Выбрать главу

Bardzo długo patrzyła na niego.

– Naprawdę czujesz się za mnie odpowiedzialny?

– Ukradłaś moje pieniądze, mój samochód, moje karty kredytowe i zdjęcia moich siostrzenic i siostrzeńców. Musiałem cię złapać, żeby to wszystko odebrać.

– Ty draniu. – Oddała mu broń.

– Owszem, jestem nim – zgodził się. – Dziękuję, Sally. Koniec z próbami ucieczki ode mnie? – zapytał, rzucając pistolet na tylne siedzenie.

– Nie wiem.

– Wiesz co, nie będę ryzykował. Przykuję cię do siebie, co ty na to?

Nie odpowiedziała, siedziała z głową przyciśniętą do jego ramienia. Zrozumiał, że cierpi, podczas gdy on sobie z niej dworuje.

– Spróbuj się odprężyć – powiedział. Zerknął na Dillona. – Co sądzisz o znalezieniu jakiegoś sympatycznego motelu?

– To są sprzeczne pojęcia. Ty płacisz czy FBI?

– A niech tam. Teraz, kiedy odzyskałem karty kredytowe, jestem bogaty. Płacę za wszystko poza twoim pokojem, Dillon.

– Jutro kupimy jakieś ubranie, które będzie na ciebie pasować.

Stała, przyglądając się wnętrzu ogromnego pokoju motelowego. Mieścił się w nim kącik wypoczynkowy, telewizor i podwójne łóżko. Odwróciła się, żeby spojrzeć na niego.

– Czy przyszedł czas zapłaty?

Przechylił głowę na bok.

– Co masz na myśli?

Wskazała głową łóżko.

– Domyślam się, że mam z tobą spać w tym łóżku.

– Miałem zamiar poprosić cię, żebyś spała na kanapie. Dla mnie jest za krótka.

Obrzuciła go zakłopotanym spojrzeniem, po czym udała się do łazienki, rzucając przez ramię:

– Nie rozumiem cię. Czemu nie jesteś na mnie wściekły? Czemu nie krzyczysz? Nie jestem przyzwyczajona do zrównoważonych ludzi, zwłaszcza mężczyzn. Popatrz na siebie, jesteś wcieleniem długo cierpiącego Hioba.

Na jej policzku pojawił się siniec. Zastanowiło go, jak mocno boli ją ramię.

– Byłbym na ciebie wkurzony, gdybym nie widział, jak lecisz z tego motocykla. Takim hamowaniem przyprawiłaś mnie o siwe włosy.

– Wpadłam w poślizg. Nic już nie mogłam zrobić.

– Weź długi prysznic. To powinno złagodzić ból.

Pięć minut później rozległo się pukanie do drzwi, łączących pokój z sąsiednim. Quinlan otworzył je.

– Jest pod prysznicem. Wchodź.

Dillon niósł dużą torbę z Burger Kinga i pojemnik z trzema napojami. Postawił wszystko na stole i opadł na kanapę.

– Co za bajzel. Jedno przynajmniej jest dobre, a mianowicie to, że nie zamierza znowu uciekać. Nie wiedziałem, że tak umiesz oczarować.

– Trzymaj się w pobliżu, to może się czegoś nauczysz.

– Co, u licha, mamy teraz zrobić, Quinlan? Musimy zadzwonić do Brammera. Nawet nie wiemy, jak przebiega pozostała część śledztwa.

– Właśnie dotarło do mnie, że mamy weekend. Jest piątek w nocy, a właściwie sobota rano. W pewnym sensie nie jesteśmy już na służbie. Dopiero w poniedziałek musimy być przykładnymi pracownikami, prawda?

Dillon leżał wyciągnięty na sofie z przymkniętymi oczami.

– Brammer zażyczy sobie naszych jaj na śniadanie.

– Nie. Zażyczyłby ich sobie, gdybyśmy zgubili Sally. Ale nie zgubiliśmy jej. Teraz już wszystko będzie dobrze.

– Nie mogę uwierzyć w twój szalony optymizm – rzekł Dillon i usiadł, otwierając oczy, gdyż usłyszał odgłos zakręcania prysznica. – W łazience mają całą baterię najróżniejszych małych opakowań szamponów, odżywek i tym podobnych rzeczy.

– Twoje zdanie?

Zawarczała suszarka.

– Naprawdę nie mam zdania. Jedzmy – powiedział Dillon. Ugryzł spory kęs hamburgera i z pełnymi ustami rzekł: – Jestem zmęczony. Muszę wszystko przemyśleć. Na szczęście jutro mamy sobotę. Szkoda tylko, że siłownia będzie zatłoczona.

*

Dochodziła trzecia nad ranem. W pokoju było cicho i ciemno. Wiedział, że nadal nie śpi. Doprowadzało go to do szaleństwa.

