– Zabiję cię. – Austin próbował odwrócić głowę, lecz Tucker dźgnął go lufą…
– Jeszcze nie dzisiaj. A teraz odrzuć karabin, a potem zdejmij pas z amunicją. Powoli. – Kiedy Austin się zawahał, Tucker pchnął go ponownie. Miał idiotyczną wizję lufy przebijającej się przez głowę Austina i wychodzącą drugim uchem. – Wiem, że nie najlepszy ze mnie strzelec, ale nawet ja nie mogę spudłować, trzymając lufę w uchu.
Odetchnął z ulgą, kiedy Austin rzucił karabin.
– Caroline! – krzyknął. – Zadzwoń do Burka'a i każ mu tu przyjechać. Potem przynieś jakiś sznur. – W chwili, gdy pas z amunicją dotknął ziemi. Tucker usunął go kopniakiem w dalsze rejony. – Mówiłeś coś o moim fiucie, Austin?
Po dwóch minutach z domu wypadła Caroline z kawałkiem sznura od bielizny.
– Burke jest w drodze. Tylko to udało mi się… – Urwała zobaczywszy mężczyznę rozciągniętego na trawniku. Czarną twarz miał zlaną potem. Pasta do butów spłynęła częściowo na jego potężny tors i wielkie uda. Tucker sprawiał przy nim wrażenie wymoczka.
– Przyniosłam sznur. – Głos jej się załamał na wysokiej nucie i musiała przełknąć ślinę.
– Dobrze. Kochanie, obejdź go bokiem.
Zwilżywszy wargi językiem, Caroline obeszła Austina szerokim łukiem.
– Jak ci się to… To znaczy, on jest taki mocny.
– Głównie w gębie. – Nie mógł sobie odmówić tej przyjemności i szturchnął Austina nogą. - Był tak zajęty wrzaskami i strzelaniem, że nie usłyszał nadchodzącego grzesznika. Potrafisz z tego wystrzelić?
– Tak. – Zerknęła na karabin. – Mniej więcej.
– Mniej więcej wystarczy. Prawda, Austin? Można liczyć na to, że odstrzeli ci coś niezbędnego, jeżeli wykonasz zbyt szybki ruch. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż kobieta z naładowaną bronią. Zwłaszcza jeżeli jest Jankeską. Posłuchaj, Caroline. Zwiążę go, a ty celuj mu w głowę. – Włożył jej karabin do ręki. – Spojrzeli na siebie z jednakowym wyrazem niebotycznej ulgi. Przez chwilę byli dozgonnymi przyjaciółmi.
– Właśnie tak, skarbie. Tylko nie mierz we mnie. Posłuchaj, jeżeli on się ruszy, po prostu pociągnij za spust. I natychmiast zamknij oczy, bo pocisk rozsadzi mu głowę i widok może być paskudny.
Mrugnął do niej porozumiewawczo, aby wiedziała, że ostrzega ją na użytek Austina.
– Dobra, ale jestem trochę zdenerwowana. Mam nadzieję, że nie nacisnę tego niechcący.
Tucker wyszczerzył zęby w uśmiechu i przykucnął, żeby związać Austinowi ręce.
– Daj z siebie wszystko, Caro. Nikt nie wymaga więcej. Zwiążę ci ręce i nogi razem, „na wieprza”, Austin. Metoda w sam raz dla ciebie. – Zrobił pętlę i zaciągnął linę wokół muskularnych nóg Austina. – To bardzo brzydko, że wybiłeś wszystkie okna panny Caroline. I zniszczyłeś kanapę starszej pani. Panna Edith lubiła tę kanapę.
Podszedł do Caroline i wyjął jej karabin z ręki.
– Kotku, skombinowałabyś mi jakieś piwo? Mam pragnienie. W gardle wezbrał jej szaleńczy śmiech.
– Nie mam… to znaczy piwa. Mam trochę wina. Trochę chardonnay – paplała nerwowo.
– Też dobrze gasi pragnienie.
– Dobrze. Ja… Dobrze. – Weszła na stopnie werandy, obejrzała się i zobaczyła, jak Tucker wyjmuje papierosa. Podniosła dłoń do czoła, jakby chciała zatrzymać wirującą w głowie karuzelę.
– Dlaczego to robisz?
– Hmmm?
– Dlaczego odcinasz koniuszek?
– A! – Zaciągnął się dymem, zdradzając wszelkie oznaki przyjemności. – Rzucam palenie. To wydaje się najrozsądniejszym sposobem. Obliczyłem, że po paru tygodniach zostanie mi pół papierosa. – Uśmiechnął się do niej, takiej nieziemsko pociągającej i bladej jak kreda. – Nalejesz mi tego chardonnay do dużej szklanki?
