Usłyszała ryk silnika. Zanim jeszcze przysłoniła dłonią oczy i spojrzała na skrawek drogi widoczny z alei, wiedziała, że to Tucker. Samochód jechał z nadmierną szybkością, poza tym rozpoznała potężny pomruk porsche'a.
Któregoś dnia, pomyślała, biorąc się pod boki, któregoś dnia ten facet zmieni samochód w harmonijkę, a sam wyląduje w szpitalu. Jeżeli przypadkiem zmierza w tę stronę, powie mu, co o tym myśli. Dlaczego mężczyzna…
Rozległ się wizg opon na asfalcie i krzyk i choć więcej w nim było złości niż strachu, zaczęła biec, zanim jeszcze usłyszała zgrzyt miażdżonego metalu i dźwięk tłuczonego szkła.
Nożyce wypadły jej z ręki. Poprzez łomot swojego serca słyszała głos młodego Carla Perkinsa wyśpiewującego historię niebieskich zamszowych butów.
– O mój Boże!
Zobaczyła koleiny wyżłobione w murawie, a w sekundę potem samego porsche'a wbitego w słup, na którym przed chwilą wisiała jej skrzynka na listy. Okruchy szkła połyskiwały jak brylanty na asfalcie. Ujrzała Tuckera z głową na kierownicy i, wykrzykując jego imię, podbiegła do samochodu.
– Och, Boże, mój Boże! Tucker!
Bojąc się go ruszyć, bojąc się go zostawić, dotykała lekko jego twarzy. Pisnęła, kiedy podniósł głowę.
– Kurwa! Dech jej zaparło.
– Ty idioto! Myślałam, że nie żyjesz! Ten, kto tak jeździ, powinien już nie żyć! Dorosły mężczyzna, grzejący drogą jak nawalony, nieodpowiedzialna nastolatek. Nie rozumiem, jak możesz…
– Zamknij się, Caro. – Przyłożył dłoń do pulsującej głowy i stwierdził, że krwawi. Nic nowego. Sięgnął niepewnie do klamki, ale Carolina go uprzedziła.
– Gdybyś nie był ranny, dałabym ci w nos. – Pomogła mu jednak wydostać się zza kierownicy.
– Jestem w takim nastroju, że mógłbym ci oddać. – Zrobiło mu się ciemno przed oczyma i oparł się o tylny, nienaruszony zderzak. – Wyłącz radio, dobrze? Wyjmij kluczyki.
Mamrocząc pod nosem, wyszarpnęła je ze stacyjki.
– Zniszczyłeś moją skrzynkę na listy. Chyba powinniśmy być wdzięczni, że nie był to jakiś samochód.
– Jutro przywiozę ci nową.
– Łatwo przychodzi ci wymiana rzeczy, prawda? – Strach nadał jej głosowi ostre brzmienie. Otoczyła Tuckera ramieniem, przyjmując na siebie ciężar jego ciała.
– Większość rzeczy.
Odleci mi ta pieprzona głowa, pomyślał. Jej nie uda mi się wymienić.
Caroline na wpół niosła go, na wpół ciągnęła ścieżką ku domowi. Żwir ranił mu stopy i dopiero teraz uświadomił sobie, że wypadając ze Sweetwater, zapomniał włożyć butów. Czuł, jak strużka krwi spływa mu po skroni do ucha.
– Puść mnie, Caroline.
Coś w jego głosie, nie gniew, lecz rozpacz, kazały jej się cofnąć.
– Pozwól sobie pomóc – szepnęła. – Jestem silniejsza niż wyglądam.
– Wyglądasz jakby pierwszy podmuch wiatru mógł cię zdmuchnąć. – Dom tańczył mu przed oczami i Tucker przestraszył się, że zemdleje. Potrząsnął głową i ból w oku przywrócił mu przytomność. – Masz w sobie coś kruchego. Nigdy przedtem nie podobały mi się takie delikatne kobiety.
– Przypuszczam, że to komplement.
– Ale ty nie jesteś krucha. Jesteś twardzielem, Caro, i jesteś na mnie nieźle wkurzona. Po prostu chwilowo przestałaś wrzeszczeć.
– Dlaczego miałabym wrzeszczeć? – Głuche brzmienie jego głosu powiedziało jej, że Tucker jest bliski omdlenia.
Rozgniewaj go, niech się wkurzy, pomyślała. Jeżeli upadnie, nie będę w stanie go podnieść.
– Jest mi to całkowicie obojętne, czy rozwalisz samochód i skończysz jako mokra plama na asfalcie. Ale przyznaję, wolałabym, żebyś wybrał inne miejsce, niekoniecznie moją prywatną drogą.
– Zrobię, co w mojej mocy. Kochanie, muszę usiąść.
