Выбрать главу

Czuła, że zaczyna się pocić, ale nie przestawała gorączkowo myśleć. Nie, nie, to jest prawdziwe miasteczko. To siedlisko dobrych ludzi, a nie zła, śmierci, śmierci tak częstych, że trudno to sobie było wyobrazić.

Schowała notes do torebki. Nie chciała już wracać do domku Amabel.

Bała się.

Dlaczego ta biedna kobieta, której krzyki słyszała przez dwie noce, została uwięziona? Czy zobaczyła coś, czego nie powinna była widzieć? Czy usłyszała coś, czego nie powinna była usłyszeć? Dlaczego został zamordowany doktor Spiver? Czy zabił kobietę, a ktoś inny z miasteczka dowiedział się o tym i go zastrzelił, aby sprawiedliwości stało się zadość?

Spróbowała pozbyć się tych myśli. Nie chciała się bać. Za długo już się bała.

ROZDZIAŁ 28

Zajrzała do Sklepu z Najwspanialszymi Lodami Świata. Nie było tam Amabel, ale zastała Sherry Vorhees.

– Sally, jakże miło cię widzieć. Przyjechałaś z tym milutkim panem Quinlanem?

– Tak. Czy mogę spróbować bananowo-orzechowych?

– Są pyszne. W całej historii sklepu nigdy w ciągu tygodnia nie sprzedaliśmy więcej innych lodów. Mamy teraz tak wielu stałych klientów przyjeżdżających z okolicy o promieniu pięćdziesięciu kilometrów, że moglibyśmy zatrudnić tych paru leniwych pryków, wiecznie grających w karty wokół swojej beczki.

Z pokoiku na zapleczu, oddzielonego od sklepu śliczną kwiecistą zasłoną, utrzymaną w niebieskiej tonacji, wyłoniła się Velma Eisner. Parsknęła:

– Akurat, Sherry! Już sobie wyobrażam tych staruchów sprzedających lody. Pożarliby je, a potem bekali i żebrali o litość.

Odwróciła się do Sally i uśmiechnęła.

– Zastanawiałyśmy się nad zaangażowaniem mężczyzn. Z pewnością by wyrzekali i uskarżali się, że to kobiece zajęcie. Zdecydowałyśmy jednak, że nie będziemy ich angażować, żeby tylko nam przypadły wszelkie korzyści.

– Pewnie macie rację – powiedziała Sally, odbierając rożek z lodami. Spróbowała i pomyślała, że to niebo w gębie. Znów polizała i westchnęła. – Cudowne.

Kobiety roześmiały się.

– Przeszlyśmy długą drogę od czasów, gdy przechowywałyśmy lody w trumnach Ralpha Kcatona, prawda, Velmo? – zauważyła Sherry.

Velma, przyjmując od Sally dwa dolary sześćdziesiąt centów, tylko się uśmiechnęła.

Sally znów polizała lody.

– Byłam u Amabel, ale jej nie zastałam.

Z pokoiku na zapleczu wyszła Helen.

– Cześć, Sally. Amabel pojechała do Portland,

– Po artykuły do malowania i inne zakupy – dodała Velma. – Powiedziała, że będzie z powrotem za kilka dni. Prawdopodobnie w piątek.

– Aha.

Lizała lody, czując ich smak, który eksplodował jej w ustach. Przymknęła oczy.

– Ich jedzenie musi być większym grzechem niż pochłanianie trzech jajek dziennie.

– Cóż – odparła Helen. – Jakie to ma znaczenie, jeśli zjesz jednego loda na tydzień? – Odwróciła się, żeby rzucić w stronę Velmy. – W ostatni czwartek widziałam, że Sherry zjadła trzy porcje lodów.

– Nie zjadłam!

– Widziałam cię. Wszystkie były czekoladowe.

– Nieprawda!

Trzy kobiety zaczęły sobie docinać. Było oczywiste, że zabawiały się tak od lat. Znały nawzajem swoje słabe punkty i atakowały je z zapałem. Sally zamieniła się w obserwatora i zajęła jedzeniem banan owo-orzechowych lodów. Ostatnie słowo należało do Velmy. Zanim Sherry i Helen zdołały pisnąć, zwróciła się do Sally:

– Nie, nie wpuścimy mężczyzn za ladę. Wszystko by zjedli.

Sally roześmiała się.

– Chyba byłabym gorsza od mężczyzn. Zjadłabym cały zapas lodów w ciągu jednego dnia. – Skończyła jeść swoją porcję i poklepała się po brzuchu. – Nie czuję się już taka wychudzona.

