Выбрать главу

Workowate, porosłe gęstym, czarnym futrem cyce Czarnej były zakończone dziwacznymi, haczykowatymi wyrostkami. Unosiły się i opadały w takt przyśpieszonego, płytkiego oddechu. Dysząc, rozwierała wielkie nozdrza.

– Po co tu przychodzicie? – rzucił Hjalmir. – Płaskowyż jest jałowy. Czego tu szukacie? – Spojrzał na Adamsa, jakby odpowiedź Czarnej miała właśnie jego pouczyć.

– Tak ma być – jej głos był czymś pośrednim między charczeniem i jękiem. – Tu powinniśmy być.

– Idealny żołnierz, hę…? – Chirurg łypnął na Adamsa.

– Prowadzicie tłumy ludzi – włączył się Adams. – Nikt z nich nie może uciec z pochodu.

– To służba. Moja służba, służba innych.

Hjalmir nieco rozluźnił jej pętlę na szyi. Przestała dyszeć.

– Ci ludzie są bici, czasem nawet pożerani.

– To służba. Tak ma być.

– Daj już spokój, Krawiec. One mają mocno ograniczony zasób słów. Niewiele powiedzą. Koniec przesłuchania. Lepiej zacznijmy już sekcję. Ona ma dodatkową głowę sterczącą ze sromu. Chcę zobaczyć, z czego wyrasta ta głowa, ile tego siedzi w środku tej Czarnej.

– Przestań, Mistrzu Hjalmirze. To moja Czarna.

– To ją zerżnij, jak dasz rady, mimo tego łba w cipie, a potem zabij. To ci wolno. Jednak nie puścisz wolno tej bestii, bo taki jest przepis. Jeśli pokaleczyłaby ludzi, to oznaczałoby twoją śmierć.

Adams umilkł. „Czy bronić tę istotę…?” Była niewątpliwie rozumna. Mówiła normalnie, ale przecież te stwory w polu są gorsze niż zwierzęta, złośliwe i zażarte. One jednak wydawała się inna od wszystkich: roztargniona, może nawet nieporadna. Dlatego przecież ją złapali.

– Niektórzy rzeczywiście biorą się za złapane Czarne…?

Hjalmir uśmiechnął się paskudnie i pokiwał głową.

– No, no… – wycedził. Ponieważ jednak Adams nie podchwycił tego dowcipu, powiedział: – Był taki jeden, Kazigrot. Znaczy, zwał się inaczej, ale później tak o nim mówili. Spróbował ze złapaną gaberą, tak go przyparło. Z taką, co nie miała szczeniaka w cipie.

– Naprawdę?

– Taak… Mówił, że było prawie jak z kobietą. Tylko że mu kutas zagnił od tego. Nawet nie musiałem obcinać, sam odpadł. Potem Kazigrot pożył jeszcze z tydzień, ale dalej gnił i umarł od gangreny.

Adams skrzywił się z odrazy.

– No jak, Krawiec? Kroimy?

Adams nie odpowiedział. Człowiek to nie był. A czy na pewno istota rozumna, tego też nie wiadomo. Jeśliby pies albo świnia czy baran umiały mówić, prosiłyby o to samo przed zarżnięciem. Czy umiejętność mowy była dowodem na rozum istoty lepszym niż wycie, miauczenie, czy wyraziste spojrzenie wielkich oczu…?

– Chociaż ją wcześniej zatłucz.

– Za szybko gnije, jak zdechnie sama. Za to jak spuścisz juchę, to trup trzyma się tak długo, że dasz rady zobaczyć, co ma w środku. Chyba ta jucha ją gryzie.

– Dobrze. Wykrwawienie to lekka śmierć. Niektórzy sami taką wybierają. Z tętnicy, żeby szybciej zeszła.

– Jak chcesz znaleźć tętnicę, mądralo?

Adams poruszył bezradnie ramionami.

– No, tak, no, tak. Skąd masz niby wiedzieć, gdzie ona ma tętnicę? – burknął do siebie chirurg. – Poszukam, ale nie tętnicy, tylko żyły, żeby nas nie pochlapała…

Czarna odwracała głowę od jednego rozmówcy do drugiego. Łypała kremowymi białkami wypukłych oczu. Poruszała mięsistymi wargami, zza których wyglądały ostre, zwierzęce kły. Żebra unosiły się w przyśpieszonym oddechu. Adams nie potrafił traktować jej jak zwierzęcia.

– Ona nie rozumie, o czym mówimy. – Hjalmir zerknął spod oka na Adamsa. Obojętnie przejechał ostrzem noża po cholewie.

Samica, widząc to, zaczęła się wyrywać. Rozkrzyżowana na płaskim głazie nie miała szans uwolnienia.

