– Dlaczego tak ci na mnie zależy?
– Stanowiłbyś dla Adali ochronę – powiedział Pachom. Miał zimne, zielone oczy. Nie matowe, jak Adala, lecz wodniste, połyskliwe. Teraz zerkały przez wąskie szpary w czarnym futrze. – Zasłużyła na lepszy los. Ojciec nie da jej spokoju, póki pozostaje w gospodarstwie. To nie jest przecież niewolnica, lecz wolna dziewczyna.
– Ja jestem niewolnikiem.
– Tak, w połowie Hjalmira, w trzeciej części należysz do mojej decymy, trochę do Quirinu, a resztę sam wykupiłeś.
– Hjalmir odzyskał resztę za mój hełm.
– Niech będzie. Dla mnie nie ma znaczenia, żeś niewolnik.
– Niewolnik byłby gospodarzem?
– A dlaczego nie? Łatwiej się wykupić. Jeszcze jak ktoś ma złote ręce do roboty.
– Nigdy nie byłem młynarzem.
– To łatwiejsze niż praca chirurga, a tego fachu łatwo się nauczyłeś. Zresztą mógłbyś sprzedać młyn, gdybyś chciał, i żyć tylko ze swej wiedzy.
– Hjalmir planuje zakończyć służbę i kupić dom.
– Hjalmir nigdy nie osiądzie w Krum. Zanadto lubi żołnierski żywot, choć gór nienawidzi. Nie porzuci wojaczki dla jednej kobiety.
– A ja tak?
– Właśnie. Ty raczej obserwujesz nasze życie, niż bierzesz w nim udział. Nie uderza ci walka do krwi. Za to kobiety za tobą przepadają, Krawiec.
– Jestem stary, Pachomie.
– Powtarzasz to, kiedy ci wygodnie.
– Jak nie wierzysz, spytaj Hjalmira, ile mam lat.
– Pytałem. Stwierdził, że jesteś dość stary. – Pachom wzruszył ramionami. – Drubbaal chce się mnie pozbyć. Dlatego mnie tu wysłał.
– W oddziale mówili, że cię faworyzuje. Że szybko cię awansował na decymusa.
– To prawda, za szybko. Obawiał się Bethmanna. To zbyt dobry żołnierz, żeby wysoko awansować pod Drubbaalem. I tak już raz się pomylił, mianując Reutela prefektusem.
– To cyniczne.
– Może. Okazja nadarzyła się przypadkiem. Awansował mnie, bo się wyróżniłem w akcji, przy okazji ratując mu życie, na dodatek stary decymus zginął. Reszta ze strony Drubbaala to tylko gra. Trochę nic nie znaczących słów.
– Dlaczego miałby się ciebie pozbywać? Jesteś przecież bratem Adali.
– Właśnie. Gdy Drubbaal poślubi Renatę, przejmie nasze gospodarstwo na własność. To jest jasne. Adalę też będzie miał, kiedy będzie chciał. On o tym wie.
– A Symmachs, Illatio czy Lotta?
Pachom wzruszył ramionami.
– To nie są dzieci Raachill. Pozostają „półdziećmi”. Hrabban nigdy nie wyniósł ich do pełnej wysokości dzieci.
Adams patrzył wyczekująco.
– Dzieci niewolnicy nie dziedziczą, chyba że ojciec ogłosi inaczej. Hrabban nie chce tego zmienić.
– Skąd wiesz, że dobrze traktowałbym twoją siostrę?
– Z tego samego powodu, dla którego mówię to wszystko: można ci ufać.
Adams nie odpowiedział.
Dla bezpieczeństwa rozłączyli się na jakiś czas.
Szli płaskowyżem, wolno wznosząc się wzdłuż piętrzącego się pasma niewysokich wzgórz i skałek, które po drugiej stronie opadały urwistymi zboczami lub pionowymi ścianami ku morzu. Teren wyglądał znajomo. Na którejś z płytkich przerw w skalistej linii mogły stać charakterystyczne kopczyki i tyczki.
Znów podszedł do Pachoma.
– Jesteśmy na wysokości Mrocznej Przełęczy – powiedział cicho do dowódcy.
– Nie czuję głodu. To dziwaczne, przecież tak długo idziemy – zauważył Pachom. – Mogliśmy paść ofiarą jakichś złudzeń. Twoja ocena może też wynikać ze złudy.
– Są obszary, gdzie normalna czynność organizmu jakby się zawiesza. Możliwe, że wracamy z takiego obszaru.
– Więc dlaczego to rejon Mrocznej Przełęczy? Legionistów nie widać.
