Выбрать главу

– Dlaczego zmieniasz imiona?

– Nie zmieniam. Będąc tutaj, jesteś kimś wystarczająco innym, aby nosić inne imię. Idąc tu, opuściłeś swoje imię, wracając stąd, wrócisz do swojego imienia.

Adams nie odpowiedział.

– Możesz dowódcę wezwać nowym imieniem. Przekonasz się – powiedziała Grieta.

„Wolałbym, żeby to on wezwał mnie moim nowym”, pomyślał. „Wtedy bym może uwierzył”. Grieta przyśpieszyła, chciała spotkać kogoś innego.

107.

Adams dotarł do miejsca, gdzie było już zupełnie ciemno. Żadnej latarni, ani jednej świecącej chmury. Tutaj nawet one nie dochodziły. Ani śladu czerwonej łuny nad horyzontem. Macał przed siebie ręką jak ślepiec. W zupełnej ciemności szło się bardzo trudno.

Nagle obok jakieś zamieszanie, szamotanina czy walka. Głośnemu rykowi busierca odpowiedział stłumiony syk wściekłości i zaraz potem wrzask rozwścieczonej gabery. Odgłosy jak wtedy, kiedy busierec usiłuje przemocą pokryć samicę, a ta odgryza się wściekle. Ten hałas był taki, jakby walczyło kilka Czarnych, jakby kilka samców naraz usiłowało dobrać się do jednej gabery. „Pozagryzają się nawzajem z zimna”, pomyślał. „Że też im się chce na tym ziąbie”.

Nagle coś gwałtownie go potrąciło. Żeby nie upaść, złapał się tego z całych sił. Uciekająca gabera wpadła mu w ramiona, przytulając się do niego cała. Nawet twarzą przywarła do jego futra. Wyczuł w ramionach zaskakująco drobną postać. Tuż przy uchu rozległ się jej pośpieszny oddech, głośno dyszała po świeżo stoczonej potyczce.

Nieoczekiwanie delikatnym ruchem odsunęła go od siebie, przytrzymując jednak jego dłoń. Następnie pociągnęła za sobą w ciemność. Jej śladem iść będzie znacznie łatwiej.

Starannie wybierała drogę, Adams potykał się rzadziej. Uważał, że Czarne lepiej widzą w ciemnościach niż ludzie. Trzymanie za rękę gabery pomagało wędrować, lecz nie pomagało na zimno. Adams marzł, mimo grubego futra i odzienia. Wokół ponownie rozbrzmiały jęki i zgrzytanie zębów. Golcy znów trzęśli się z zimna, do krwi obijali stopy o kamienie.

Nagle w oddali dostrzegł punkcik światła. Przez chwilę myślał, że to złudzenie, że oszukuje go siatkówka oka.

Jednak światełko z każdym krokiem wzmacniało się. Było żółtoczerwone, ruchliwe, pełgające; nie takie, jak od Latarni Umarłych czy od Świecącej Chmury. Wśród maszerujących zapanowało ożywienie. Zbliżali się do wysokiej ceglanej wieży. Na jej szczycie jaśniało wielkie ognisko. Wśród słupów nośnych ażurowej konstrukcji wieńczącej wieżę wesoło figlowały żółte płomienie. W jej pobliżu nie było cieplej, ale sam blask ognia przyciągał nagich ludzi. Gromadzili się przed żelaznymi wrotami wieży. Niektórzy wchodzili do środka. Byle się ogrzać. Stojące przy bramie Suche zachęcały do wejścia. Golcy śmielej znikali we wnętrzu. Aby uniknąć niepotrzebnego zamieszania, Suche zaczęły kułakami rozpędzać napierający tłum. Odpowiedziały im złorzeczenia i tumult. Suche wdziały garnkowate hełmy, sięgnęły po tarcze i piki. Dopiero po dłuższym czasie udało się im wprowadzić jaki taki porządek. Chętni Golcy czwórkami wchodzili przez blaszaną bramę.

Adams myślał przez chwilę, czy do nich dołączyć, jednak nie było mu aż tak zimno, a w wieży zbyt wiele oczu widziałoby jego przebranie z bliska.

Płomień buchnął z nowym impetem, gorąca struga waliła w górę, zaraz potem znacznie ściemniał, a z paleniska poszedł gęsty, czarny dym. Wydawało się, że cegły wieży aż świecą od żaru. Ten płomień tańczył. Zwijał się i skręcał. Jego języki to przypominały ludzkie ramiona z rozcapierzonymi palcami, to znów układały się w gorejące ciała, w ludzkie torsy, ramiona i uda, uformowane z ognia. Z jego głębi wyłaniały się twarze wykrzywione bezgłośnym krzykiem. Ciemniejsze miejsca przetwarzały się w oczy wypełnione bezbrzeżnym cierpieniem. Płomień huczał i szumiał łakomie, nawet u podstawy wieży zrobiło się wreszcie cieplej.

Golcy zadzierali głowy, pokazywali sobie nawzajem palcami niezwykły spektakl pląsających ogni. Zaczęli szemrać, rozprawiali z ożywieniem. Przestali tłoczyć się przy stalowych wrotach. Bezrobotne Suche przysiadły na kamieniach. Nie było kogo odpychać od drzwi, nie było kogo ustawiać w czwórki.

Kolumna nagich ludzi ruszyła w swą zwykłą drogę. Płomień, jakby pozbawiony strawy, ponownie przygasał. Może czekał, kiedy nadejdą inni ludzie, spragnieni ciepła, światła lub widowiska?

Adams miał okazję obejrzeć swoją towarzyszkę. Ciało gabery pokrywało złociste, połyskliwe, krótkie futro; miała proste, zgrabne dziewczęce nogi, kolana zginała jak człowiek; szczupłą i proporcjonalną sylwetką przypominała szczelnie odzianą w futrzany kombinezonik zgrabną dziewczynę, a nie włochatą, nieludzką bestię. Pełne wargi, prosty nos i duże, niebieskie, lekko skośne oczy nadawały jej twarzy, porośniętej króciusieńką, złocistą sierścią, wyraz ciepła i łagodności. Futro na głowie, skręcone w drobne loczki, falowało jak kobiece włosy. Jej piersi były półkuliste, zakończone sterczącymi, dużymi, czerwonymi brodawkami.

Złota była dużo drobniejsza niż inne gabery, parę centymetrów niższa od Adamsa. Ot, idealnie dobrana fizycznie do niego, piękna kobieta w obcisłym, płowym futrze. Jej kopytka przypominały kobiece stopy w gustownych rogowych bucikach. Miała krótkie, zalotne różki, a w miejscu ogona niewielką, jasną kitę. Adams nie powstrzymał się i powiódł dłonią po tej kitce, by przekonać się, że to nie ogon, lecz puszyste, długie futro. Gabera odpowiedziała wspaniałym uśmiechem.

Swoją drobną dłoń (zakończoną długimi, choć foremnymi paznokciami) znów miękko wsunęła w dłoń Adamsa. Pachniała jakby wodą kwiatową. Przyjemność sprawiało mu, że trzyma ją za rękę. Złota pewnie poprowadziła go w gęstniejącą ciemność.

„Spełnił się sen samotnego legionisty”, pomyślał Adams, i była to jedyna ironiczna myśl, na jaką się zdobył. Nieodparty urok Złotej wykluczał ironię. Adams zaraz uświadomił sobie, że pożąda Złotej Gabery coraz mocniej. Pociły mu się dłonie.

Z dala, nad horyzontem mrok wschodniego nieboskłonu wreszcie rozjaśniła czerwona łuna. Była coraz mocniejsza. Zbliżali się do znanych płomieni.

Złota lekkim, delikatnym ruchem uwolniła rękę, następnie miękko wsunęła ją pod ramię Adamsa. Przytuliła się mocniej.

Wydawało mu się, że idą po miękkiej murawie. Po czapach suchego, czystego mchu, przypominających mięsiste poduchy tapczanu czy przytulnej kanapy, które lekko uginają się pod stopami, a na których można się wygodnie położyć.

Złapał się na rozważaniach, jak rozluźnić z przodu przebranie, nie demaskując swojego wyglądu.

Złota wysunęła dłoń spod jego ramienia i otoczyła swoim jego szyję. Zadrżała, wyczuwając chropowatości kolczugi, jednak ramienia nie cofnęła.

„Odgadła, kim jestem. Zaraz zaalarmuje swoich”, pomyślał. Jednakże strachu nie poczuł. Złota budziła dziwne zaufanie, może dlatego, że sama była ufna. Nie słabło podniecenie. Ona coraz mocniej tuliła się do Adamsa. Nie było w tym jednak nic z natarczywości, co najwyżej nieśmiałe pragnienie pieszczot.

„Czego ona chce?”, myśli tłumem biegły przez głowę. „Przecież już wie, że jestem człowiekiem”. Przed oczyma stanęła wizja Złotej jako gospodyni jego domu w Krum. Nie wydała się zupełnie nieprawdopodobna.

Gabera zdjęła ramię z szyi Adamsa (nie było jej tak zbyt wygodnie) i objęła go w pasie. Natomiast jego ramieniem otoczyła swoją szyję. Jej pieszczoty były delikatne, ale stanowcze. Nie próbował się przeciwstawić. Teraz lekko ściągnęła jego dłoń niżej, by przytulił ją mocniej, i dalej w dół, aż jego palce spoczęły na sterczącej brodawce jej piersi. Była tak gorąca, że Adams odruchowo cofnął palce. Wyczuł, jak pod jego dotknięciem przez ciało Złotej przebiegł dreszcz. Lekko docisnęła jego palce, więc już nie próbował usunąć dłoni, zresztą nie chciał, czując, jak z każdym drgnieniem jego ręki fale skurczów przebiegają pod złocistą skórą przytulonej towarzyszki.