– Aha. – Odetchnęła spazmatycznie, kiedy usłyszała dźwięk syreny policyjnej. Tucker stał na tyle blisko, by usłyszała jego westchnienie ulgi. – Masz to jak w banku. – Siatkowe drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Od wschodu nadchodziła burza. Podmuch wiatru, pierwszy, jaki poczuła od chwili przekroczenia granicy Missisipi, zaszeleścił liśćmi klonu, pod którym zaledwie przed pół godziną stał mężczyzna z nabitym karabinem.
Choć wydawało się to absurdalne i zupełnie niemożliwe, Caroline stwierdziła, że siedzi na stopniach werandy i popija chardonnay ze szklanki, a butelka z resztką wina tkwi pomiędzy nią a Tuckerem.
Moje życie, pomyślała biorąc kolejny, długi łyk, zrobiło bardzo nieoczekiwany zwrot.
– Dobre. – Tucker zakołysał winem w szklance. Powoli wracał do stanu zwykłego rozleniwienia.
– To moje ulubione.
– Moje też, od teraz. – Odwrócił ku niej głowę i uśmiechnął się. – Przyjemnie wieje.
– Bardzo przyjemnie.
– Przydałoby się trochę deszczu.
– Tak sądzę.
Oparł się łokciami o stopnie werandy i wystawił twarz na chłodny powiew.
– Sądząc po kierunku wiatru, nie powinno ci napadać do salonu. Obrzuciła nieprzytomnym wzrokiem powybijane okna.
– To dobra wiadomość. Przynajmniej nie zmoczy mi kanapy. Ma tylko jedną dziurę po kuli.
Poklepał ją przyjacielsko po plecach.
– Dobry z ciebie kumpel, Caro. Przypuszczam, że inna kobieta na twoim miejscu zaczęłaby płakać, wrzeszczeć albo mdleć, a ty nic.
– Aha. – Ponieważ jej szklanka była niemal pusta, dolała sobie wina. – Tucker, mogę cię o coś spytać?
Podsunął swoją szklankę, ciesząc się cudowną muzyką, jaką jest chlupot świetnego wina dolewanego do świetnego wina.
– W tej chwili, złotko, możesz mnie zapytać praktycznie o wszystko.
– Pytam z ciekawości. Czy morderstwa i strzelaniny są czymś normalnym w tej części kraju, czy to stan przejściowy?
– No cóż… – Przez chwilę kontemplował wino w szklance, zanim się go napił. – Ponieważ moja rodzina osiedliła się tutaj jeszcze przed wojną. to znaczy przed Wojną Domową.
– Naturalnie.
– Czuję się więc uprawniony do rozstrzygnięcia tej kwestii. Muszę stwierdzić, że morderstwa, o jakich myślisz, były w Innocence czymś nieznanym. Zastanówmy się. Kiedy byłem dzieckiem, Whiteford Talbot przestrzelił Cala Beauforda na wylot. Ale Witeford złapał starego Cala zjeżdżającego po rynnie z jego sypialni. A żona Whiteforda, nazywała się. Ruby Talbot, znajdowała się wtedy w łóżku goła jak święty turecki.
– To zupełnie co innego – orzekła Caroline.
– No widzisz. Jakieś pięć lat temu chłopcy Bonnych i Shiversów nafaszerowali się wzajemnie śrutem. Poszło o świnie. A ponieważ są kuzynami i do tego trochę niespełna rozumu, nikt się tym specjalnie nie przejął.
– To zrozumiałe.
Jezu, pomyślał Tucker, lubię ją, lubię ją w jakiś dziwny koleżeński sposób. Bardzo miły dodatek do pożądania.
– Ale na ogół Innocence jest spokojnym miasteczkiem. Skrzywiła się nad szklanką.
– Przybierasz to na zawołanie?
– Co?
– Styl lekko przymulonego wiejskiego ciołka? Pokazał zęby w uśmiechu i łyknął wina.
– Tylko wtedy, gdy wydaje mi się to dobrym wyjściem z sytuacji. Westchnęła i odwróciła głowę. Niebo ciemniało, grzmoty stawały się coraz bliższe, ale tak przyjemnie było siedzieć na stopniach werandy. Zbyt przyjemnie.
– Nie boisz się? – zapytała. – Ten człowiek groził, że cię zabije, kiedy szeryf go zabierał.
– Nie ma co wpadać w panikę. – Ale niepokój w głosie Caroline poruszył wrażliwą strunę. Płynnym ruchem objął dziewczynę przez plecy. – Nie martw się, kochanie. Nie chcę, żebyś się niepokoiła z mojego powodu.
Odwróciła głowę i jej twarz ponownie znalazła się tuż przy jego twarzy.
– To zahacza o patologię, nie sądzisz? Wykorzystywanie śmiertelnego niebezpieczeństwa w celu uwiedzenia.
– Ba! – Był na tyle dobroduszny, żeby się roześmiać, na tyle doświadczony, by pozostawić rękę tam, gdzie spoczywała. – Zawsze jesteś taka podejrzliwa w stosunku do mężczyzn?
– W stosunku do pewnych mężczyzn, tak. – Strąciła jego dłoń z ramienia.