Выбрать главу

Oparł głowę z powrotem na poduszce.

– Trudno. Złotko, czy wyświadczysz mi przysługę i zadzwonisz do Juniora Talbota? Będzie musiał tu przyjechać i odholować samochód.

– Zajmę się tym. – Wstała, rzucając mu groźne spojrzenie. – Nie zasypiaj. Człowiek ze wstrząsem mózgu nie powinien spać.

– Dlaczego?

– Nie wiem – zawołała z irytacją. – Nie jestem lekarzem. Ale ciągle się o tym słyszy.

– Nie zasnę, jeżeli obiecasz, że zaraz wrócisz i potrzymasz mnie za rękę.

Caroline uniosła brew.

– Jeżeli zaśniesz, zadzwonię po doktora Shaysa i każę mu przywieźć najdłuższą igłę, jaką posiada.

– Chryste, ale z ciebie babsztyl. – Mimo to uśmiechnął się, kiedy wyszła.

Pała mu trzy minuty na ewentualne zaśnięcie, po czym zjawiła się z woreczkiem lodu.

– Junior powiedział, że przyjedzie, jak tylko będzie mógł się wyrwać. – jęknął w odpowiedzi, więc przyłożyła mu do czoła woreczek, a wtedy jęk przerodził się w długie westchnienie ulgi. – Nie wiem, czy mam powiadomić twoją rodzinę.

– Na razie nie. Della jest jeszcze w mieście. Zapomniałem, że prowadzi dzisiaj sprzedaż ciast. Josie nie ruszy się z domu, zwłaszcza że Dwayne ma jak zwykle w niedzielę kaca. – Boże, ależ się czuł zmęczony. Nie było to przyjemne, senne zmęczenie, jakie odczuwa się pod koniec leniwego popołudnia, ale prawdziwe wyczerpanie. – Rozbijanie samochodów to rodzinne hobby Longstreetów.

Spojrzała na niego ponuro. Kolory wracały mu na twarz, uznała więc, że ma prawo zażądać wyjaśnień.

– Może powinniście zacząć grać w krokieta albo dziergać koronki. Dokąd się tak spieszyłeś?

– Nie wiem. Przed siebie.

– Trochę głupio gnać przed siebie boso i z prędkością stu sześćdziesięciu na godzinę.

– Raczej stu dwudziestu. Masz skłonności do przesady.

– Mogłeś się zabić!

– Miałem chęć zabić kogoś innego, nie byłoby więc to takie głupie rozwiązanie. – Otworzył oczy. Nie było już w nich cierpienia, specyfik doktora Palamo działał cuda, lecz coś o wiele bardziej dojmującego niż ból fizyczny.

– Co się stało?

– Nie było dziecka – usłyszał swój głos.

– Słucham?

– Ona nie była w ciąży. Okłamała mnie. Stała tam, patrzyła mi prosto w oczy i powiedziała, że ma w sobie moje dziecko. To było kłamstwo.

Caroline potrzebowała chwili, by zrozumieć, że on mówi o Eddzie Lou, Eddzie Lou, którą znalazła pływającą w stawie.

– Przykro mi. – Splotła ręce na kolanach, niepewna, co powiedzieć i jak to powiedzieć.

Tucker nie wiedział, dlaczego jej to wszystko mówi, ale kiedy już raz zaczął, nie był w stanie przestać.

– Te ostatnie dni… Gryzłem się tym. Myśl, że umarła w ten sposób. Kiedyś coś dla mnie znaczyła. Prawie coś dla mnie znaczyła. Myśl o tym i świadomość, że wraz z nią umarła jakaś cząstka mnie… Ale Edda Lou kłamała.

– Może się pomyliła. Mogła myśleć, że jest w ciąży. Zaśmiał się krótko.

– Nie spałem z nią od dwóch miesięcy. Kobieta pokroju Eddy Lou ma bardzo dobre rozeznanie w tym kobiecym interesie. Wiedziała. – Przymknął na chwilę oczy, a kiedy je znowu otworzył, płonął w nich gniew. – Dlaczego jestem taki zły, że nie było dziecka? Skłamała, i to oznacza, że dziecko nie umarło i nie muszę się dręczyć myślą o nim.

Caroline wzięła go za rękę, podniosła ją nawet do policzka. Nie zdawała sobie sprawy, że Tucker w ogóle się czymś przejmuje, w dodatku tak głęboko. W jej uczuciach coś się zmieniło. Nigdy już nie będzie potrafiła oceniać Tuckera z dawną surowością.

– Czasem to, co mogło być, boli bardziej niż to, co się faktycznie zdarzyło – powiedziała cicho.

Odwrócił dłoń splatając ich palce. Miała najpiękniejsze, najsmutniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział.

– Zdaje się, że wiesz coś o tym.

Uśmiechnęła się i nie zaprotestowała, kiedy pocałował jej rękę.

– Wiem. – Jak zwykle czujna, uwolniła dłoń. – Może pójdę i sprawdzę, czy przyjechał Junior?