– Zostań tutaj, Sally, a nim się obejrzysz, będziesz taka okrągła i puszysta jak my – rzekła Sherry Vorhees.

– Podziwiałam miasto – powiedziała Sally. – Jest takie śliczne, takie doskonałe. I te wszystkie kwiaty, takie wiosenne, kwitnące wszędzie i tak pielęgnowane. Nawet na cmentarzu. Trawa jest tam skoszona, groby zadbane. Zastanawiałam się, czy jest coś, o czym kiedykolwiek zdarzyło się wam zapomnieć, a co sprawiłoby, że miasteczko wyglądałoby jeszcze piękniej?

– Staramy się myśleć o wszystkim – odpowiedziała Helen. – Raz w tygodniu mamy zebranie mieszkańców, gdzie omawiamy różne ulepszenia i rzeczy, które wymagają naprawy czy unowocześnienia.

– A co robiłaś na cmentarzu? – spytała Velma, wycierając ręce w fartuch, uszyty z tego samego materiału co zasłona.

– Och, po prostu włóczyłam się trochę, kiedy nie zastałam w domu Amabel. I zauważyłam coś niezwykłego.

– Co? – spytała Helen.

Przez krótką chwilę Sally zastanawiała się, czy nie powinna trzymać buzi zamkniętej na kłódkę. Ale nie, na miły Bóg, przecież te kobiety dogryzały sobie z powodu lodów. Wiedziały, kto i kiedy umarł. Powiedzą jej. Czemu nie? Nie działo się tu nic strasznego.

– Otóż na peryferiach cmentarza znalazłam około trzydziestu grobów. Wszyscy ci ludzie zmarli w latach osiemdziesiątych. Sami mężczyźni. Na kamieniach nagrobnych nie było nic specjalnego, jedynie nazwiska i daty urodzin i śmierci. Inne nagrobki miały bardziej osobiste napisy. A jeden był bardzo szczególny, tylko z napisem BILLY. Pomyślałam, że to bardzo dziwne. Może wszystkim znudziły się bardziej osobiste napisy. I tylu mężczyzn umarło, a ani jedna kobieta. Też musieliście być zdumieni.

Sherry Vorhees głęboko westchnęła i potrząsnęła głową.

– To była straszna sprawa – powiedziała. – Hal był taki załamany, że w tamtym czasie straciliśmy tak wielu członków naszej gromadki. I masz rację, Sally, tylko mężczyźni umierali. Przyczyny śmierci były różne, ale bolało nas tak samo.

Helen Keaton wtrąciła szybko:

– Nie zapominaj o tym, że część zmarłych pochodziła z okolicznych osiedli. Ich krewni uważali, że nasz cmentarz jest taki romantyczny, położony nad urwiskiem, tuż nad morzem. Pozwoliliśmy im pochować tu ich zmarłych.

– A czy ta biedna kobieta, którą znaleźliśmy z Quinlanem na urwisku, też tu leży?

– Nie – odparła Velma Eisner. – Jej mąż okazał się niegrzecznym młodym człowiekiem. Narobił wielkiej wrzawy, że w jakiś sposób jesteśmy odpowiedzialni za to, co się stało. Kazałam mu się przyjrzeć naszej musku laturze i zacząć myśleć. Jakbyśmy mogli mieć coś wspólnego ze śmiercią jego żony. Wyleciał stąd jak oparzony.

– Nawet nie kupił lodów – dodała Helen. – Miałyśmy wtedy waniliowe ze świeżymi jagodami. Nigdy już tu nie wrócił.

– No cóż, niezbyt ładnie z jego strony – stwierdziła Sal-ly. – Ale muszę już iść. Dziękuję za lody. – Przy drzwiach odwróciła się. – Nie widziałam grobu doktora Spivera.

– Nie ma go tam – wyjaśniła Velma. – Chciał zostać poddany kremacji i odesłany do Ohio. Mówił, że prędzej go szlag trafi, niż pozwoli Ralphowi Keatonowi się pochować.

Helen Keaton roześmiała się.

– Ralph był niezadowolony, mówię wam.

– Nie, Helen – wtrąciła Sherry. – Ralph był wściekły. Niezadowolona jesteś ty, kiedy Ralph nie wrzuci swoich gatek do kosza na brudy.

Kobiety wybuchnęły śmiechem. Sally śmiała się razem z nimi. Potem przeszła na drugą stronę ulicy i ruszyła prosto do pensjonatu Thelmy.

Sherry Vorhees zaciągnęła zasłony na okna Sklepu z Najwspanialszymi Lodami Świata. Odezwała się do pozostałych dwóch kobiet: