Выбрать главу

– Mmm…

– Miałam być jej druhną na ślubie z Tuckerem Longstreetem. – Zsunęła mu spodnie z bioder. – Nie mogę myśleć o tym, jak zginęła.

– Nie myśl o tym, złotko. – Dyszał ciężko. – Pozwól, by Billy T. pomógł ci o tym wszystkim zapomnieć. – Jednym ruchem rozchylił jej nogi. – Edda Lou na pewno by sobie tego życzyła.

– Tak. – Westchnęła i objęła udami jego rękę. Wygięła plecy i strąciła z lady miskę płatków kukurydzianych. – Na zawsze pozostanie w moim sercu. – Objęła go ramionami i otworzyła oczy, rozjaśnione miłością. Miał już założony kondom. – Jesteś dla mnie taki miły, skarbie. – Nakierowała go ręką i Billy T. zabrał się do pracy. – Dajesz mi o tyle więcej radości niż Junior. Nie uwierzysz, ale odkąd się pobraliśmy, robimy to już tylko w łóżku.

Mile połechtany, Billy T, uniósł ją za biodra, waląc jej głową w szafkę kuchenną. Darleen nawet tego nie zauważyła.

Caroline nie mogła uwierzyć, że spała tak dobrze tej nocy. Może była to forma ucieczki, a może zasługa Susie Truesdale i jej córki, które spały w sąsiedniej sypialni. Czuła się bezpieczna w łóżku swoich dziadków. Obudził ją blask słońca i zapach przysmażanego bekonu.

Jej pierwszą reakcją było zażenowanie, że śpi, podczas gdy goście sam robią sobie śniadanie. To ona jest tu przecież gospodynią. Ale wobec grozy poprzedniego dnia argument wydał jej się tak słaby, że z trudem opanowała chęć odwrócenia się na drugi bok.

Zamiast zasnąć ponownie, wzięła zimny prysznic i ubrała się.

Kiedy zeszła na dół, Susie i Marvella siedziały już za stołem i rozmawiały przyciszonymi głosami nad talerzem z jajecznicą.

Podobieństwo między matką a córką było tak uderzające, że Caroline omal się nie roześmiała. Dwie śliczne kobiety z włosami koloru futra z norek i wielkimi niebieskimi oczami. Szeptały między sobą jak dwie dziewczynki w tylnych ławkach kościoła. Obie miały usta w kształcie serca i uśmiechnęły się serdecznie na jej widok.

Istniała między nimi bliskość, zrozumienie i szacunek, coś, czego Caroline nigdy nie zaznała. Kiedy tak patrzyła na zażyłość matki z córką, zalała ją nagła, nieoczekiwana fala zazdrości.

– Miałyśmy nadzieję, że pośpisz dłużej. – Susie zerwała się z krzesła i nalała kawę do filiżanki.

– Czuję się tak, jakbym przespała tydzień. Dziękuję. – Wzięła filiżankę z rąk Susie. – Jesteście takie miłe, że zostałyście ze mną…

– Od czego są sąsiedzi? Marvella, podaj Caroline śniadanie.

– Och, doprawdy, ja…

– Musisz coś zjeść. – Susie posadziła ją niemal siłą na krześle. – Po takim szoku człowiek potrzebuje paliwa.

– Mama robi wspaniałe jajka – wtrąciła Marvella. Podając Caroline talerz, próbowała na nią nie patrzeć. Miała ochotę zapytać, gdzie strzyże włosy. Bobby Lee dostałby chyba szału, gdyby zrobiła takie spustoszenie w swoich lokach. – Człowiek zawsze czuje się lepiej, kiedy sobie podje. Ostatnim razem, kiedy zerwałam z Bobby'em Lee, wsunęłyśmy z mamą olbrzymie porcje lodów z czekoladą.

– Trudno czuć się nieszczęśliwym, kiedy ma się w żołądku lody oblane czekoladą. – Susie uśmiechnęła się i postawiła na stole talerz grzanek. – Otworzyłam słoik dżemu malinowego z zapasów panny Edith. Chyba nie masz nic przeciwko temu?

– Och, nie. – Zafascynowana Caroline wzięła do ręki ręcznie opisany słoiczek. – Nie wiedziałam nawet, że jest tu dżem malinowy.

– Panna Edith robiła go co roku. Nikt nie przyrządzał galaretek i dżemów lepiej od niej. Sześć razy z rzędu wygrywała niebieską wstążeczkę za przetwory owocowe. – Susie otworzyła dolną szafkę i ruchem dłoni objęła rzędy słoików. – Masz tu zapas na rok.

– Nie wiedziałam. – Tyle pięknych, kolorowych słoików, tak starannie opisanych, ustawionych z taką troską. Żal i poczucie winy chwyciło ją za gardło. – Nie mogłam widywać babci tak często, jak bym chciała.

– Była z ciebie bardzo dumna. Opowiadała o swojej małej Caro, że podróżuje po całym świecie i gra dla monarchów i prezydentów. Pokazywała wszystkim pocztówki, które jej przysyłałaś.