– Sprawdź, czy który sznur się nie przeciera o skałę. Nie chcę stracić oka albo nosa, kiedy przypadkiem uwolni rękę.

Liny jednak, mocno zawiązane na nadgarstkach i przegubach, napinały się równo ku głazom, do których zostały przytroczone. Hjalmir przyjrzał się więzom krytycznie.

– Uważaj, żeby przypadkiem nie chlapnęło na ciebie.

– Żrący kwas?

– Czy kwas, nie wiem, nie kosztowałem. Ty od tego dostaniesz wysypki albo egzemy. Nawet ten kamień ściemniał od juchy. – Obszedł ją wokoło. – Ta noga jest w miarę ułożona. – Wskazał palcem: – Tu. – Rozciął jej skórę nieco ponad kostką. Krew pociekła leniwie. Sycząc i puszczając bańki, wsiąkała w ziemię.

Samica zaczęła cicho, monotonnie wyć. Przypominało to melodię. Wodziła smutnym wzrokiem za Adamsem.

– Panna próbuje cię czarować… – Zarechotał Hjalmir.

– To nie jest dobra żyła. Ledwie cieknie, zaraz samo przestanie. – Adams zignorował jego uwagę. Chciał skrócić cierpienie tej istoty.

– Wino… wino… – gabera powtarzała błagalnie. Strumyk krwi zamienił się w rzednącą serię kropel.

– Co proponujesz? – spytał Hjalmir.

– Lepiej nadgarstek. Bliżej serca. Krew lepiej pójdzie.

– Ona sama nie wie, gdzie ma serce. Ale dobrze.

– Wino – powtórzyła Czarna.

– Można jej dać?

– To twoja racja. Najwyżej sam mniej wypijesz.

Adams przyniósł gąsiorek.

– To premia za twarz Drubbaala – powiedział.

– Jak się ładnie zgoi, może cię nie zabije. Na razie ropieje i chyba szwy popuszczają.

– Ani nie syknął przy robocie.

– Zależało mu, żeby nie zeszpetnieć. Donieśli mu, że masz lekką rękę do roboty.

Adams nachylił gąsiorek ku Czarnej.

– Nie za blisko, bo stracisz palce – rzucił Hjalmir.

W tym samym momencie Czarna szarpnęła się do przodu, próbując zębami złapać dłoń Adamsa, a może tylko szyjkę dzbanka. Krew z rozciętej żyły pociekła żwawiej.

– Chcesz wina czy nie!? – warknął Adams. Samica spojrzała spokojniej.

– Rozdziaw gębę.

Z wysoka wlewał w gardziel Czarnej cienką strużkę rozwodnionego destylatu. Co chwilę przerywał, żeby nabrała tchu.

– Trzeba ją trochę przesunąć – zauważył Hjalmir. Wezwał od ogniska dwóch legionistów. Żołnierze zebrali się niechętnie. Na ten wieczór planowali już tylko pijaństwo. Ale skoro Katrup wzywa, trudno odmówić. Z nim się nie zadziera.

– Chcę, żeby jej ramię bardziej wystawało poza stół.

– Nie damy rady, panie. – Korpuśny Janiak podrapał się w głowę. – Bestia porani mi ludzi. Już popili, nie będą dość ostrożni.

– Nie chcę, żeby posoka zalała mi stół, kiedy otworzę jej żyłę.

– W którym miejscu dokładnie?

– Hjalmir wskazał lewy przegub.

– Starczy skrócić trochę sznur, ręka sama się naciągnie. Adams wlał w gardziel samicy kolejną porcję.

– Nie za dużo, bo się zeszczy – powiedział Hjalmir. – Tylko jej nie urwij ramienia – zwrócił się do korpuśnego.

Podoficer skinął głową na znak: „To proste”. Rzucił rozkaz, a legionista wetknął gruby kij między sznury rozciągające ramię Czarnej i wykonał kilka obrotów. Ta zacharczała, ale ramię nie zostało przecież naciągnięte, tylko straciło dotychczasową, mocno ograniczoną swobodę ruchów. Może przegub dłoni został mocniej zgnieciony zaciągającą się pętlą. Niewielkie napięcie wystarczyło, aby wysunął się poza krawędź stołu skalnego.

Hjalmir obejrzał przegub.

– Miałem rację, pogryzła się, żeby jej krew poczuł busierec. Dłoni i wewnętrznych stron przegubów gabery nie porastało futro. Odsłonięta, błyszcząca, czarna skóra ułatwiła cięcie.

Żołnierz przesunął zakleszczony w sznurach kij, aby zaprzeć go o ziemię.