Выбрать главу

Caroline wyjrzała przez okno w stronę drzew. Drzew, które dziś rosły jakby bliżej domu.

– Ładna mi pociecha.

– Nie chcę cię straszyć, ale ponieważ mieszkasz tu sama, powinnaś zachować ostrożność.

Caroline zacisnęła usta.

– Słyszałam, że Tucker Longstreet i Edda Lou pokłócili się. Że ona naciskała go o ślub.

– Przynajmniej próbowała. – Susie wytarła talerz do sucha, potem roześmiała się. – Boże, nie znasz Tuckera, inaczej nie miałabyś takiej miny. Śmiać mi się chce na samą myśl, że Tucker mógłby kogoś zabić. Przede wszystkim wymagałoby to zbyt dużo wysiłku i nakładu emocji. Nie trwoni swoich sił, a co do uczuć, prawie jest ich pozbawiony.

Caroline przypomniała sobie wyraz twarzy Tuckera, kiedy spotkali się nad stawem. Trudno byłoby powiedzieć, że nie zdradzał dużego wzburzenia.

Sprawiał raczej wrażenie kogoś, kto ma kłopoty z nadmiarem doznań.

– A jednak…

– Przypuszczam, że Burkę będzie musiał z nim porozmawiać – przyznała Susie. – Nie przyjdzie mu to łatwo. Są sobie bliscy jak bracia. Wszyscy chodziliśmy razem do szkoły – ciągnęła pucując talerze. – Tucker i Dwayne, brat Tuckera, Burke i ja. Byli synami plantatorów, choć farma Truesdale'ów już zaczynała podupadać, więc o szkole prywatnej dla Burke'a nie mogło być mowy. Dwayne wyjechał do szkoły z internatem, jako najstarszy syn i w ogóle, ale narozrabiał i go wyrzucili. Mówiło się o wysłaniu Tuckera, ale stary Beau był tak wściekły na Dwayne'a, że. zatrzymał Tuckera w domu. – Uśmiechnęła się i sprawdziła, czy na szklance nie została najmniejsza choćby plamka. – Tuck zawsze powtarza, jak bardzo jest Dwayne'owi za to wdzięczny. Pewnie dlatego tak się o niego troszczy. Jest dobrym człowiekiem. Gdybyś znała Tucka lak długo jak ja, wiedziałabyś, że podejrzewać go o morderstwo to mniej więcej to samo, co przypisywać mu umiejętność latania. Nie twierdzę wcale, że nie ma wad. Ale zabić kobietę nożem? – Próbowała to sobie wyobrazić. Mimo całej grozy obrazu, musiała się roześmiać. – Byłby zbyt zajęty dostawaniem się pod jej spódnicę, by myśleć o czymkolwiek innym.

Caroline rozciągnęła wargi w uśmiechu.

– Znam ten typ.

– Uwierz mi, kochana, nie znasz nikogo takiego. Gdybym nie była szczęśliwą mężatką z czworgiem dzieci, kto wie, czy sama nie zastawiłabym na niego sideł. Ma coś w sobie, ten nasz Tuck. – Zerknęła na Caroline spod oka. – Założę się, że bardzo niedługo weźmie się do ciebie.

– I połamie sobie zęby. Susie wybuchnęła śmiechem.

– Dużo bym dała, żeby przy tym być. – Odłożyła ostatni talerz. – A teraz, dość mielenia językiem. Mamy mnóstwo roboty.

– Roboty?

– Nie mogę cię tu zostawić, nie będąc pewna, że jesteś bezpieczna. – Wytarła dłonie w ręcznik do naczyń i ze słomkowej torby wyjęła śmiercionośną trzydziestkęósemkę.

– Jezu! – Tylko tyle zdołała wykrztusić Caroline.

– To jest smith i wesson. Wolę rewolwery od automatów.

– Czy to… jest naładowane?

– No pewnie, kochanieńka. – Susie zamrugała wielkimi niebieskimi oczami. – Na wiele by mi się przydał pusty.' Trzy łata z rzędu wygrywałam konkurs strzelania do celu. Burke nie może. się zdecydować, czy ma być ze mnie dumny, czy zażenowany faktem, że strzelam lepiej od niego.

– W torebce… – powiedziała Caroline słabo. – Nosisz go w torebce.

– Aha, od lutego. Strzelasz z czegoś?

– Nie. – Odruchowo Caroline schowała ręce za siebie. – Nie – powtórzyła.

– I zdaje ci się, że nie potrafisz – powiedziała Susie żywo. – Coś ci powiem, kochana. Gdyby ktoś groził tobie albo twojej rodzinie, strzelałabyś aż miło. Wiem, że twój dziadek miał całą kolekcję. Chodźmy wybrać coś ładnego.

Susie odłożyła trzydziestkęósemkę na kuchenny stół i ruszyła w stronę drzwi.

– Susie! – Zaintrygowana Caroline pospieszyła za nią. – Nie mogę wybrać strzelby jak nowej sukienki!