Nie chciał się z nią rozstawać, jeszcze nie. Podniósł się z trudem.

– Może pójdziemy oboje? – Pokój zakołysał się i wrócił do normalnej pozycji. – Podasz mi rękę?

Spojrzała na jego wyciągniętą dłoń. Pomyślała, że to niemądrze z jej strony podejrzewać, że on prosi o coś więcej. Podała mu rękę.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Junior Talbot wysiadł ze swojej półciężarówki holowniczej, wsunął palec pod czapkę z daszkiem i przebił się przez kołtun radych włosów, żeby podrapać się w głowę. Obszedł wolno rozbitego porsche'a, miażdżąc ciężkimi butami rozbite szkło. Jasno niebieskie oczy spoglądały ponuro z okrągłej, mocno piegowatej twarzy. Z namysłem skubał dolną wargę. Caroline pomyślała, że wygląda jak Howdy Doody na środkach uspokajających.

– Widzi mi się, że masz tu mały kłopot – powiedział przeciągając słowa.

– Aha – przytaknął Tucker. – Poczęstujesz mnie fajką. Junior?

– Rozumie się. – Junior wyciągnął paczkę winstonów z kieszeni koszuli poplamionej olejem. Wytrząsnął papierosa z paczki i kiedy Tucker się poczęstował, schował ją starannie do kieszeni. Potem przykucnął, żeby przyjrzeć się zgniecionemu błotnikowi. Zapadła kolejna długa cisza.

– Niezła z niej była gablota.

Tucker wiedział, że Junior nie chce rozdrapywać jego ran. Po prostu w jego naturze leżało stwierdzanie rzeczy oczywistych. Tucker wsunął rękę do samochodu i ze skrytki na rękawiczki wyjął pudełko zapałek.

– Chyba złożą mi ją do kupy w Jackson. Junior namyślał się nad tym przez chwilę.

– Chyba – zdecydował. – Chociaż mogłeś wygiąć kadłub. Mają teraz sposoby, żeby go naprostować. Kiedyś wygiąłeś kadłub i mogłeś się pożegnać z gablotą.

Tucker uśmiechnął się przez chmurę dymu.

– Nie ma jak postęp.

– Prawda. – Nie śpiesząc się, Junior wstał, obejrzał bruzdy na poboczu drogi, odłamki szkła, stwierdził brak śladów poślizgu. Po krótkim namyśle zdecydował, że on też zapali.

– Wiesz, Tucker, zawsze mówiłem, że jesteś najlepszym kierowcą, jakiego widziałem, od czasu, gdy pojechałem na pięćsetkę w Daytonie.

Caroline parsknęła niecierpliwie, co zostało zignorowane.

– Pamiętam, jak skasowałeś Bonnych na dwadzieścia dolców w wyścigu na szosie numer jeden. W lipcu siedemdziesiątego szóstego. Wystawił camaro przeciwko twojemu mustangowi. – Junior wziął zapałkę od Tucke i zapalił pocierając o paznokieć kciuka. – Nie mieli szans.

Tucker przypomniał sobie wyścig z przyjemnością.

– Mieliby większe, gdyby Billy T. pozwolił prowadzić Johnowi Thomasowi.

Junior skinął głową.

– Większe, może. Ale żaden z nich nie ma twojego talentu do kółka.

– Idioci – mruknęła Caroline pod nosem. Nawet jeżeli Junior ją usłyszał, udawał, że nie. Był żonaty od ponad roku i wiedział, kiedy mężczyzna, powinien udawać głuchego.

– Powiedz mi – ciągnął Junior tym samym powolnym, spokojnych głosem – jak to się stało, że wjechałeś w ten słup.

– No cóż… – Tucker zaciągnął się w zamyśleniu. – Można powiedzieć żeśmy się rozeszli, wóz w jedną, a ja w drugą. Układ sterowniczy.

Junior skinął głową i spokojnie palił dalej. Caroline miała wielką ochotę zapytać, czy nie przynieść im ogrodowych krzeseł, żeby mogli pogawędzić na siedząco.

– Coś mi się zdaje, że nawet nie zdążyłeś przydepnąć hamulca.

– Zdążyłem – odparł Tucker. – Hamulce nie działały.

W oczach Juniora błysnęło ożywienie. Ktoś inny na jego miejscu zlekceważyłby całą historię. Ale Junior znał i podziwiał umiejętności Tuckera jako kierowcy.

– Zagadkowa sprawa – powiedział. – Zły układ kierowniczy, złe hamulce. Wszystko naraz w takiej bryce? Miała coś ze sześć miesięcy, no nie?

– Zgadza się. Junior pokiwał głową.

– Trzeba jej się przyjrzeć.

– Byłbym wdzięczny, Juniorze.

Caroline milczała, dopóki Junior nie wrócił do swojej ciężarówki.

– Co ma wspólnego wyścig sprzed piętnastu lat z faktem, że wjechałeś w moją skrzynkę pocztową?

Tucker uśmiechnął się.