– Sally? – odezwał się w końcu. – Co się dzieje?

– Co się dzieje? – Zaczęła się śmiać. – Masz wyczucie nosorożca. Mnie się pytasz, co się dzieje?

– W porządku, masz rację, ale oboje potrzebujemy snu. Nie mogę zasnąć przed tobą.

– To głupota. Nie wydałam żadnego dźwięku.

– Wiem, i dlatego jest to szalone. Wiem, że jesteś śmiertelnie przerażona, ale jeśli sobie przypominasz, obiecałem przecież, że będę cię chronił. Obiecałem, że uporządkujemy cały ten bałagan. Wiesz, że bez ciebie nie dam rady tego zrobić.

– Mówiłam ci już, James, że nie pamiętam wydarzeń tamtej nocy. Ani jednego. Są tylko jakieś obrazy i dźwięki, ale nic konkretnego. Nie wiem, kto zabił mojego ojca. Może nawet był jeszcze żywy, kiedy tam byłam. Z drugiej jednak strony, ja również mogłam go zabić. Nienawidziłam go bardziej, niż mógłbyś to sobie wyobrazić. Noelle przysięgła mi, że nie ona go zabiła. Było jeszcze coś, ale nie zdążyła mi o tym powiedzieć, jeśli w ogóle miała taki zamiar.

– Wiesz, że byłaś tam, kiedy został zastrzelony. Wiesz dobrze, że to nie ty go zabiłaś. Ale wrócimy do tego później.

– Sądzę, że moja matka nie powiedziała mi prawdy, bo wie, że to ja go zabiłam. Próbuje mnie osłaniać, nic innego.

– Nie, ty go nie zastrzeliłaś. Może nie zdążyła nic więcej ci powiedzieć, bo zjawiliśmy się my. A może osłania kogoś innego. Wszystkiego się dowiemy. Zaufaj mi. Powiedziała policji i nam, że przez cały wieczór była poza domem, sama w kinie.

– Cóż, mnie oświadczyła, że była ze Scottem. A to oznacza, że ma świadka, mogącego potwierdzić, iż nie zabiła mojego ojca.

– Scott? Twój mąż?

– Nie bądź taki mądry. Wiesz, że to mój mąż, ale już wkrótce nim nie będzie.

– Dobrze. Zajmiemy się tą sprawą. Ale teraz jest już późno. Musimy mieć trochę snu. Muszę ci tylko jeszcze powiedzieć, że twoja eskapada była naprawdę świetna, Sally. Kiedy zauważyłem cię przypadkiem, opuszczającą tamten motel na motocyklu, mało mi szczęka nie opadła. Bardzo sprytnym posunięciem z twojej strony było porzucenie samochodu i zakup motocykla. Zupełnie nas to zaskoczyło.

– Owszem, ale kiedy doszło co do czego, i tak nie miało to znaczenia, prawda?

– Dzięki Bogu nie. Dillon i ja jesteśmy dobrzy. I mamy kupę szczęścia. Gdzie się wybierałaś?

– Do Bar Harbor. Dziadek dał mi trzysta dolarów. Wszystkie pieniądze, jakie miał w portfelu. Kiedy je policzyłam, uświadomiłam sobie ogrom ironii.

– Żartujesz. Dokładnie trzysta dolarów?

– Co do centa.

– Twoi dziadkowie nieszczególnie przypadli mi do gustu. Służąca wprowadziła nas do gabinetu na tyłach domu. Oglądali jakąś reklamę z telezakupów. Muszę przyznać, że było to dla mnie zaskoczeniem. Pan Franklin Oglwee Harrison i jego żona, oglądający taki plebejski program.

– Mnie by to też zaskoczyło.

– Sally, może chciałabyś przyjść do łóżka? Nie, nie zamieraj. Widzę stąd, że skostniałaś z zimna. I pewnie na dodatek boli cię ramię, prawda?

– Trochę. Właściwie bardziej piecze niż boli. Miałam dużo szczęścia.

– Masz rację. Chodź już, obiecuję, że się na ciebie nie rzucę. Pamiętasz, jak dobrze się nam spało w Cove, w moim pokoju na wieży? Musiało cię to specjalnie nie martwić, skoro gotowa byłaś opowiedzieć o tym motocyklistom.

Przez całą minutę panowała cisza.

– Tak, pamiętam – odezwała się wreszcie. – Nie wiem, dlaczego otworzyłam usta i wypaplałam to kompletnie obcym ludziom. Miałam wtedy ten koszmar senny.

– Nie, po prostu przypominałaś sobie, co się z tobą działo. To był koszmar, ale miał miejsce w rzeczywistości. To był twój ojciec. W końcu mi to powiedziałaś. Chodź tutaj, Sally. Jestem wykończony i nawet ty, superkobieta, musisz chyba balansować na krawędzi wytrzymałości.