– Faktycznie lubisz planować. Już to 7.auważyłem. – Pochylił się rozgniótł jej usta w krótkim, mocnym pocałunku, który ponownie zwalił ją z nóg. – Będę cię miał, Caroline. Prędzej czy później będziemy się mieli nawzajem, i to jak jeszcze! Tobie pozostawię oznaczenie dnia i godziny.
– To najbardziej niesłychane, aroganckie, szowinistyczno – męskie stwierdzenie. jakie w życiu słyszałam.
– Zależy od punktu widzenia – przyznał Tucker. – Chciałem cię po prostu ostrzec, Ale nie chcę cię wkurzyć tak bardzo, żebyś dostała niestrawności. – Wziął ją za rękę i pociągnął w stronę domu. W ciemnościach tańczyły robaczki świętojańskie. – Może posiedzimy chwilę na werandzie?
– Nigdzie z tobą nie usiądę.
– Oj, kochana, jeżeli będziesz tak mówiła, uznam, że nie możesz mi się oprzeć.
Wybuchnęła śmiechem. – Dzień, w którym nie będę mogła się oprzeć samozwańczemu Don Juanowi z delty Missisipi… Porwał ją wpół i okręci! wokół siebie.
– Mam bzika na punkcie tych twoich słodkich ust. – Pocałował ją ze smakiem. – Założę się, że chodziłaś do jednej z tych eleganckich szkół w Szwajcarii.
– Nie chodziłam i proszę mnie postawić na ziemi. – Próbowała się uwolnić. – Mówię serio, Tucker. Ktoś jedzie.
Nie postawił jej, ale odwrócił się w stronę drogi. Światła reflektorów zbliżały się szybko ku domowi.
– Zdaje się, że mamy gościa. Zobaczmy, kto to.
Zaniósł ją na werandę, po części dlatego, żeby ją zirytować, po części, żeby czuć przy sobie to smukłe, giętkie ciało. Poza tym uznał, że kiedy przejdzie jej złość, dostrzeże romantyczny aspekt sprawy.
– Wiesz, nie ważysz więcej niż worek mąki. A o ile jesteś przyjemniejsza w dotyku! – zauważył tonem pogawędki i usłyszał w odpowiedzi coś bardzo zbliżonego do warknięcia.
– Szczyt romantyzmu – powiedziała Caroline przez zaciśnięte zęby. Wolałaby nie dostrzegać śmieszności sytuacji. Tucker nie oparł się pokusie.
– „Jasna jak gwiazda, gdy błyszczy na niebie samotnie”. Zdaje się, że Wordsworth ujął to lepiej.
Zanim zdołała odpowiedzieć coś mądrego, postawił ja na nogach, klepnął przyjaźnie w pupę i pomachał Bobby'emu Lee, który gramolił się przerdzewiałego cutlassa.
– Hej, synu, dlaczego nie jesteś na randce i nie olśniewasz Marvelli?
– Cześć, Tucker. – Bobby Lee przeciągnął ręką przez opadającą grzywkę. W świetle reflektorów jego twarz była blada z przejęcia Przyjechałem, jak tylko skończyłem przegląd. – Skinął głową Caroline. – Dobry wieczór, panno Waverly.
– Cześć, Bobby Lee. Jeżeli pozwolicie, podziękuję Delii za kolację i pójdę.
Nie zdążyła zrobić kroku, kiedy Tucker chwycił ją za rękę.
– Jeszcze wcześnie. Co się sprowadza? – zwrócił się do Bobby'ego Lee.
– Junior przywiózł twój samochód dziś popołudniu. Jezu Chryste! Wrak Tucker skrzywił się i ostrożnie dotknął zabandażowanej głowy.
– Tak, rozdzierający serce widok, nie da się ukryć. A miał zaledwie osiem tysięcy przebiegu. Wygięty kadłub?
– Wygięty, ścierwo… O! Przepraszam panią. Widać jak na dłoni, ledwo wzięliśmy go na kanał. Zdaje się, że będziesz go musiał odholować do Jackson, ale że nie mieliśmy porządnego rozbitka od czasu, gdy Bucky Larsson rozkwasił swojego buicka na lodzie w styczniu, chcieliśmy sobie popatrzeć.
Tucker oparł się biodrem o cutlassa.
– Ten buick wyglądał jakby przejechał po nim czołg. Nigdy nie mogłem się nadziwić, jakim cudem Bucky wyszedł z tego ze złamanym obojczykiem i osiemnastoma szwami.
– No, ma czasem takie dziwne spojrzenie – powiedział Bobby Lee z namysłem. – Ale jak się nad tym zastanowić, zawsze dziwnie patrzył.
Tucker skinął głową.
– Jego mama przestraszyła się miedzianki, kiedy chodziła z nim w ciąży. Może to zaszkodziło.
