Выбрать главу

– Będzie? – spojrzał wyczekująco na Hjalmira.

– Będzie. – Hjalmir skinął głową.

Żołnierze odeszli ku ognisku.

Chirurg głębokim cięciem rozszerzył ranę na przegubie Czarnej. Musiało sięgnąć jakiejś ważniejszej żyły, bo krew popłynęła strużką. Czarna zaczęła głucho stękać.

– Ma dość w czubie – powiedział Hjalmir. – Zmarnowałeś pół dzbana. Ale dzięki temu niewiele czuje.

– Chcesz jeszcze? – Adams zwrócił się do Czarnej.

– Zleje mi się na stół – mruknął Hjalmir.

– Dobre. Najlepsze picie – powiedziała Czarna. Głowa wystająca z jej krocza poruszyła się, rozwierając usta.

Adams cofnął się z odrazą.

– Temu też?

– A dlaczego nie? To nie jest tylko narośl. Adams sięgnął po dzban.

– Ale uważaj. Szczeniak może wyskoczyć z niej i boleśnie pokaleczyć. Nie podchodź od strony nóg, ale od boku.

Adams pochylił się nad leżącą, a stojący z drugiego boku Hjalmir wyciągnął nóż, by w razie czego zarżnąć przebudzonego stwora.

Cieniutka strużka alkoholu ściekła po wystającej, pomarszczonej głowie. Oczy były cały czas zamknięte, tylko usta rozwierały się łapczywie, by schwycić jak najwięcej specjału. Adams lał porcjami z przerwami na oddech, dopóki małe usta nie zamknęły się. Dało się słyszeć ciche, ale rytmiczne sapanie: szczeniak zasnął.

Krwawienie z podudzia ustało, ale z nadgarstka krew nadal obficie spływała, wsiąkając w grunt. Miało się pod wieczór. Hjalmir sarkał, że przez niepotrzebne skrupuły Adamsa nie skroją Czarnej przed zmierzchem. Samica nie dopominała się już o alkohol, chociaż Adams wlał jej jeszcze parę łyków. Krew zmieniła kolor na jaśniejszy: nie była już czarna, lecz brunatna. Hjalmir teraz już spokojnie czekał. Wkrótce z rany szła bezbarwna ciecz. Gabera znieruchomiała, wyłupiaste oczy uciekły gdzieś pod czaszkę.

Wreszcie przezroczysta strużka urwała się.

– Myślę, że zeszło wszystko – powiedział Hjalmir. – Można ją już skroić, nie żyje.

Spojrzał na czerwony krąg słońca nad horyzontem.

– Bawimy się z nią za długo – powiedział. – Musimy przed zachodem ściągnąć skórę, bo do rana nawet wykrwawiona zupełnie nam zgnije. Stracisz czarny przyodziewek. Na dodatek zaświni mi ten zgrabny stół do operacji i będziesz musiał go szorować.

Obmacał jej klatkę piersiową: żebra zrastały się w mostek jak u człowieka. Palcami wyczuł miejsce, gdzie mostek się kończy. Od tego punktu zrobił długie cięcie aż po srom Czarnej. Powtórzył je i wspólnie z Adamsem rozszerzyli szczelinę. Rozszedł się mocny fetor. Krwawienia nie było. Odsłoniła się seria workowatych narośli, dziwacznie biegnących niby-jelit, krwistych bulw.

– Każda w środku jest niespodzianką. – Hjalmir wyszczerzył zębiska w uśmiechu. – Już ci to kiedyś tłumaczyłem.

Nie było to podobne do wnętrzności ssaka ani trzewi innego kręgowca. Jednak z zewnątrz Czarna bardziej przypominała człowieka niż jakiekolwiek zwierzę.

– Wiesz, co to jest? – Hjalmir wskazał ostrzem noża na różowy, cielisty worek, połączony z jamą ciała grubą szypułą i węzłem żył.

– Pies wie co. – Adams wzruszył ramionami.

– Żaden pies tego nie ruszy. – Roześmiał się chirurg i wyrzucił do trawy wyciętego flaka. – Za nią weźmiemy się potem. Najpierw zobaczmy jej małego lokatora. – Pogłębił cięcie przez srom, przepiłował spojenie miednicy. Krwawienia dalej nie było. Dziwaczny łebek sterczący z krocza Czarnej miał dobrze wykształcone ramiona, przedramiona i dłonie. Łączyły się one z chudym tułowiem fałdem skóry, która kiedyś utworzyłaby błoniaste skrzydła. Tułów, z kolei coraz marniejszy, biodrami przechodził już w ciało gabery; uda i podudzia małego trudno było oddzielić od pochwy Czarnej. Hjalmir zręcznym ruchem noża wyłupał cały zarodek. Widać było, że młody nie ma jeszcze rozwiniętych ani podudzi, a już ani śladu stóp.

