Выбрать главу

Dołączyli do licznej grupy Golców, z rzadka przedzielanych Suchymi. Czarnych było tu ledwie paru. Same gabery. Adams wyprzedził innych, nie tracąc jednak kontaktu wzrokowego z Pachomem. Inni legioniści pozostali daleko w tyle.

Adams ledwie zwrócił uwagę na mijaną stertę głazów, zwaną Strażnicą Hewensza, wyznaczającą zasięg poznanej części płaskowyżu.

Tutaj spotykali więcej czworonogich Czarnych. Spore, o psich lub małpich pyskach, biegały, wydając szczekliwe wrzaski. Niektóre kręciły się przy idących Golcach i próbowały gryźć ich po nogach. Stare odpędzały je zamaszystymi kopniakami, chociaż czasem mocno oberwało się któremuś z idących golasów – aż broczył krwią. Poranieni krzyczeli i zrzędzili, inni nie zwracali uwagi na ich narzekania.

Młodziaki miały podłużne, giętkie gadzie ciała i skrzydła, już zbyt słabe, by je unosić w powietrzu, które nadal wznosiły się nad grzbietem czarnym baldachimem. Szybko biegały na smoczych łapach, zakończonych długimi pazurami. Starsze miały skrzydła zmarniałe, kończyny dłuższe, ciała porośnięte rzadkim futrem, a loszom pączkowały porosłe sierścią, niewielkie jeszcze cyce.

Adams nie miał wątpliwości, że to pośrednia forma rozwojowa Czarnych, chociaż legioniści uważali je za oddzielny rodzaj istot, nazywając je Stworami Mroku i czując wobec nich szczególny respekt.

„Stwory Mroku”, powtarzał w myśli, zamaszystym kopniakiem odpędzając warczącego smoko-psa. „Cholerne podrostki, agresywne szczeniaki! Już nie lata, a jeszcze rozumu nie ma!”

Idąca obok gabera schyliła się i szybkim ruchem poderwała w powietrze szczególnie dożartego młodziaka. Mocnym chwytem złapała go za kark i przydeptała do ziemi, następnie jednym szarpnięciem wyrwała mu przednią łapę. Okaleczony stwór, żałośnie skowycząc, oddalał się, utykając na trzech pozostałych. Gabera zdarła z oderwanej kończyny skórę i wgryzła się w surowe mięso. Gdy posiliła się do syta, cisnęła kością w stadko Stworów Mroku, które teraz trzymały się w bezpiecznej odległości.

Niektóre z nich kicały jak rogate zające. W przerwach między susami zastygały jak zasuszone, pomarszczone figurki. Kilka razy taki zając wyskoczył na kark idącego człowieka, boleśnie gryząc go w kark. Zawsze wtedy jakiś dorosły Czarny uwalniał Golca mocnym szarpnięciem, zdzierając napastnika. Na karku pozostawała krwawiąca rana.

Adams nauczył się trzymać blisko dorosłych Czarnych – obawiał się, że tak daleko od Linii nie byłby w stanie zagrozić takiemu młodziakowi.

Dokuczliwe małe zwykle tworzyły wokół idących wirujący kłąb. Adamsa omijały nawet w chwilach, gdy pierwszemu szczeniakowi ze stada udało się przedrzeć do sutka którejś ze samic i wtedy u wszystkich gaber opór przed karmieniem zgodnie słabł. Naciągnięta na grzbiet skóra samicy nie mogła zmylić szczeniaków. Inaczej rozpoznawały płeć idącego Czarnego.

Im bardziej na wschód, tym stawało się ciemniej. Dawno temu minęli już stertę cegieł, ruiny wieży strażniczej Czarnych, zburzonej kiedyś przez Hevrensza-Trzy-Palce, a teraz zwane jego imieniem.

Ciepło myślał o roztargnionej samicy Czarnych, która użyczyła mu swojego futra i czaszki i teraz ratowała jego życie. W myślach nazwał ją żartobliwie „Gabercia”.

96.

Krippelowi dokuczał upał. Odział się grubo, na to jeszcze futro, a jak na złość dzień był ciepły. Wziął za wiele sprzętu i jedzenia. Upchał to wszystko w worku niesionym na plecach. Niestety, sznurki, na których go dźwigał, mocno wrzynały mu się w ramiona. Petrynał przewieszony przez ramię, a schowany pod futrem, też ważył swoje.

Uważał, że przygotował się najlepiej ze wszystkich. Reszta legionistów nierozważnie wyruszyła bez etatowego wyposażenia; zabrali ze sobą mniej niż na kilkudniowy zwiad. Jego zdaniem skazywało ich to na klęskę. On sam wziął całe etatowe wyposażenie, a nawet więcej. Teraz jednak za swoją rozwagę i zapobiegliwość płacił bólem i zmęczeniem.