– Jedna przyszła z Francji, z Paryża – wtrąciła Marvella. – Z wieżą Eiffla. Panna Edith pozwoliła mi wykorzystać ją w pracy domowej.

– Marvella przez dwa lata uczyła się francuskiego – Susie spojrzała na córkę z satysfakcją. Ona sama musiała rzucić szkołę na cztery miesiące przed maturą, kiedy ciąża zaczęła być widoczna. Myśl, że jej córka zdobyła już świadectwo maturalne, była dla niej niewyczerpanym źródłem radości. Rzuciła okiem na zegarek. – Kochanie, na ciebie chyba już czas.

– Och, Boże! – Marvella zerwała się na równe nogi. – Zrobiło się późno.

– Marvella pracuje w Rosedale jako sekretarka do spraw prawnych. Powiedzieli, że może przyjechać później, zważywszy okoliczności. – Patrzyła, jak Marvella poprawia szminkę w lustrzanej powierzchni tostera. – Weź mój samochód. Zadzwonię do taty, żeby mnie odebrał. – Wstała i położyła dłonie na ramionach Marvelli. – Nie zatrzymuj się dla nikogo, nawet jeżeli będzie to ktoś znajomy.

– Nie jestem głupia.

Susie uszczypnęła ją w policzek.

– Nie, ale jesteś moją jedyną córką. I chcę, żebyś do mnie zadzwoniła, jeżeli będziesz w domu później niż o piątej trzydzieści.

– Zadzwonię.

– I powiedz temu Bobby'emu Lee, że koniec z parkowaniem na Dog Street Road. Jeżeli już musicie się migdalić, róbcie to u nas w salonie.

– Mamo! – Rumieniec zalał szyję Marvelli i wspiął się wolno na policzki.

– Jeżeli mu sama nie powiesz, ja to zrobię. – Ucałowała nadęte usta Marvelli. – No, biegnij.

Marvella uśmiechnęła się do Caroline.

– Niech pani nie pozwoli się sterroryzować, panno Waverly. Kiedy już raz zacznie, trudno ją powstrzymać.

– Impertynentka – zachichotała Susie, kiedy drzwi zamknęły się za jej córką. – Trudno mi uwierzyć, że jest już dorosła.

– To urocza dziewczyna.

– Przyznaję. Przy tym jest uparta jak muł i doskonale wie, czego chce. Chce Bobby'ego Lee Fullera od dobrych dwóch lat, więc przypuszczam, że go w końcu dostanie. – Uśmiechnęła się łobuzersko i podniosła filiżankę z wystygłą kawą. – Kiedy już namierzyłam sobie Burke'a, biedak nie miał żadnych szans. Ona jest taka sama. Mimo to martwimy się, bo dzieci zawsze wydają się młodsze, niż my byliśmy w ich wieku. – Spojrzała niechętni talerz Caroline. – Niewiele zjadłaś.

– Przepraszam – Caroline przełknęła z trudem następny kęs. – Ale to wszystko jest takie dziwne. Nawet nie znałam tej dziewczyny, a przeraża mnie sama myśl o niej. – Zrezygnowana, odsunęła talerz. – Susie, nie chciałam pytać przez Marvelli, ale chyba nie wszystko zrozumiałam. Ta dziewczyna w stawie jest trzecią ofiarą?

– Od lutego – potwierdziła Susie. – Wszystkie trzy zadźgane nożem.

– Boże!

– Burke niewiele mówi, ale wiem, że to paskudna sprawa, naprawdę paskudna. Okaleczenie czy coś w tym rodzaju. – Wstała, żeby posprzątać ze stołu. – Przeraża mnie to jako matkę, jako kobietę. 1 martwię się o Burke'a. Odbiera to wszystko zbyt osobiście, jakby ponosił tu jakąś winę. Bóg jeden wie, że nikt nie był przygotowany na coś takiego, ale Burke uważa, że powinien temu zapobiec.

Uważał również, że jego obowiązkiem było powstrzymać ojca przed założeniem sobie pętli na szyję, przypomniała sobie.

Caroline napełniła zlew wodą i dolała płynu do mycia naczyń.

– Ma jakiś podejrzanych?

– Nawet jeżeli ma, nic na ten temat nie mówi. Z Arnette wyglądało to na robotę jakiegoś włóczęgi. No wiesz, kiedy miasteczko liczy osiemset. dziewięćset osób, znasz mniej więcej wszystkich. Wydawało się niemożliwe, żeby zrobił to ktoś z nas. Potem, kiedy Francie została zamordowana w ten sam sposób, ludzie zaczęli się sobie nawzajem przyglądać. Ale nawet wtedy nikt nie wierzył, żeby to mógł być sąsiad albo znajomy. Teraz…

– Teraz musicie szukać między sobą.

– I robimy to. – Susie wzięła ręcznik do naczyń, a Caroline zaczęła zmywać. – Choć ja osobiście uważam, że to jakiś maniak ukrywający się na bagnach.