– Dwa tygodnie później między panem a Hatingerem doszło do bójki. W sklepie z narzędziami. Groził, że skrzywdzi pańskiego syna, jeżeli nie będzie trzymał się z dala od Cyra. Czy to prawda?
– Wszedł, kiedy kupowałem gwoździe. Gadał różne rzeczy.
– Pamięta pan, jakie to były rzeczy? Tedy zwarł szczęki.
– Powiedział: „Czarnuchu, trzymaj swojego czarnego bachora z dala od tego, co moje, bo obedrę go ze skóry". Powiedziałem, że jeżeli tknie mojego chłopca, zabiję go.
Cichy, beznamiętny głos Toby'ego sprawił, że Caroline dreszcz przeleciał po plecach.
– Powiedział jeszcze parę rzeczy, cytował Pismo Święte i gadał bzdury o tym, jak to my, „czarnuchy", zapominamy, gdzie nasze miejsce. Potem złapał młotek. Zaczęliśmy się bić, tam w sklepie, ktoś musiał pobiec po szeryfa, bo przyleciał wściekły i nas rozdzielił.
– A pan powiedział Haungerowi… – Burns zajrzał do notatnika. – „Zamiast o to, z kim Cyr łowi ryby, martwiłbyś się lepiej, dla kogo twoja dziewczyna rozkłada nogi". Powiedział pan to?
– Może być.
– A dziewczyną, do której pan odnosił to stwierdzenie, była zmarła Edda Lou Hatinger?
Bardzo wolno Toby odłożył puszkę farby.
– On obrażał moją rodzinę. Wykrzykiwał paskudztwa o moim Jimie, małej Lucy i mojej żonie. A tydzień wcześniej Vernon zatrzymał moją żonę na ulicy i powiedział jej, żeby pilnowała chłopaka, bo inaczej złamie sobie rękę albo nogę. Mężczyzna nie musi znosić takich rzeczy od nikogo.
– Więc poruszył pan kwestie seksualnych obyczajów panny Hatinger. Toby poczerwieniał z gniewu.
– Byłem wściekły. Może nie powinienem tak mówić o jego dziecku.
– Ale ciekawi mnie, w jaki sposób wszedł pan w posiadanie informacji o seksualnych obyczajach denatki.
– Wszyscy wiedzą, że nie trzeba było wielkich starań, żeby dopuściła do siebie mężczyznę. – Rzucił Caroline przepraszające spojrzenie.
– Mówi to pan na podstawie własnych doświadczeń?
Oczy Toby'ego błysnęły dziko. Przestraszona Caroline postąpiła krok i położyła ostrzegawczo dłoń na jego ramieniu.
– Piętnaście lat temu ślubowałem kobiecie – powiedział Toby zaciskając pięści. – Jestem jej wierny.
– No cóż, panie March, mam świadka, który twierdzi, że odwiedzał pan Eddę Lou Hatinger wielokrotnie w jej pokoju w hoteliku.
– To wierutne kłamstwo. Nigdy nie byłem w jej pokoju razem z nią.
– Ale był pan w jej pokoju?
Toby miał wrażenie, że na szyi zaciska mu się pętla.
– Pani Koons najęła mnie do pracy. Wymieniałem framugi we wszystkich oknach.
– Więc kiedy pracował pan w pokoju Eddy Lou, jej tam nie było?
– Zgadza się.
– Nigdy nie był pan z nią razem w pokoju? Toby patrzył na Burnsa przez długie pięć sekund.
– Wychodziłem, kiedy wracała – powiedział po prostu. – A teraz muszę już iść do pracy.
Toby zszedł z werandy i zniknął za węgłem domu, a Caroline uświadomiła sobie, że cała drży.
– To było straszne.
– Bardzo mi przykro, Caroline. – Burns schował notatnik. – Przesłuchiwanie podejrzanych bywa nieprzyjemne.
– Nie myślisz chyba, że on zabił tę dziewczynę, bo jej ojciec mówił takie straszne rzeczy? – Miała ochotę wykrzyczeć mu to w twarz, ale starała się zachować spokój. – To człowiek bardzo rodzinny. Wystarczy zobaczyć go z synem, by wiedzieć, co to za człowiek.
– Wierz mi, Caroline, morderca nie zawsze wygląda na mordercę.
zwłaszcza masowy morderca. Zdziwiłabyś się, gdybym przytoczył ci dane statystyczne i portrety psychologiczne.
– Nie, dziękuję – odparła chłodno.