– Wygląd i kolor skał jest dość podobny. Dawno temu minęliśmy Strażnicę Hevrensza. A poza wszystkim legioniści na zwiadzie starają się nie rzucać w oczy Czarnym.
– Nie możemy jeszcze wrócić. Zebraliśmy za mało informacji. Jednak lepiej nie zapuszczać się na zachód. Tam, skąd przychodzą Golcy, mogą nas przerobić na nich.
– Chcesz zawrócić?
– Tak. Trzeba staranniej spenetrować rejon na wschodzie.
– Obawiam się tych płomieni – powiedział Adams.
– Katrup powinien znaleźć wyjaśnienie, dlaczego ściana płomieni tam stoi. Taka profesja wyjaśniacza.
– Naoglądałem się dość. Pora wrócić do obozu i przemyśleć zebrane obserwacje.
– Z powodu tego wszystkiego, co ci wcześniej powiedziałem, nie możemy tam wrócić. Zostaniemy ujęci przez pretorię i cichcem zabici. Posłano nas na stracenie, więc mamy zginąć. Drubbaal nie jest głupcem, skądś dowiedział się, że na Czarnym Wschodzie nie ma nic dobrego.
Adamsa zmroziła uwaga Pachoma. Było w tym wiele racji: za jednym zamachem Drubbaal pozbył się większości niewygodnych osób.
– Stać tu nie można, bo się jaki busierec nami zainteresuje. Trzeba odnaleźć pozostałych, zebrać raporty.
– Kiedyś jednak musimy wrócić ze zwiadu.
– Czas pracuje na naszą korzyść. Może co przytrafi się Drubbaalowi…? Zresztą, tu jest wszędzie bliżej, niż mi się wydawało.
Rozejrzeli się, czy w pobliżu nie znalazł się jakiś Czarny albo Stwór Mroku, i zawrócili.
106.
Adams znów szedł bardzo długo ku ciemnościom. Drogę wyznaczały ogniki kolejno mijanych Latarń Umarłych. Znów mrok stał się bardzo uciążliwy. Mizerne ogniki próczywa niewiele tu pomagały. Zatrzymał się przy jednej z kolumn, gdyż blask z tej Latarni bardzo przybrał na sile, wydobywał się świetlistym oparem i rozprzestrzeniał po niebie. Adamsa zamurowało. Zielone światło obejmowało coraz więcej nieba. Wokół jaśniało. Chmura nabierała blasku od Latarni i niosła go dalej w sobie.
Poczuł drobną dłoń w swojej. Odwrócił się: w poświacie od Świecącej Chmury, której powstawania właśnie „był świadkiem, Adams dostrzegł dziewczynę w brązowym kubraczku. Grieta odpowiedziała mu ciepłym spojrzeniem, choć przez jej twarz przebiegł nerwowy grymas.
„Obawia się mojej reakcji czy co…? Niby za co miałbym się na nią gniewać?”, pomyślał.
– Jednak wracasz. Chociaż zamierzałeś co innego.
– Daleko już zaszedłem, skoro ciebie odnalazłem.
– Zdarza mi się dojść i do światła.
– Ze mną tam nie dotarłaś.
– Zauważyłbyś, że mam połatany kubraczek.
– A ty, że moje przebranie rozłazi się na szwach.
– Rozmawiałam z twoim kolegą. Też jest przebrany w skórę Czarnej.
– Taak…?
– Nazywa się Sykenu.
– Nie znam nikogo o takim imieniu.
– On jest twoim dowódcą.
– Dowódcą? – Adams dalej próbował udawać.
– Tak. Był was cały oddział. Zostaliście tylko wy dwaj. „Wszyscy pozostali zginęli? Również najlepsi żołnierze: Bethmann i Wentzel?”, pomyślał.
– Byli wśród nas najlepsi żołnierze.
– Wiem. Sykenu płakał, kiedy mu o tym powiedziałam.
– On nigdy nie płacze.
– Może nie ronił łez, ale dusza mu płakała.
– Skąd wiesz o ich śmierci? – Nie można było grać bez końca. Grieta pójdzie sobie i Adams nie dowie się nic więcej.
– Rozmawiałam – urwała.
Nie doczekał się wyjaśnienia.
– Dowódca powiedział ci, że nazywa się Sykenu?
– Nie musiał. On tutaj nazywa się Sykenu.
– A ja?
– Engilu.
– Skąd znasz to imię?
– Widzisz, nazywasz się Engilu.
– Słyszałem o kimś takim. On już dawno nie żyje.
– To nie ma znaczenia. Wielu ludzi może nosić to samo imię. Tutaj nazywasz się Engilu.