Hjalmir rozwidlonym kijem wydobył białą czaszkę z kociołka. Zaczął usuwać z niej resztki mięsa. To nie była ludzka czaszka ani tym bardziej małpia. Znacznie większa od ludzkiej, inne proporcje, wprawdzie mocno sklepiony wał nadoczodołowy, ale znowu żuchwa cofnięta i podbródek jak u człowieka, choć z kolei potężne kły. Nad czołem dwie bulwiaste wypukłości, radełkowane w drobny wzorek.
– A to? – spytał Adams.
Hjalmir popukał palcem w to miejsce.
– Ta zrzuciła poroże. Niektóre co roku tracą rogi i co roku odrastają im nowe. Z rogami, to dopiero byłby okaz.
Wybielona czaszka zerkała na nich mrokiem pustych oczodołów. Hjalmir spróbował przystawić do niej żuchwę.
„Ludzkie proporcje ujęte w puszce mózgowej czaszki zwierzęcia”, pomyślał Adams.
Wyszedł pod grań po skórę Czarnej. Wywietrzyła się przez noc, podeschła, nie cuchnęła. Sporo tłuszczu jeszcze na niej pozostało. Należało doczyścić powieki i brodawki sutkowe. Szczęśliwie ich nie uszkodził, pracując w zapadających ciemnościach.
Hjalmir radził powtykać tam kłębki tkaniny, ale skąd je wziąć?
Wystające spod kamieni kłębki trującej trawy, suche i kłujące, marnie nadawały się na wypełniacz.
– Zapach skóry je ściągnął.
– A nie odór ścierwa…?
– Jedno i drugie. Trzeba było znieść ją do obozu i wymyć starannie. Teraz jest do wyrzucenia. Skór sprawionych na wieczór nie daje się zakonserwować: zawsze zgniją od wilgoci.
– Ta akurat wyschła na wietrze. Nie śmierdzi i nie zagniła.
– Coś podobnego…
„Wiedział o tym, dlatego zostawił mi skórę, a sam wziął czaszkę”, pomyślał Adams. Później dowiedział się, że chirurg miał obowiązek przesłuchać i sprawić Czarną, Adams nie musiał mu za to płacić ani jej czaszką, ani skórą.
Hjalmir próbował narysować czaszkę. Znów powstawał nieudaczny szkic, jakich chirurg miał w swoim notatniku dziesiątki, na przemian z równie marnymi obrazami ludzkich wnętrzności czy przekrojów. Adams zaofiarował pomoc. Jego ręką powstawała udana podobizna. Wkrótce Hjalmir wprawnie czyścił skórę Czarnej, dyktując Adamsowi uwagi do zanotowania.
– Co za czasy… – mruknął, uśmiechając się pod nosem. – Jeszcze nie miałem niewolnika, za którego bym wykonywał całą pracę.
By dotrzeć na dół, wieści potrzebowały tyle czasu, ile zabierało nosiwodzie zejście do Dolnego Miasta. Jedynie w czasach zażartych walk posterunek nad Mehz Khinnom zawracał mieszkańców Krum z drogi do obozowiska. Handel ze Szczurami przynosił niezły (dochód. Krum odzyskiwało w ten sposób pieniądze ściągnięte jako kontrybucja i te wydane na zakup nowych niewolników.
Na wieczór przybył z Krum kuśnierz, – Ebener. Pochwalił wstępne oczyszczenie skóry i gwarantował, że już się nie rozłoży. Obiecał ją wyprawić za siedem syceli. Powiedział jednak, że najlepiej ułożyć skórę na oryginalnej czaszce. Hjalmir zgodził się wypożyczyć czaszkę, jednak bez zmrużenia oka zażądał ćwierć sycela tygodniowo za wypożyczenie. Adams przeklinał chwilę, w której wpadł na pomysł sprezentowania czaszki chirurgowi. Na dodatek obecnie miał tylko cztery sycele. Dobrze, że Ebener nie zażądał wyższego zadatku.
88.
Drubbaal przestał gorączkować i z wielką energią wziął się do działania. Zarządził rozbudowę obozu pod Mroczną Przełęczą. Miał już dość siły, aby osobiście nadzorować robotę. Nocny napad nie okazał się decydujący, chociaż nie był bez znaczenia. Dawniej zdarzały się wypady Czarnych na Stronę Ludzi, jednak po wielu sukcesach legioniści odwykli od bezpośredniego zagrożenia bazy. Kiedyś nie daliby się tak podejść.
