Nuciła piosenkę Patsy Cline „Crazy”. Upuściła torebkę wysypując szminki, drobne, dwa lusterka, garść kondomów, buteleczkę aspiryny, mały pistolet z perłową rękojeścią i trzy pudełka tick – taków. Billy T. zdusił przekleństwo, kiedy pochyliła się, by to wszystko pozbierać.
Spod podwozia porsche'a widział jej długie nogi i dłoń zgarniającą drobiazgi razem ze sporą porcją żwiru.
– Niech to diabli! – mruknęła. Ziewając szeroko ruszyła w stronę domu. Billy T. odczekał pełne trzydzieści sekund, zanim wrócił do pracy.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
W niedzielne poranki kto żyw w Innocence biegł do jednego z trzech kościołów. Kościół Odkupienia cieszył się największym powodzeniem. Był to mały szary budynek w centrum miasta, wzniesiony w tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym roku, po tym jak powódź zmyła Pierwszy Kościół Metodystów, wielebnego Schottsdale'a i kościelnego, do spółki z którym pastor łamał kolejne przykazania.
Na południowym krańcu miasta wznosił się Kościół Biblii, gdzie modlili się czarni. Żadne prawo, ani boskie, ani ludzkie, nie doprowadziło do tej segregacji kościelnej. Ale tradycja bywa często silniejsza niż prawo.
Każdej niedzieli przez otwarte okna czarnego kościoła płynął chór głosów tak czystych, że metodyści nie próbowali nawet z nimi współzawodniczyć.
Naprzeciwko Odkupienia znajdował się Luterański Kościół Trójcy Świętej, znany ze swych kiermaszy ciast. Della Duncan, osoba odpowiedzialna za ich organizację, twierdziła z dumą, że za pieniądze uzyskane ze sprzedaży ciast budyniowych Święta Trójca zakupiła witraż. To zainspirowało Happy Fuller, która zorganizowała trzy kolacje rybne na rzecz Odkupienia, co pozwoliło nabyć większy witraż.
Wierni w Biblii byli zadowoleni ze swych zwykłych okien i czystości swych głosów.
Niedziela w Innocence był to czas modlitwy, zadumy i zażartego współzawodnictwa. Z trzech ambon płynęło słowo boże i piętnowano grzech, w twardych drewnianych ławkach drzemali starcy i dzieci, kobiety dzierżyły w dłoniach wachlarze. Organy grzmiały, niemowlęta zawodziły. Ciężko zarobione pieniądze padały na tace. Pot płynął obficie.
We wszystkich trzech świętych przybytkach kapłani pochylili głowy i zaintonowali modlitwę za Eddę Lou Hatinger, za Mavis Hatinger, jej męża (w żadnym z kościołów nie wymieniano imienia Austina) i jej pozostałe przy życiu dzieci.
W tylnej ławce Odkupienia, pobladła z rozpaczy i pomieszania Mavis szlochała cicho. W kościele znajdowała się trójka z jej pięciorga dzieci Vernon, który odziedziczył ponury wygląd ojca i jego przykre usposobienie siedział obok swojej żony, Loretty. Loretta robiła, co mogła, by uciszyć synka, używając w tym celu wysłużonej packi na muchy. Bawełniana sukienka opinała ciasno jej brzemienny brzuch.
Obok niej siedziała Ruthanne. Nie płakała. Miała osiemnaście lat i przed dziesięcioma dniami ukończyła liceum imienia Jeffersona Davisa. Było jej przykro z powodu śmierci siostry, choć nigdy jej nie kochała. Siedząc w dusznym kościele myślała tylko o tym, jak prędko zdoła zarobić dość pieniędzy, by wyrwać się z Innocence.
Najmłodsze dziecko, Cyr, był znudzony i marzył, żeby znaleźć się gdzie indziej. Jego stopy tkwiły w butach o numer za małych, szyję drapał mu zbyt mocno wykrochmalony kołnierzyk. Wstydził się swojej rodziny, ale jako czternastolatek był na nią skazany.
Złościło go, że pastor mówił o Hatingerach tak, jakby należało ich żałować i za nich się modlić. Kongregacja była wręcz usiana jego kolegami i Cyr oblewał się rumieńcem za każdym razem, gdy któryś z nich rzucał mu spojrzenie przez ramię. Odetchnął z ulgą, kiedy nabożeństwo się skończyło i wierni mogli powstać. Uperfumowane panie ruszyły ławą ku jego matce, by wyrazić jej swoje współczucie, a Cyr wyślizgnął się bocznymi drzwiami i pośpieszył w stronę drogerii Larssona, by wypalić papierosa na jej tyłach.
