Выбрать главу

– Gram to, co lubię.

Jego siniaki nabrały kolorów przez ostatni dzień, nadając jego twarzy buńczuczny, groźny wyraz. Jednocześnie miał w sobie tyle z małego chłopca, że kobieta pragnęła przycisnąć coś zimnego – choćby usta – do tych bolesnych śladów.

– Istnieje jakiś powód, dla którego nachodzi mnie pan w domu, panie Longstreet?

– Może pani mówić do mnie Tucker. Ja będę nazywał cię Caroline. Albo Caro. – Błysnął zębami w uśmiechu. – Tak nazywała cię panna Edith. Ładnie.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Oderwał się od framugi.

– Sąsiedzi odwiedzają się tu bez specjalnego powodu, ale ja go mam. Nie poprosisz mnie, żebym usiadł?

Uniosła dumnie głowę.

– Nie.

– Cholera! Im bardziej stajesz się antypatyczna, tym bardziej cię lubię. Jestem pod tym względem perwersyjny.

– A pod innymi względami? Zachichotał i przysiadł na oparciu sofy.

– Najpierw musimy się lepiej poznać. Ludzie mówią, że jestem łatwy, ale ja mam swoje zasady.

– Cóż za ulga! A wracając do celu twojej wizyty?

Założył nogę na nogę z całą swobodą, jakby siadał na tej poręczy codziennie od dwudziestu lat.

– Boże, lubię słuchać, jak mówisz. Z takim chłodem, jakbyś zjadła przed chwilą michę lodów brzoskwiniowych. Przepadam za lodami brzoskwiniowymi.

Ściągnęła kąciki ust ku dołowi, żeby się nie uśmiechnąć.

– Nie interesują mnie twoje gusty kulinarne, nie jestem również w nastroju do zabawiania gości. Mam za sobą parę trudnych dni.

Spoważniał.

– To musiało być dla ciebie ciężkie, ta historia z Eddą Lou.

– Ona zniosła to o wiele gorzej. Wstał i zaczął spacerować po pokoju.

– Jesteś tu już parę dni i słyszałaś pewnie wszystko, co się mówi w mieście. – Sięgnął po papierosa.

Chociaż próbowała do tego nie dopuścić, odczuła coś na kształt współczucia. Ciężko jest żyć, kiedy każdy błąd wywlekany jest na światło dzienne i staje się tematem publicznych roztrząsań. Wiedziała coś na ten temat.

– Jeżeli powiesz, że plotki w tym mieście są równie dokuczliwe jak wilgotność powietrza, będę musiała się z tobą zgodzić.

– Masz prawo myśleć na ten temat, co ci się żywnie podoba, ale chcę. żebyś mnie wysłuchała.

Uniosła pytająco brew.

– Nie rozumiem, dlaczego moje myśli są przedmiotem twojego zainteresowania.

– Bardzo ochoczo podzieliłaś się z nimi z tym wypucowanym Jankesem.

Czekała. Sposób, w jaki spacerował po pokoju, wyrażał większą frustrację niż gniew. Odprężyła się na tyle, by odłożyć smyczek.

– Jeżeli masz na myśli agenta Burnsa, powiedziałam mu tylko to, co widziałam. Byłeś nad stawem.

Odwrócił gwałtownie głowę.

– Jasne, że byłem, do cholery! Czy wyglądałem na kogoś, kto planuje morderstwo?

– Byłeś bardzo zły – rzuciła ostro. – Nie mam pojęcia, co planowałeś. Zatrzymał się, odwrócił na pięcie i postąpił krok w jej stronę.

– Jeżeli naprawdę myślisz, że zadźgałem Eddę Lou, dlaczego stoisz tutaj i rozmawiasz ze mną, zamiast wrzeszczeć o pomoc?

Uniosła podbródek.

– Potrafię zatroszczyć się o siebie. Skoro powiedziałam policji wszystko, co wiem - czyli praktycznie nic – nie masz powodu, by zrobić mi krzywdę.

Zacisnął pięści.

– Droga pani, patrzysz na mnie, jakbym był czymś, co przed chwilą zdrapałaś z podeszwy swojego buta. Myślę, że znalazłbym jakiś powód, gdybym dobrze poszukał.

– Nie strasz mnie! – Adrenalina przetoczyła się przez nią i popchnęła do przodu. Podeszła do Tuckera bliziutko, tak że niemal dotykała go nosem. – Znam ten typ mężczyzny, który reprezentujesz, Tucker. Nie staję na głosie, żeby zwrócić na siebie twoją uwagę, a ty nie możesz tego znieść. To drażni twoją męską dumę, kiedy kobieta nie jest zainteresowana. A kiedy już wykaże zainteresowanie, jak ta Edda Lou, nie możesz się doczekać, żeby się jej pozbyć.

Jej słowa zawierały wystarczającą dozę prawdy, by zadać ból.

– Złotko, kobiety przychodzą i odchodzą. Nie usycham za nimi z tęsknoty i z całą pewnością ich nie morduję. A w kwestii stawania na głowie… Jezu!

