Выбрать главу

– Tędy.

Odpowiedziało mu gniewne prychnięcie Hjalmira.

Oddział rozciągnął się, mozolnie podchodząc osypującym się piargiem. Legioniści obcierali stopy w sandałach, obuwie Adamsa spisywało się znacznie lepiej. Już wkrótce dźwigał obrzyn Hjalmira i piękny petrynał Krippela, dzieło sztuki rusznikarskiej. Kolbę pokrywały inkrustacje żółtą kością, mieszane z intarsjowaniem czarnym, matowym drewnem. W odróżnieniu od broni chirurga, krótki petrynał miał podwójny kurek zarówno skałkowy, jak i lontowy, przyciskowy, gdzie miast obejmy na lont był pojemnik na kawał hubki. Nawet z dwiema sztukami broni na plecach Adams nie zostawał z tyłu.

Nagle posłyszeli świst i strzała smyknęła po piargu. Zaraz potem druga.

– Na tym żebrze. – Tatar wskazał w lewo do góry. – Dwa busierce. Stale są poza zasięgiem celnego strzału. Marnują amunicję.

Trzecia strzała upadła całkiem blisko oddziału.

„Tu jesteśmy jak na tarczy”, pomyślał Adams.

Z góry nadleciał kamień, ale tylko odbijał się od skał. Nawet nadludzka siła Czarnego nie mogła dorzucić go do miejsca, gdzie wspinali się legioniści. Zaraz wystające zęby skalne skryły ich przed napastnikami.

– Zajdziemy ich od góry – Tatar zwrócił się do Adamsa i Barbera. – Hjalmir i Krippel zostają tutaj. Jak busierce zaczną zbiegać, razicie ich z samopałów.

Krippel odsalutował. Obaj założyli stanowisko pięćdziesiąt metrów niżej w żlebie za wybitniejszą wantą, która chroniła przed pociskami z góry.

Piarg stromiał i mizerniał. Spod niego wyłaniało się coraz więcej źle urzeźbionej skały. Trudno było się na tym utrzymać. Barber pomagał sobie hakiem, Adams tępił sztylet. Tatar natomiast jakby frunął po tych głazach. Pokazał im wejście w litą skałę. Dalej wąskimi listwami, w lewo w skos w górę, na grzędę, z której zostali zaatakowani. Tutaj jednorękiemu Barberowi szło się trudniej, chociaż czasem sięgał hakiem szczelin bezużytecznych dla innych wspinaczy. Wreszcie osiągnęli ostrze grzędy i ujrzeli pod sobą obu napastników w zasadzce. Jeden miał rozpostarte tęczowe, nibymotyle skrzydła u ramion i u bioder, drugi był jednolicie czarny, bez twarzy paradoksalnych czy innych ozdób. Oba busierce były uzbrojone w bardzo długie łuki. Niecierpliwie zerkały w dół, nieświadome zagrożenia. Coś sobie nawzajem pokazywały na zboczu.

– Najpierw my strzelamy. Potem Adams strąca ich stamtąd kamieniami. Nie mogłem dla ciebie rozbroić żadnego z naszych towarzyszy… – dodał korpuśny, zerkając na niego.

Napięli kusze, Tatar odłożył swoją na podorędziu i zmierzył z samopału. Pocisk świsnął o skałę powyżej Czarnych, a rykoszet trafił jednego z nich w plecy. Bełt Barbera dosięgnął ramienia tego samego stwora. Oba jednocześnie spojrzały w górę, a wtedy zdrowy busierec został trafiony w policzek bełtem Tatara. Adams rozpoczął kanonadę serią głazików, by umożliwić przeładowanie broni. Drugiemu strzałowi Tatara odpowiedział potworny wrzask busierca, któremu kula rozorała udo. Znowu Barber palnął ze swojej kuszy. Mimo kalectwa potrafił niezwykle szybko ładować broń. Zaraz poleciały dwie niecelne strzały obu busierców, dla których legioniści byli poza zasięgiem. Po krótkiej naradzie oba Czarne opuściły pozycję nie do obrony. Szybkimi susami zaczęły zbiegać coraz bardziej przepaścistą grzędą. Ścigały ich kamienie Adamsa. Pozostali żołnierze oszczędzali amunicję.

Znacznie niżej cynobrowy busierec o motylich skrzydłach zatrzymał się na skalnym występie i wtedy strzał z dołu zdruzgotał mu kolano. Przechylił się do przepaści i osunął. Nie było tam aż tak stromo, by poleciał, jednak zsuwał się coraz szybciej, wybijając się na występach. Dolinę wypełnił jego bolesny wrzask, który nagle ucichł, i już tylko bezwładne ciało stukało o skały. Razem z towarzyszącą mu małą lawinką kamienną zniknął gdzieś w dole nad zerwami skalnymi dolinki.