– Jesteśmy już prawie na werandzie. – Niemal wciągnęła go na stopnie. – Możesz usiąść tutaj. – Nigdy nie lubiłem apodyktycznych kobiet. – Więc jestem ocalona.
Kiedy znaleźli się na werandzie, a on dalej trzymał się na nogach, wepchnęła go do domu. – Mówiłaś, że mogę usiąść… – Kłamałam. Zaśmiał się ponuro.
– Kobiety zawsze kłamią.
– Teraz już możesz usiąść. – Ułożyła go na tapczanie z przestrzeloną poduszką, drugą podłożyła mu pod głowę. – Zadzwonię po doktora Shaysa, a potem trochę cię opatrzę.
Zrobił ruch, jakby chciał chwycić ją za rękę. Zatrzymała się.
– Nie dzwoń do niego. To zwykły guz, mam ich więcej.
– To może być wstrząs mózgu.
– I wiele innych rzeczy. On da mi zastrzyk. Nienawidzę igieł, rozumiesz? Ponieważ rozumiała i podzielała jego obawy, zawahała się. Guz nie wyglądał groźnie, a Tucker był przytomny.
– Umyję cię, a potem zobaczymy.
– Dobrze. Co powiesz na kubeł lodu podlany piwem?
– Lód dostaniesz. O piwie zapomnij. A w ogóle to leż spokojnie.
– Kobieta nigdy nie da mi piwa – mruknął pod nosem. – Leżę i wykrwawiam się na śmierć, a ona się piekli.
– Słyszałam! – zawołała Caroline z kuchni.
– Zawsze słyszą. – Tucker zamknął oczy i nie otworzył ich, kiedy Caroline przyłożyła zimny kompres do rozcięcia na jego czole. – Dlaczego nosisz ten okropny kapelusz? – Wcale nie jest okropny. – Z ulgą stwierdziła, że ranka jest płytka.
– Złotko, ty masz go na głowie, ja na niego patrzę i mówię ci, że jest okropny.
– W porządku. – Zirytowana zerwała go z głowy, potem z szuflady stolika wyjęła buteleczkę jodyny.
Tucker zerknął na nią niespokojnie.
– Nie rób tego! – Chwycił ją za nadgarstek.
– Nie bądź dzieckiem. – Spokojnie przełożyła buteleczkę do drugiej ręki. Tucker podskoczył na kanapie, kiedy przycisnęła wacik do ranki. – Tucker, weź się w garść! – Mogłabyś przynajmniej podmuchać.
Podmuchała. Jego dłoń ześlizgnęła się z jej dłoni na udo. Caroline dmuchnęła po raz ostatni i strąciła jego rękę.
– Jezu! Trochę szacunku dla rannego!
– Opatrzę ci głowę, a ty leż spokojnie. – Wyjęła gazę i plaster. – A jeżeli nie będziesz mógł zapanować nad rękoma, zafasuję ci guza dwa razy większego niż ten.
– Tak, proszę pani. – Jej dłonie były kojące i Tucker poczuł się o wiele lepiej, jeżeli nie liczyć łupania w mózgu.
– Nie masz innych obrażeń?
Dotyk jej rąk przypominał muśnięcia chłodnych kropel deszczu.
– Nie wiem. Może sprawdzisz?
Zignorowała zaczepną nutę w jego głosie i rozpięła mu koszulę.
– Mam nadzieję, że to cię nauczy… O, Boże! Tucker! Natychmiast otworzył oczy.
– Co? Co?
– Jesteś sinofioletowy.
Przez dobrą chwilę cieszył się myślą, że nie ma na wierzchu żebra.
– To stare. Austin.
– Oburzające! – W jej głosie brzmiała zgroza, oczy zrobiły się zielone jak szmaragdy. – Powinno się go zamknąć.
– Złotko, zamknęli go. W okręgowym mamrze. Carl odtransportował go tam wczoraj.
Caroline położyła delikatnie rękę na jego sinej klatce piersiowej.
– On cię naprawdę pobił.
– Nie wyszło mu to na zdrowie – powiedział z dumą.
– I to, oczywiście, załatwia sprawę. – Caroline cofnęła rękę i otworzyła fiolkę proszków przeciwbólowych, którymi doktor Palamo leczył jej migreny. – Mężczyźni to idioci.
Tucker uniósł ostrożnie głowę i wsparł się na łokciach.
– Nie ja zacząłem. To on na mnie napadł.
– Zamknij się i łyknij to.
– Co to jest?
– Coś, co zlikwiduje twój ból głowy. Przypuszczam, że go masz. Wziął tabletkę z wdzięcznością, obrzuciwszy wzrokiem etykietkę na fiolce. Jeżeli zadziała, poprosi doktora Shaysa, żeby przepisał mu tego więcej. Bolało go kompletnie wszystko.
– Czy dostanę piwo, jeżeli uda mi się wstać?
– Nie.