– Utnij mu ten łebek – powiedział Hjalmir.

– Co…?

– Nie zrobisz teraz, to jutro będzie zdychał w męczarniach. Adams spojrzał na niego pytająco.

– Z pragnienia, w promieniach słońca. Bo tę noc jakoś przetrwa.

– To żyje…?

– Pewnie. Szczeniak jest tylko kompletnie pijany. Sam lałeś w niego harę.

– Nie mogę.

– Ma już zęby wystarczające, żeby przegryźć przegub ręki dziecka, a tobie chlasnąć palec jednym kłapnięciem. Utnij ten łeb. – Podał nóż Adamsowi.

Niewolnik ma wykonać polecenie pana. Adams oparł główkę szczeniaka o głaz. Przynajmniej nóż sekcyjny Hjalmira był ostry. Adams musiał tylko nacisnąć nadgarstkiem, by przerwać kręgosłup. Chrupnęła przecinana chrząstka. Główka otwarła usta. Adams rzucił ją gdzieś w ciemność.

– Skąd ten mały wziął się w jej sromie…?

– Zwyczajnie. – Hjalmir wzruszył ramionami. – To był jej młody. Ona go tak rodzi.

– Przecież to nie ma stóp.

– Mały narasta w niej jak twoje paznokcie. Po kolei. W końcu rodzi się, to znaczy wypada, bo Czarna czasem nie przerywa marszu, rodząc młodego. Widziałem to parę razy.

– A co z małym?

– Jak mu wyschną skrzydła, to zrywa się do lotu, albo nie, i krąży wokół stada starych.

– A jak się nie zerwie…?

– To albo stary go zeżre, albo sam zdechnie, kiedy wyschnie od słońca. Sporo takich można znaleźć na szlakach przemarszu Czarnych. Wyglądają jak zeschłe żaby.

Adams odrzucił resztę embriona w krzaki.

– Trzeba się pośpieszyć, bo ciemnieje – powiedział Hjalmir. Następnie wsunął obie dłonie do jamy ciała, odrywając połączenie wnętrzności z resztą i wyłupując zawartość, a następnie uniósł je wszystkie ujęte błoną w obłą bryłę. – Widzisz…? Łączą się z resztą tu od góry i od dołu. Najpierw tu chlaśniemy.

– To twoje doświadczenie?

– Właśnie. Ale w tej kupie każdy flak jest inny. Zresztą nie zdążymy przed zmrokiem. Jak z tego co zostanie, to rano pobawimy się w staranniejsze badanie…

Adams przeciął przełyk i jelito we wskazanym miejscu, Hjalmir zaś zręcznie przemknął ostrzem po naczyniach krwionośnych. Nieco krwi wyciekło do jamy ciała. Z pomocą gniewnego legionisty wygarnęli całą kupę dymiących wnętrzności do prześcieradła. Adams rozpoznał jelita, żołądków było kilka, ale małych, wątroba wyglądała zwyczajnie. Wielu gruczołów nie potrafił nawet nazwać. Następnie wyrzucili to w trawę.

– Powieście to prześcieradło, niech na mgle obcieka do rana – polecił żołnierzowi Hjalmir. – Ludzi nie będę zawijał w brudne szmaty. – Wiedział, że legioniści krzywo patrzą na zwyczaj krojenia Czarnych.

– Raz, dwa, trzy, cztery. – Wyłuskiwał kolejne nerki. Składał je w nadstawione dłonie Adamsa. – Całkiem nieźle uformowane. Wygląda, że wszystkie działają. Od biedy można by zaryzykować zjedzenie takiej jednej.

Adams skrzywił się z obrzydzenia.

– Z reguły mają zwielokrotnione narządy? – spytał.

– Na ogół tak. Już się ściemnia, więc nie zdążymy obejrzeć tego starannie, ale wygląda, jakby przejmowały czynność jeden po drugim. Zwykle, jak Czarny ma trzy żołądki, to najstarszy jest perforowany wrzodami albo zrakowaciały drugi trawi, a trzeci nie jest jeszcze dojrzały. Te zużyte, nie działające już, częściowo wyglądają jak rozłożone, nadgniłe czy pożarte, czy jak to nazwać. Tobie też kiedyś wypadły zęby mleczne, którymi gryzłeś jako szczeniak, no nie, Krawiec…? – Hjalmir wyszczerzył zęby.

Adams odpowiedział uśmiechem.

– Rzuć te nerki na kupę flaków. Głodu nie ma, nie będziemy eksperymentować na naszych kolegach. Piękny, zdrowy pęcherz – dodał, dotykając go palcem. – Drożny. Już zaczęła szczać, ledwie nacisnąłem.