Drugi w tym czasie zbiegł do sąsiedniego żlebu i, mimo pocisku wbitego w twarz, żwawo pognał po piargu do góry.

Tatar zarządził odwrót. Schodzili już z grzędy na piarg, kiedy zabłąkana strzała trafiła dowódcę w łydkę. Barber dostrzegł w koronie skał napastnika i już z piargu posłał w jego stronę pocisk, ale bezskutecznie. Różnica wysokości dała tamtemu wystarczającą przewagę, lecz ogień legionisty go spłoszył i busierec się wycofał.

– Cholera, tak przegapić trzeciego! – zżymał się korpuśny, kiedy Adams sztyletem rozszerzał ranę, żeby wydobyć zaopatrzony w zadziory grot strzały. Przynajmniej ominęła ważniejsze naczynia krwionośne. Z rany leniwie sączyła się ciemna krew.

Adams zaszył ranę i zawinął bandażem. Ostrożnie pod ramię sprowadził dowódcę po piargu. Byli już na dole, gdy z sąsiedniej grzędy poleciały kamienie. Trzeci busierec nie rezygnował.

– Tego nie wygarniemy – burknął Tatar.

– Za tym żebrem jest podobny piarżysty żleb?

– Stary skinął głową.

– Spróbuję go stamtąd ściągnąć, ale muszę dostać broń palną – powiedział Adams.

Zeszli do dolnego stanowiska. Hjalmir odżył, już przechwalał się znakomitym strzałem.

– Przeleciał koło nas jak bełt z kuszy – rechotał.

– Trzeba się wspiąć po trzeciego busierca. Krawiec, bierzcie Barbera i Krippela – powiedział Tatar. – Napędźcie go na nas, jak tamte.

– Tak jest.

Nikt nie zaprotestował, że niewolnik dowodzi wypadem. Adams poprowadził do trawersu, a potem w poprzek kolejnego żebra, po nieprzyjemnych, wąskich upłazkach i śliskiej skale. Wspinaczka samym żebrem okazała się wygodniejsza niż mozolne podchodzenie ruchomym piargiem. Udało się wspiąć bardzo wysoko, w bezpośredni rejon grani, niemal pod kulminację grzędy. Wszyscy trzej rozglądali się bacznie, jednak zwiadowcy przeciwnika jakby zapadli się pod ziemię.

„Muszą mieć kolebę”, pomyślał Adams. „Podpatrują naszą inżynierię”.

Wtedy z góry poleciały kamienie. Z samej kulminacji. Należało uważnie obserwować, jak kolejny pocisk odbija się od skały i na samym końcu uskoczyć. Łatwe to nie było, ale przynajmniej tutaj kruszyzny nie było dość, żeby zrobiła lawinkę. Kanonada nie chciała się skończyć. Wreszcie Adams wskazał zejście z ostrza grzędy. Tam przynajmniej kamienie nie zagrażały, chociaż wilgotną skałę porastały jakieś śliskie mchy. Zaraz też pojawiły się możliwości wspinaczki. Adams chciał zaskoczyć przeciwnika i znowu zajść go od tyłu. Hjalmir głośno pokrzykiwał z dołu. „Znowu błaznuje”, pomyślał Adams.

W tym terenie Krippel zostawał z tyłu, Barber darł o dwa metry za Adamsem, błyskając białkami oczu. Na kulminacji grzędy uderzył w nich bardzo mocny wicher, wiejący ku grani. Nie zastali tam nikogo. Szybko rozejrzeli się w terenie. Z dołu Hjalmir ręką pokazywał im, że mają zejść. Adams sprowadził więc drużynę żółtym piargiem. Wprawdzie z góry żleb wyglądał bardzo nie zachęcająco, ale wiedzieli już, że zaraz się wypłaszczy; początkowe trudności można było pokonać, zsuwając się na siedzeniu.

– Coś tak się wydzierał z dołu? – spytał Adams już przy nich.

– Odwracał uwagę przeciwnika. Mieliście przeciw sobie cztery busierce. Wychodziliście wprost pod nie tą swoją hyrną drapaniną. Strąciłyby was w parę minut – powiedział Tatar. – Az góry… – urwał, pokazując w kierunku kulminacji żebra. – Już posiłki doszły.

Ze szczytu patrzyło na nich przynajmniej siedem potężnych Czarnych. Niektóre uzbrojone w łuki, inne w kamienie. Nie strzelały, przeciwnicy byli poza zasięgiem.