układały się w symetryczny wzór. Łysą czaszkę i bezwłosą twarz miał rudoczerwoną, wokół jego bioder biegł opadający fartuszek ze skóry w kształcie skrzydeł motylich i też motyli wzór pasków i kółek prezentujący. W miejscu przyrodzenia busierec miał różową, niby małpią gębę, która co chwilę wystawiała język, nieustannie węszyła nozdrzami i przewracała oczami, naśladując grymasy właściciela. Spomiędzy pośladków wyrastał mu komiczny ptasi łeb – czarny, zaopatrzony w skórne fałdy imitujące pióra i zakrzywiony dziób drapieżnika. Ten dla odmiany nieustannie wykrzywiał się do maszerujących Golców. Na piersi olbrzymiego samca pyszniła się jedna twarz paradoksalna, nieco przypominająca świński ryj, zaopatrzony w szablaste kły. Busierec toczył naokoło nerwowym spojrzeniem wielgachnych, jakby wołowych oczu, niuchał masywnym nosiskiem.

„Wywęszył nas czy co?”, pomyślał Adams.

Ogromny Czarny prowadził grupę złożoną z samych niewiast, w większości o jasnych, bezbarwnych włosach i skórze zaróżowionej od chłodu lub od wysiłku, a tłustych często tak, że wiszące podbrzusza zasłaniały listki kryjące srom.

Bethmann cicho świsnął i na ten sygnał obaj simple z trzydziestu metrów wystrzelili w busierca. Jeden bełt wbił się mu głęboko w szyję, drugi utknął pomiędzy żebrami. Olbrzym schwycił obiema łapami za wystającą z gardła brzechwę, usiłując wyrwać drzewce. Wokół bełta wbitego w klatkę piersiową zaczęła pęcznieć różowa piana.

Gdy samiec zwrócił oblicze w stronę skał, dowódca ulokował mu bełt w oczodole, a Wentzel trafił różową gębę w kroczu. Busierec upadł na kolana, rycząc przeraźliwie. Próbował czołgać się w stronę stanowisk strzelców.

Bethmann podniósł dwa palce, co znaczyło „Hellweig”.

Wtedy Hellweig pomknął zajęczym sprintem w stronę Gołych. Te stały zdezorientowane. Dobiegł do upatrzonej, najbliższej z nich, jednym ruchem złapał za długie zmierzwione włosy i przygiął jej kark do ziemi. W parę sekund wyłowił ramię, schwycił i wykręcił za plecy, aż Goła krzyknęła.

Busierec zauważył go i na czworakach zwrócił się w stronę napastnika. Skórny fartuszek wokół bioder uniósł się i nabrał kolorów – teraz wyglądał już zupełnie jak skrzydła motyle.

„Zaraz nam tu ściągnie na głowy całe busiercze plemię”, pomyślał Adams, prawie ogłuchły od ryku Czarnego.

Bethmann podniósł kciuk, co znaczyło „Wentzel”. Drugi z simpli wybiegł po zdobycz. Bethmann tym razem ulokował busiercowi kolejny bełt w okolicy lewego stawu biodrowego. Trafił chyba w jakiś nerw, bo stwór zadygotał, a potem powłóczył lewą nogą; cielisty fartuszek opadł od tej strony, choć od drugiej dalej naśladował owadzie skrzydełko.

Hellweig tymczasem zdążył skrępować ręce branki, odpędzić kułakami kilka innych tęgich Gołych, które próbowały ją uwolnić, i jeszcze owinąć szmatami stopy ujętej kobiety, żeby potem nie poraniła ich w pośpiesznym biegu.

Gołe rzuciły się do ucieczki, choć na bosaka szło im to marnie.

Wentzel, klnąc i potykając się na zasypanym luźnymi kamieniami terenie, dogonił inną z uciekających i identycznie powalił ją, skrępował i zakneblował. Zaraz potem obie kobiety, poganiane (choć niezbyt brutalnie), żwawo podążały w stronę posterunku.

Busierec stale, na czworakach, zbliżał się w ich stronę. Bethmann raz jeszcze zmierzył i celnym trafieniem wystrzelił mu drugą gałkę oczną, a potem oślepłego, charczącego wściekle stwora pozostawił swojemu losowi.