– Mógłbyś się ogolić.
Dwayne przekręcił się na bok i sięgnął po butelkę coca – coli.
– Jest niedziela. Nigdy nie golę się w niedzielę.
– Mamy gościa na kolacji.
Dwayne pociągnął tęgi łyk i zaklął, kiedy baseballista puścił piłkę.
– Jeżeli się ogolę, ona zobaczy, że jestem przystojniejszy od ciebie. I jak będziesz wtedy wyglądał?
– Zaryzykuję.
Dwayne parsknął pogardliwie.
– Przycisną tego miotacza jeszcze w tej części gry, jeżeli mają trochę oleju w głowie. Dobra, ogolę się.
Zadowolony z takiego obrotu spraw, Tucker ruszył w górę po schodach. Zanim dotarł do swojego pokoju, wezwała go Josie.
– Tucker? Czy to ty, skarbie?
– Idę wziąć prysznic.
– Chodź tu na chwilę i pomóż mi.
Zerknął na zegarek dziadka, stwierdził, że do przyjścia Caroline zostało jeszcze pół godziny, i wszedł do pokoju Josie.
Wyglądał jak dom towarowy po wyprzedaży. Bluzki, sukienki, halki, buty leżały rozrzucone na krzesłach, łóżku, parapecie okiennym. Pajacyk z czarnej koronki zwisał bardzo sugestywnie z trąby różowego słonia, którego jakiś zapomniany adorator Josie wygrał na stanowym festynie.
Wciąż miała na sobie czerwony szlafrok, a głowę trzymała w szafie. między resztą odzieży.
Jak zwykle w pokoju unosił się zapach będący kombinacją perfum. pudrów i rozmaitych płynów kosmetycznych. W rezultacie pachniało trochę jak w sklepie perfumeryjnym, trochę jak w luksusowym burdelu.
Tucker obrzucił wnętrze szybkim spojrzeniem i doszedł do oczywistego wniosku.
– Masz randkę?
– Teddy zawozi mnie na przedstawienie do Greenville. Powiedziałam żeby wpadł na kolację, skoro i tak mamy gościa. Co powiesz na to? – Odwróciła się, trzymając na wysokości bioder skórzaną minispódniczkę.
– Za gorąco na skórę.
Ubolewała nad tym przez chwilę, ponieważ spódnica odsłaniała pięknie jej nogi, po czym odrzuciła ciuch na łóżko.
– Masz rację. Wiem, czego mi potrzeba, tej skąpej różowej kiecki. Miałam ją na sobie na przyjęciu w Jackson w zeszłym tygodniu i otrzymałam jedną. ofertę małżeńską i trzy niemoralne propozycje. Gdzie ona jest, do cholery.
Tucker patrzył, jak przetrząsa ubrania już odrzucone.
– Myślałem, że wypróbowujesz doktora dla Crystal.
– Prawda. – Podniosła głowę i uśmiechnęła się od ucha do ucha. – Ale uznałam, że on wcale nie jest w typie Crystal. Zresztą wraca za parę dni na Północ i rozstanie złamałoby jej serce. Nie może pozwolić sobie na podróże do Waszyngtonu, a ja, owszem. Głowa boli cię jeszcze?
– Nie bardzo.
– Spójrz tutaj. – Pokazała na niewielki siniak na łydce. – Wyrwałeś stąd tak prędko, że poleciał żwir. Teraz będę musiała zapudrować nogę albo włożyć spodnie.
– Przepraszam.
Wzruszyła ramionami i podjęła poszukiwania różowej sukienki.
– Nie ma sprawy. Byłeś zdenerwowany. Wszyscy się dowiedzą, że ona kłamała, Tucker. Dowiedzą się, zanim pogrzebią ją we wtorek.
– Chyba tak. – Dostrzegł rąbek czegoś różowego i wyciągnął spod stosu sukienkę. – Już się uspokoiłem. W pierwszym momencie faktycznie trochę mnie poniosło.
Dotknęła bandażu na jego czole i przez chwilę stali przy sobie, w obłoku perfum Josie. Łączyło ich coś więcej niż twarz matki, więcej niż nazwisko ojca. Istniała między nimi więź mocniejsza niż wspólnota krwi. Kochali się.
– Przykro mi, że ona cię zraniła, Tucker.
– Pokiereszowała trochę moją męską dumę, to wszystko. – Pocałował Josie leciutko w usta. – Już się zabliźnia.
– Jesteś za dobry dla kobiet, Tucker. Zakochują się w tobie. Masz z tego tylko kłopoty. Gdybyś był dla nich trochę twardszy, nie wzbudzałbyś takich nadziei.
– Będę o tym pamiętał, Josie. Następnym razem, kiedy umówię się z kobietą, powiem jej, że jest brzydka.
Josie roześmiała się i przyłożywszy do siebie sukienkę, zaczęła się okręcać przed kryształowym lustrem.
– I nie mów wierszy.
– Kto twierdzi, że mówię?