Carolinie nie miała już ochoty odchodzić. Miała ochotę ukryć twarz w dłoniach i wybuchnąć śmiechem.
– Przyjechałeś taki kawał drogi, żeby powiedzieć Tuckerowi, że rozbił samochód?!
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią z identycznym wyrazem zdziwienia. Dla nich było oczywiste, że Bobby Lee przygotowuje tylko grunt pod to, co ma zamiar powiedzieć.
– Nie, psze pani – powiedział uprzejmie. – Przyjechałem powiedzieć Tuckerowi, jak to się stało, że rozbił samochód. Tucker prowadzi jakby się urodził za kierownicą. Wszyscy to wiedzą.
– Dzięki, Bobby Lee.
– Mówię tylko, jak jest. W każdym razie, Junior powiedział, że nie było śladów na asfalcie ani w ogóle nic.
– Hamulce wysiadły.
– Tak powiedział. Zacząłem główkować i kiedy stara Juniora zadzwoniła, że obiecał zabrać ją i dziecko do Greenville na spaghetti, powiedziałem, że zostanie i przypilnuję stacji. W niedzielę i tak jest spokojnie, więc pomyślałem, że przyjrzę się tym twoim hamulcom.
Wyciągnął z kieszeni kawałek gumy balonówy, rozwinął i wsadził sobie do ust. – Przyjrzałem się dobrze przewodom hydraulicznym wspomagania kierownicy. Może bym tego nawet nie zauważył, gdybym specjalnie nie szukał. No i znalazłem.
– Znalazłeś, ale co? – nie wytrzymała Caroline, kiedy Bobby Lee umilkł i nic nie wskazywało na to, by miał zamiar kontynuować.
– Dziury w przewodach. Przewiercone na wylot. Jakby szydłem albo szpikulcem do lodu. Płyn wyciekał. Dlatego wysiadł układ kierowniczy. Gdybyś się tego spodziewał, mógłbyś kombinować, a tak, przy ostrym zakręcie, wóz jak nic pojedzie prosto. Wtedy hamulec zda ci się jak bykowi cycki. O, przepraszam, panno Waverly.
– Mój Boże! – Caroline zacisnęła palce na ramieniu Tuckera. – Chcesz powiedzieć, że ktoś specjalnie uszkodził samochód… Tucker mógł się zabić!
– Mógł – zgodził się Bobby Lee. – Ale nie musiał. Wszyscy wiedzą, że Tucker radzi sobie z wozem jak ci faceci z formuły jeden.
– Dziękuję, że przyjechałeś mi o tym powiedzieć. – Tucker odrzucił papierosa i śledził wzrokiem luk żaru. Czuł straszny gniew i musiał zaszyć się gdzieś, żeby ochłonąć. – Będziesz widział się dzisiaj z Marvella?
– Miałem taki zamiar.
– Więc jedź do szeryfa i powiedz mu, co odkryłeś. Ale nikomu więcej, rozumiesz? Nie mów nikomu więcej.
– Jak chcesz.
– Byłbym wdzięczny, gdyby na razie zostało to między nami. Wracaj do miasta, zanim Marvella zmyje ci głowę za spóźnienie.
– To na razie, Tucker. Dobranoc, panno Waverly.
Caroline odezwała się dopiero, gdy tylne światła cutlassa zniknęły za zakrętem.
– Mógł się pomylić. To jeszcze dziecko.
– To jeden z najlepszych mechaników w tej części kraju. Zresztą to ma sens. Gdybym nie dostał w łeb, sam bym na to wpadł. Teraz muszę się tylko zastanowić, kogo wkurwiłem do tego stopnia, że chce mi przyczynić zmartwień.
– Zmartwień? – powtórzyła Caroline. – Tucker, niezależnie od tego, co Bobby Lee mówi o twoich nadludzkich umiejętnościach, mogłeś zostać poważnie ranny, nawet zabity.
– Martwisz się o mnie, skarbie? – Choć umysł zajęty miał czym innym, uśmiechnął się i przesunął dłońmi po jej nagich ramionach. – To mi się podoba.
– Nie bądź idiotą!
– Nie złość się, Caro. Choć, Bóg mi świadkiem, lubię na ciebie patrzeć. kiedy się wkurzasz.
– Nie mam zamiaru pozwolić, byś klepał mnie po główce jak malutkie, bezradne kobieciątko – powiedziała chłodno. – Chcę ci pomóc.
– To bardzo miło z twojej strony. Nie! – Chwycił ją za ramię, kiedy odwróciła się, żeby odejść. – Mówię szczerze. Tylko dopóki sobie tego wszystkiego nie poukładam w głowie, nie mogę działać.
– To oczywiste, że zrobił to ktoś blisko związany z Eddą Lou. Hatinger. – Odrzuciła głowę. – Chyba że masz listę zazdrosnych mężów których musisz brać pod uwagę.