Adamsowi pozwolono nocować z żołnierzami, a nie z brańcami. Przestano go skuwać na noc, chociaż ryzyko zaskoczenia zmalało, jako że Drubbaal nakazał podwoić warty. Po naradzie z oficerami sotnik uznał, że jeszcze lepszą obroną będzie akcja zaczepna, jednak nie na terenie Czarnych, gdzie miałyby one zbyt dużą przewagę. Mapa wskazała teren, na który ostatnio coraz częściej zapuszczały się Czarne, będący po Stronie Człowieka, chociaż nadzwyczaj trudny do walki: Kozie Perci.
Na tych wąziutkich, niemal zawieszonych w powietrzu chodniczkach nie dało się prowadzić walki rutynowymi metodami. Do wymiatania Kozich Perci Drubbaal wyznaczył korpuśnego Tatara, mianując go dowódcą oddziału, i dodając mu Krippela; podoficer dobrał sobie Barbera. Ryzyko tej akcji wymagało obecności lekarza. Drubbaal bez mrugnięcia okiem wskazał chirurga i felczera, chociaż Tatar oponował, że nie chodził z żadnym z nich po tamtym terenie.
Wyszli z rana – Przedkamień zarządził późniejszą pobudkę niż przy zwiadach Koni Roboczych. Dojście było dość długie: najpierw na kulminację grzędy ze sztandarem legionowym, potem trawersami lub ostrzem grani na Mroczną Przełęcz. Tam droga się rozchodziła: po stronie płaskowyżu wiodła częściej używana ścieżka, ale niepewna, możliwe, że już po Stronie Trupa; w prawo zaś, omijając stromy uskok grani nad przełęczą, znajdowało się oznaczone kopczykiem wejście w Kozie Perci. Ścieżki wiodące do Nocnej Grani – niby bardziej pewne, bez wątpienia znajdujące się po Stronie Człowieka, lecz nie lubiane przez żołnierzy. Marna ścieżyna wspinała się na drobną szczerbę w skalnym żebrze, a po drugiej stronie zupełnie zanikała. Ciągnął się tu tylko pas niewyraźnych zachodów i wąskich półek, z rzadka oznaczonych kopczykami.
– Busierce przyjdą tu za dnia? – spytał Adams.
– W nocy nie da się tu walczyć. Nikt tędy nie przejdzie, one też nie – Tatar żuł jakieś liście. Z rzadka spluwał czerwoną śliną. – Widzisz tamten kopczyk na końcu zachodu? – Wskazał mu w ścianie miejsce wyróżnione warstwą ciemniejszych skał. Adams skinął głową.
– To prowadź do niego.
Zdziwiony Adams bez sprzeciwu wziął się do wypatrywania drogi. Okazało się to nietrudne (półki i wąskie zachodziki tworzyły ciągłą linię), chociaż bardzo nieprzyjemne – półki były nachylone do przepaści, a wszystko pokrywał osypujący się szuter. Teren podobny jak po zachodniej stronie Mrocznej Przełęczy, ale trudniejszy. Barber co jakiś czas zgrzytał hakiem o skałę, w miejscach, gdzie inni korzystali z chwytów.
Przy kopczyku zaczekali na resztę oddziału. Adams złowił spojrzenie korpuśnego. Dowódca nie odezwał się jednak. Ostatni dotarł Hjalmir. Chirurg zaczerwienił się, jego czoło rosił pot, a ręce mu drżały. A przecież dotąd droga wiodła trawersem; nie wznosząc się specjalnie ani nie opadając, na razie nie zmuszała do poważniejszego wysiłku fizycznego.
Teraz ostro zadzierała w górę. Tatar poprowadził sam i rozkazał, by Adams szedł na zamku. Korpuśny piął się po skałach jak górska koza, Barber radził sobie całkiem nieźle, wspierając się na haku, z Krippelem też problemów nie było, chociaż nie nadążał za poprzednikami; kłopoty zaczęły się z Hjalmirem. Szedł wolno, stopy stawiał niepewnie, odcinki bardziej wspinaczkowe zatrzymywały go na długo.
– Wiem! – warknął, kiedy Adams odważył się wskazać mu jeden czy drugi dobry chwyt.
Trzeba było cierpliwie czekać, aż Hjalmir poradzi sobie z samym sobą. Tatar stał na skalnej ambonce, kończącej wspinaczkę, i chłodno oceniał technikę swoich żołnierzy.
Dalej droga była łatwiejsza: ciąg trawersów, przecinających to spróchniałe żebra skalne, to piarżyste żleby. Pierwszy odcinek ograniczał logistyczne znaczenie Kozich Perci: wprawdzie były do przebycia dla żołnierzy, jednak do transportu zaopatrzenia się nie nadawały. Łatwiej było teraz zrozumieć znaczną autonomię obu obozów. Tatar rozglądał się naokoło, coś rozważał. Wreszcie pokazał dłonią wąski, żółty lizak piargu, wcinający się wysoko pomiędzy postrzępione skały.