Śmierć Barbera wydawała się wydarzeniem tak odległym, że jakby nierealnym. Zaszła zbyt szybko, żeby lęk się utrwalił. Tamten busierec obwąchał wszystkich z oddziału, wybrał sobie tylko Barbera, zabił go i szybko odszedł. Widać przebrania innych były wystarczająco realistyczne.

Krippel nie pamiętał już, jak długo idzie; wszystko sprzed marszu zbladło, skurczyło się w pamięci. Zupełnie jak gdyby szedł już od dzieciństwa, jakby jeszcze jako umorusany pędrak pożegnał przedwcześnie postarzałą, zniszczoną ciężką pracą matkę, od razu naciągnął na grzbiet czarne futro i ruszył w drogę tym płaskowyżem, ku czarnemu horyzontowi.

Ze zdartych pęcherzy wyciekał płyn surowiczy, ukryta pod nimi wrażliwa skóra ścierała się do reszty, pod sznurami otwierały się krwawiące rany. Każdy krok odzywał się bólem promieniującym aż do miejsca, skąd z czaszki wyrasta kręgosłup.

Krippel zostawał z tyłu. Był odpornym żołnierzem, wprawdzie durnym i próżnym, jednak zdolnym przetrwać nawet ciężki ból, jeśli miał jakąkolwiek nadzieję na jego koniec. Teraz takiej nadziei nie potrafił w sobie wzbudzić: do końca marszu było zbyt daleko, a ból przepełniał całe ciało.

Właśnie minęła go kolejna grupka konwojowanych przez dwa rogate, segmentowane węże o niemal ludzkich głowach. Stwory, sprawnie się wijąc, bez trudu nadążały za krokami Golców.

Wyczekał, aż go wyprzedzą. Stęknął, spróbował przez futro schwycić za sznury, przesunąć oba narzędzia tortury. Z trudem wyłowił ich kształt spod gęstych kudłów. Złapał mocniej i poczuł ostry ból skóry kłutej szablastymi pazurami, przywiązanymi do palców. Z nowych ran promieniowało ciepło.

„Cholerny Krawiec, cholerny niewolnik”, pomyślał ze złością. „Omotał decymusa, omotał nas wszystkich. Nawet ja go posłuchałem, cholera jasna”.

Zsunął futro z palców i dłoni. Zaczął niezręcznie rozsupływać paski, którymi przytroczył szpony. Niepotrzebnie do każdego palca przywiązał ostrze i nie zostawił ani jednego do precyzyjnych ruchów.

Plecy i obojczyki piekły nieznośnie.

Przeciął pazurem tasiemki mocujące inne szpony. Pracował zbyt nerwowo, raniąc palce.

Dosyć tego! Dość! Uwolnić się z tych krępujących więzów! Poprawić to dziwaczne przebranie.

Od dłuższego czasu szedł sam, sylwetka Aldnoya zniknęła w oddali razem z ostatnimi Golcami. Krippel rozejrzał się: nikogo w pobliżu nie było. Zatrzymał się; odwiązane pazury rzucił na ziemię, spróbował sięgnąć dłonią na kark, gdzie związane były tasiemki futra. Worek wisiał nisko, na krzyżach, przeszkadzał mniej, niż się wydawało.

Wreszcie pociągnięta tasiemka ustąpiła, potem następna, jeszcze kilka innych. Byle się z tego wydobyć, jakoś ukoić piekący ból. Potem będzie czas, by ponownie się odziać w futro.

Bez ściągania czaszki Czarnego nie dało się wydobyć głowy z przebrania. Przeszkadzały okazałe rogi. Kiedyś kupił tę czaszkę właśnie dla pięknych rogów, a teraz przez nie pozbywał się praktycznego hełmu.

Zsunął więc futro z całej górnej połowy ciała. Owionął go chłodny wietrzyk. Wreszcie udało się unieść sznury z krwawych kolein. Odetchnął z ulgą. „Zroluję kawałki tkaniny i podłożę pod sznury” pomyślał. „Wtedy da się iść”. Położył plecak na ziemi. „Można przecież go nieco opróżnić. Wziąłem sporo niepotrzebnych rzeczy. Tu jest dużo cieplej, niż myślałem”.

Przyplątał się do niego mały Stwór Mroku. Zajadłe zwierzę przypominało małpę o psim pysku, miało przesadnie długą, jaszczurczą szyję i krótkie różki na głowie. Stwór zaczął szarpać przednimi łapkami za zsunięte futro, próbował do reszty zedrzeć je z Krippela. Pienił się z wściekłości i warczał, ukazując długie kły. Szarpnął raz i drugi, przewracając Krippela i ściągając z niego futro do reszty. Ten sięgnął po broń. Mały odbiegł parę metrów, jakby drażniąc się z żołnierzem, który za wszelką cenę musiał odzyskać przebranie. Młodziak już nie wściekał się, lecz stroił do niego miny, wystawiał jęzor i przewracał oczami, pokazując zrabowany skarb.