Krzyknęła krótko, kiedy chwycił ją i rzucił na podłogę. Wylądował na niej ciężko, aż stęknęła. Usłyszała wybuch i przez chwilę myślała, że to trzask jej czaszki rozbijanej o deski.

– Co u diabła…!

– Leż! Słodki Jezu! – Jego twarz znalazła się tylko o parę centymetrów od jej oczu i Caroline ujrzała w niej coś jakby strach.

– Jeśli natychmiast ze mnie nie zejdziesz… – Jeżeli nawet coś złego chciała mu zrobić, zrezygnowała usłyszawszy następny wybuch. Zobaczyła, jak coś rozrywa poduszkę kanapy tuż nad jej głową. – Mój Boże! – Zacisnęła Palce na jego ramieniu. – Ktoś do nas strzela.

– Szybko łapiesz, skarbie.

– Co masz zamiar zrobić?

– Moglibyśmy tu zostać i poczekać, aż on sobie pójdzie. – Pochylił ku niej czoło dziwnie intymnym ruchem. – Cholera! Jest na tyle szalony, by zabić również ciebie i uznać to za wyrok boski.

– Kto? – Uderzyła go pięścią w plecy. – Kto?!

– Tatuś Eddy Lou. – Tucker uniósł trochę głowę. Zauważył, że jej usta są świeże, pełne i nagie, ale nie drążył tematu. Odnotował, ale nie drążył.

– Tej zamordowanej kobiety? Jej ojciec jest tutaj i strzela do nas?

– Głównie do mnie. Ale nie zmartwi się, jeżeli przy okazji trafi ciebie Zobaczyłem go przez okno, kiedy brał mnie na muszkę.

– To jakieś wariactwo. Nie wolno strzelać tak po prostu ludziom w okna.

– Nie omieszkam wspomnieć mu o tym przy pierwszej sposobności. – Istniało tylko jedno wyjście z sytuacji, i to wyjście bardzo mu się nie podobało. – Masz tu jakaś broń?

– Tak. W gabinecie dziadka, po drugiej stronie holu.

– Chcę, żebyś coś zrobiła. Masz tu leżeć i się nie odzywać. Skinęła głową.

– W porządku, to mogę zrobić. – Kiedy uwolnił ją od swego ciężaru, chwyciła go za koszulę. – Zastrzelisz go?

– Chryste, mam nadzieję, że nie!

Przykucnął, używając kanapy jako osłony, potem, wstrzymując oddech, przeczołgał się przez otwartą przestrzeń. Znalazłszy się przy drzwiach uznał, że jest dosyć daleko od Caroline, by strzały nie mogły jej dosięgnąć.

– Austin, ty skurwielu, tu jest kobieta!

– Moja córka też była kobietą. – Kolejny pocisk strzaskał szybę w oknie. – Zabiję cię, Longstreet. Nadeszła godzina zemsty. Zabiję cię. a potem zrobię ci to, co ty zrobiłeś Eddzie Lou. Pokroję cię na plasterki.

Tucker przycisnął pięściami oczy, próbując się skoncentrować.

– Nie chcesz chyba zranić tej młodej damy.

– Nie wiem, czy ona jest damą. Może to któraś z twoich dziwek. Sara Pan kieruje moją dłonią. Oko za oko, ząb za ząb. „Bowiem Pan Bóg jest wszystko spalającym ogniem, a zapłatą za grzech jest śmierć”.

Podczas gdy Austin cytował Pismo Święte, Tucker przeczołgał się przez hol. W gabinecie chwycił remingtona i mokrymi od potu dłońmi załadował broń. Zemdliło go na samą myśl, że być może będzie musiał jej użyć. Zbliżył się do okna, usunął siatkę i wydostał się na zewnątrz.

Mamrocząc słowa jakiejś modlitwy, ruszył biegiem w stronę krzaków.

Austin obrał sobie pozycję naprzeciwko domu i stał oparty o pień samotnego klonu. Pot spływał mu ciurkiem po twarzy i moczył bawełniana koszulę. Wzywał Jezusa, przeplatając fragmenty modlitw ogniem z karabinu. Wybił już wszystkie frontowe okna.

Mógłby wedrzeć się do domu i zakończyć sprawę. Ale on chciał, musiał zobaczyć jak Tucker cierpi. Ponad trzydzieści lat szukał pretekstu, by zrobić krzywdę jakiemuś Longstreetowi. Teraz go znalazł.

– Przestrzelę ci czerep, Tucker. Odstrzelę ci tego kutasa, z którego jesteś taki dumny. Oto kara za cudzołóstwo. Pójdziesz do piekła bez fiuta. Taka jest wola boża Słyszysz mnie, zatwardziały grzeszniku? Słyszysz, co do ciebie mówię?

Bez specjalnych skrupułów Tucker przyłożył wylot lufy karabinu do lewego ucha Austina.

– Słyszę, nie musisz wrzeszczeć. – Bardzo pragnął, by Austin nie zauważył, że karabin tańczy w jego roztrzęsionych dłoniach. – Odłóż broń. Austin, albo przestrzelę ci głowiznę. Możesz mi wierzyć, zrobię to bardzo niechętnie. Wprawdzie ty umrzesz, aleja będę miał zniszczoną koszulę. A jest prawie nowa.