Sytuacja przedstawiała się jego zdaniem kiepsko. Siostra była martwa, ojciec i brat w więzieniu. Matka załamywała dłonie i gadała z facetem z doradztwa prawnego. Vernon mówił jedynie o wyrównywaniu z kimś rachunków. Loretta zgadzała się z każdym słowem, szybko nauczyła się potakiwać i unikać w ten sposób twardych pięści męża. Naprawdę szybko się uczy, ta Loretta.
Cyr zapalił jednego z trzech posiadanych pallmaili, które podprowadził Vernonowi, i szarpnięciem rozluźnił krawat.
Ruthanne ma najwięcej rozumu z nich wszystkich, uznał Cyr. Ale jest wiecznie zajęta liczeniem swoich pieniędzy. Cyr wiedział, że ukrywa gotówkę w pudełku z podpaskami – coś, czego jej ojciec nie wziąłby do ręki. Ze względu na silne poczucie lojalności, jak również na fakt, że pożegnałby Ruthanne z przyjemnością, zatrzymał jej sekret dla siebie.
Wiedział, że z chwilą otrzymania świadectwa maturalnego on również zniknie z Innocence z prędkością światła. Nikt nie myślał wysyłać go na studia. Ponieważ miał chłonny, spragniony wiedzy umysł, świadomość ta bolała jak diabli. Ale był jednocześnie pragmatykiem i brał rzeczy takimi, jakie są.
Wytrwale zaciągał się papierosem, choć nie odkrył jeszcze prawdziwej przyjemności palenia.
– Hej! – Zza węgła wyłonił się Jim March, chudy wyrostek, o skórze koloru melasy. Podobnie jak Cyr miał na sobie niedzielne ubranie. – Co robisz?
Jako stary przyjaciel przysiadł bezceremonialnie obok Cyra.
– Popalam. Ty?
– Nic – - Pogrążyli się w przyjaznym milczeniu. – Dobrze, że szkoła skończyła – odezwał się Jim po chwili.
– Aha. – Cyr nie miał zamiaru się kompromitować, przyznając, że lubi szkołę. – Mamy całe lato.
Zdaniem Cyra lato ciągnęło się w nieskończoność.
– Poszukasz roboty?
Cyr wzruszył ramionami.
– Nie ma pracy.
Jim zwinął starannie jaskrawoczerwony krawat i włożył go do kieszeni.
– Mój tata robi coś dla tej panny Waverly. – Jim nie uznał za stosowne napomknąć, że jego ojciec wprawia szyby, które wybił ojciec Cyra. – Wymaluje cały dom. Będę mu pomagał.
– To będziesz bogaty.
– Gówno. – Jim uśmiechnął się od ucha do ucha i zaczął rysować wzory w piachu. – Ale mam trochę forsy. W tej chwili dwa dolary.
– To o dwa więcej niż ja.
Jim zacisnął wargi i zerknął spod oka na przyjaciela. Nie powinni być przyjaciółmi, jeżeli brać pod uwagę opinię ojca Cyra. Ale pozostali nimi zawsze, choć w tajemnicy.
– Gadają, że Longstreetowie zatrudniają do roboty w polu. Cyr zakrztusił się dymem i przekazał pallmaila Jimowi.
– Ojciec obdarłby mnie żywcem ze skóry, gdybym zbliżył się do Sweetwater.
– Chyba tak.
Ale przecież ojciec jest w więzieniu, przypomniał sobie Cyr. Gdyby on, Cyr, znalazł pracę, mógłby założyć swoje własne, sekretne konto, tak jak Ruthanne.
– Jesteś pewien, że biorą robotników?
– Tak mówią. Panna Della jest teraz na kiermaszu ciast. Możesz się Spytać. – Uśmiechnął się do Cyra. – Mają tam ciasto cytrynowe. Za dwa dolce możemy jedno kupić. Fajnie by było zabrać ciasto cytrynowe nad Gooseneck Creek i złapać parę zębaczy.
– Jasne, że fajnie. – Cyr spojrzał na swego przyjaciela. Jego uśmiech był zaskakująco ciepły. – Powinienem chyba pomóc ci zjeść to ciasto, bo inaczej pożresz je całe i się pochorujesz.
Podczas gdy chłopcy negocjowali warunki nabycia ciasta, a kobiety paradowały w odświętnych sukienkach. Tuck drzemał rozkosznie we własnym łóżku.
Uwielbiał niedziele. Dom był cichy jak grobowiec; Della wychodziła na miasto, reszta rodziny przysypiała albo zaszywała się gdzieś z poranną gazetą.
Za życia matki wyglądało to zupełnie inaczej. Cały dom wypucowany a do bólu maszerował do kościoła, żeby zająć miejsca we frontowej ławce Matka pachniała lawendą, a na szyi miała perły prababci.
Po nabożeństwie krytykowano kazanie, omawiano pogodę i zbiory Podziwiano noworodki. Dumni rodzice chwalili się dorosłymi dziećmi, a młodzież korzystała z okazji, by poflirtować.