– Caroline. Mówiłeś wierszem, kiedy zabrałeś ją nad Lake Village, żeby Podziwiała gwiazdy.
Tucker wepchnął ręce w kieszenie spodni.
– To niebywałe! Żeby kobiety opowiadały sobie najbardziej intymne szczegóły życia, robiąc trwałą albo manikiur!
– A co sądzisz o mężczyznach omawiających przy piwie wielkość kobiecych cycków?
Patrzył na nią spode łba.
– Już nigdy w życiu nie powiem kobiecie komplementu. Josie skwitowała to śmiechem.
Sweetwater wywarło na Caroline takie wrażenie, że zatrzymała samochód w połowie alei i patrzyła. W południowym słońcu wydawało się, że dom jest perłowobiały i składa się wyłącznie z delikatnych żelaznych barierek, wiotkich kolumn i połyskliwych okien. Nietrudno było sobie wyobrazić kobiety w krynolinach spacerujące na trawnikach i dżentelmenów we frakach dyskutujących na werandzie o możliwości secesji, podczas gdy czarna służba roznosiła bezszelestnie zimne napoje.
Kwiaty rosły wszędzie, oplatały kratki, wylewały się z terakotowych donic. Zapach gardenii, magnolii i róż wypełniał powietrze.
Z białego masztu na środku frontowego trawnika zwisała flaga Kon. federacji, wyblakła i nadgryzioną przez czas.
Za domem Caroline dostrzegła rzędy kamiennych budynków, gdzie, jak się domyślała, mieściły się kiedyś kwatery niewolników, wędzarnie i letnie kuchnie. Trawnik z tyłu domu przechodził w płaskie, ciągnące się w nieskończoność pola bawełny. Na środku jednego z nich stało samotne drzewo, potężny cyprys, pozostawiony tym przez niedopatrzenie, a może sentyment.
Z jakiegoś powodu widok tego drzewa, jego surowy majestat wzruszył ją niemal do łez. Z pewnością tkwił tam od ponad stu lat, przetrwał upadek Południa, widział walkę o zachowanie stylu życia i ostateczną klęskę.
Przeniosła wzrok z powrotem na dom. On również symbolizował ciągłość i zmianę, majestatyczną elegancję starego Południa, która ludziom z Północy wydawała się gnuśnością. Dzieci rodziły się w tym domu, dorastały i umierały, a życie tego cichego zakątka delty toczyło się dalej. Przetrwała kultura i tradycja.
A dowód tego miała przed oczami. Dowodem był również dom jej babki i wszystkie te domy i farmy, i pola wokół Innocence. I samo Innocence.
Właśnie zaczynała to rozumieć.
Kiedy zobaczyła Tuckera, który ukazał się na frontowej werandzie, pomyślała, że może i jego zacznie rozumieć. Uruchomiła silnik i objechała powoli gazon peonii.
– Stałaś tam tak długo. Już zacząłem się bać, że się rozmyśliłaś.
– Nie. – Wysiadła z samochodu. – Po prostu patrzyłam.
On również dokonał pewnych obserwacji i uznał, że będzie lepiej, jeżeli poczeka z mówieniem, aż obręcz, która ściskała jego serce, zostanie trochę rozluźniona. Caroline ubrana była w cienką białą sukienkę, rozkloszowaną ku dołowi. Wyobraził sobie, jak powiewa na wietrze; trzymała się na dwóch ramiączkach szerokości palca. Szyję Caroline otaczał naszyjnik z jakichś wypolerowanych kamieni. Zaczesane w tył włosy odsłaniały kolczyk harmonizujące z naszyjnikiem. Zrobiła coś tajemniczego i bardzo kobiecego z twarzą, pogłębiając oczy i podkreślając usta.
Kiedy szła ku niemu po schodach, poczuł pierwsze tchnienie jej zapachu. Prawą ręką ujął jej lewą dłoń i obrócił ją w koło pod łukiem swojego ramienia, niby w tańcu. Roześmiała się. Kiedy ujrzał głębokie wycięci sukienki na plecach, przełknął głośno ślinę.
– Muszę ci coś wyznać, Caroline.
– Słucham.
– Jesteś brzydka. – Potrząsnął głową, zanim zdołała coś powiedzieć. – Musiałem wyrzucić to z siebie.
– Interesujące podejście.
– Pomysł mojej siostry. To powinno powstrzymać kobiety przed zakochiwaniem się we mnie.
Dlaczego zawsze pobudzał ją do śmiechu?
– Metoda może okazać się skuteczna. Masz zamiar zaprosić mnie do środka?
– Wydaje mi się, że czekałem na to bardzo długo. – Poprowadził ją do drzwi, otworzył je. Zatrzymał się na chwilę, żeby zobaczyć, jak wygląda w progu – w jego progu – na tle krzewów magnolii. Musiał stwierdzić, że wyglądała świetnie.
– Witaj w Sweetwater.
W chwili gdy znalazła się w holu, usłyszała donośne pokrzykiwania Delii.