– Zapewnisz cię, że to jest równie pasjonujące. – Susie wkroczyć do gabinetu, stanęła przed szafką i przejrzała jej zawartość, stukając palcem w dolna wargę. – Zacznijmy od pistoletów, ale chcę, żebyś się nauczyła ładować ten karabin. Ma moc!

– Nie wątpię.

Susie otoczyła Caroline ramieniem.

– Posłuchaj, jeżeli ktoś przyjdzie tutaj i zacznie cię niepokoić, wyjdziesz z tą armatą, wycelujesz mu w pępek i powiesz sukinsynowi, że nie masz bladego pojęcia o strzelaniu. Jeżeli nie zniknie z horyzontu, wart będzie kulki.

Z cichym śmiechem Caroline przysiadła na poręczy fotela.

– Ty wcale nie żartujesz.

– Cenimy tu sobie własne bezpieczeństwo. O, to jest dopiero cacko. – Susie otworzyła szafę i wyjęła pistolet. – Colt czterdzieści pięć, seria wojskowa. Założę się, że używał go na wojnie. – Otworzyła pistolet z wprawą, która wzbudziła szczery podziw Caroline, i obróciła pusty bębenek. – Wypucowany aż miło. – Zatrzasnęła bębenek, wycelowała w ścianę i nacisnęła spust. – W porządku. – Otworzywszy szufladę cmoknęła z zadowoleniem na widok amunicji. Wepchnęła pudełko do torebki i uśmiechnęła się szeroko do Caroline.

– Rozwalmy parę puszek!

Agent specjalny Matthew Burns nie tańczył z radości na myśl, że jedzie do małego miasteczka w delcie Missisipi. Burns był urodzonym mieszczuchem. lubił wieczory w operze, dobre Chateauneuf i ciche leniwe popołudnia w Galerii Narodowej.

Widział dość okropieństw w czasie dziesięcioletniej pracy w Biurze i przywykł zmywać brudy z duszy z pomocą Mozarta i Bacha. Cieszył się na starannie zaplanowany weekend: balet, przyzwoita kolacja u Jean – Louisa w Watergate, a potem wysublimowane i romantyczne spotkanie z aktualna towarzyszką życia.

Zamiast tego wylądował w Innocence ze swoim zestawem do pracy w terenie, upchniętym w bagażniku wynajętego wozu, który miał zepsutą klimatyzację.

Burns wiedział, że sprawa wywoła burzę w prasie i nie wątpił, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Specjalizował się w masowych mordercach. I z całym spokojem mógł stwierdzić, że jest w tym cholernie dobry.

A jednak irytował go fakt, że jego doskonale zaplanowany weekend diabli wzięli. Na dodatek patolog Biura, przypisany do sprawy, utknął w Atlancie z powodu burzy. Burns nie wierzył, żeby jakiś prowincjonalny koroner przeprowadził przyzwoitą sekcję.

Jego irytacja wzrosła, gdy jechał przez miasto w nagrzanej puszce, w jaką zamienił się samochód. Wygląd Innocence potwierdził jego najgorsze obawy: nieliczni zapoceni przechodnie, parę bezdomnych psów, zakurzone witryny sklepików. Nie było nawet kina. Wzruszył ramionami na widok wypłowiałego, odręcznego napisu „Chat'N Chew” na szybie jedynej restauracji w polu widzenia. Dzięki Bogu zapakował swój ekspres do kawy.

Praca jak praca, pomyślał z rezygnacją, parkując przed biurem szeryfa. Czasem pogoń za sprawiedliwością wymagała ofiar. Wyjął z bagażnika aktówkę i, próbując się nie udusić z gorąca, starannie zamknął wóz.

Kiedy suka Jeda Larssona, Maruda, przywlokła się, żeby obsikać przednią oponę. Burns pokiwał tylko głową. Nie wątpił, że dwunożni mieszkańcy tego miasta wykażą równy brak dobrych manier.

– Ładny samochód – odezwał się Claude Bonny ze swego stanowiska pod markizą. I splunął.

Burns uniósł czarną brew.

– Jeździ.

– Sprzedajesz coś, synu?

– Nie.

Bonny wymienił spojrzenia z Charlie O'Hara i Petem Koonsem. Przez dobrą chwilę O'Hara świszczał tylko przez nos. – A więc musisz być tym facetem z FBI – wydał z siebie pisk.

– Tak. – Burns czuł. jak po plecach spływa mu strużka potu. Modlił się, by w tym mieście była pralnia chemiczna.

– Oglądałem kiedyś taki program z Efremem Zimbalistem. – Koons łyknął lemoniady. – Cholernie dobry program.

– „Dragnet” był lepszy – stwierdził Bonny. – Nie rozumiem, dlaczego go zdjęli. Nie robią już dzisiaj takich programów.

– Panowie wybaczą – powiedział Burns.

– Idź, idź, synu. – Bonny machnięciem ręki przynaglił go do pośpiechu. – Szeryf jest w środku. Siedzi tam od rana. Złap tego psychopatę, który morduje nasze dziewczęta, a my już go sobie powiesimy.