– Przykro mi, że jesteś ciągle wciągana w tę brzydką sprawę. – Uśmiechnął się. – Miałem nadzieję, że spędzimy spokojną godzinkę, kontynuując naszą rozmowę sprzed paru dni. No i oczywiście, liczyłem na to, że zagrasz dla mnie.
Odetchnęła trzy razy, zanim odważyła się odezwać. Może to nie jego wina, pomyślała, że jest takim niewrażliwym, aroganckim jołopem.
– Przykro mi, Matthew, obecnie nie daję koncertów.
– O! – Rozczarowanie odbiło się na jego twarzy. – Cóż, może innym razem. Pod koniec tygodnia będę miał chyba trochę więcej czasu. Zrobiłem małe rozeznanie i dowiedziałem się, że w Greenville jest przyzwoita restauracja rybna, do której chciałbym cię zaprosić.
– Dziękuję, Matthew, ale na razie wolałabym trzymać się blisko domu. Odprawa trochę go usztywniła.
– Szkoda. Cóż, muszę chyba wracać do pracy. – Ruszył w stronę samochodu, zirytowany, ale nie pokonany. – Przypomnę się kiedyś o tę mrożoną herbatę.
– Tak. Do widzenia.
Z chwilą, gdy opadł po nim kurz, odwróciła się i weszła do domu. Po raz pierwszy od wielu dni sięgnęła po skrzypce i zaczęła grać.
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
W nocy nadciągnęły chmury. Równomierny, posępny deszcz napoił spragnioną ziemię, a rankiem przeniósł się niemrawo nad Arkansas. Zmienił kurz w śliskie błoto, które do południa spierzchło w skorupę.
Nad otwartym grobem gromadka żałobników stała po kostki w wypalonej słońcem trawie. Z drzew skapywała woda, wydając rozpraszający uwagę dźwięk, który przypomniał Cyrowi o zardzewiałym kurku w łazience. Przeciekał dzień i noc.
Kiedy w nocy Cyr leżał w łóżku, myślał chwilami, że to monotonne kap, kap, kap doprowadzi go do szału. Zupełnie jak chińskie tortury, o których czytał. Jest Cyrem Hatingerem, tajnym agentem, woda kapie, kapie, krople rozpryskują się na jego czole, ale on się nigdy nie złamie, nawet wtedy, gdy woda przebije się przez skórę, przez kości do mózgu.
Nie, nigdy go nie złamią. Jest Bondem, Jamesem Bondem. Jest Rambo. Jest Indianą Jonesem.
Był Cyrem, leżącym pośród zapachu stęchlizny, Cyrem, który wstaje i wkłada szmatę pod kran, żeby stłumić kapanie o jeden ton.
Tym razem nie próbował blokować tego dźwięku, przeciwnie, skoncentrował się na nim, żeby zapomnieć, gdzie jest i co robi.
Wielebny Slater wydawał mu się osobnikiem sędziwym, w rzeczywistości biedny człowiek dobiegał dopiero sześćdziesiątki. Ale młode oczy Cyra widziały jedynie rzadkie kępki białych włosów na opalonej czaszce, mapę bruzd na ogorzałej od wiatru twarzy i fałdy luźnej skory zwisające z podbródka i gnijące pod koloratką.
W oczach Cyra pastor był zbyt stary, by wiedzieć cokolwiek o życiu – Z drugiej strony, dzień przeznaczony był dla umarłych, a w tej dziedzino wielebny powinien być ekspertem.
Głos pastora wznosił się i opadał, przemykając melodyjnie przez frazesy o zbawieniu, życiu wiecznym i woli boskiej.
Ciekawe, co by się stało, myślał Cyr, gdybym wystąpił naprzód j wyrwał Biblię z rak wielebnego Slatera?
Przepraszam bardzo, mógłby powiedzieć, ale to wszystko są gówniane brednie. Bóg nie miał nic wspólnego z tym, że Edda Lou została posiekana na kawałki. Dlaczego mamy zawdzięczać to Jemu, że ona idzie do piachu?
Jak to się dzieje, że zwalamy winę na Boga, skoro wszyscy wiemy, że nóż trzymał w ręku człowiek?
Wściekało go, że usprawiedliwiano w ten sposób całe zło. Przyjdzie grad, wbije bawełnę w ziemię, i to też będzie wola boska.
Wiedział mniej więcej, skąd bierze się grad. Gorące powietrze spotyka się z zimnym i deszcz zmienia się w twarde kulki lodu. Cyr nie mógł sobie wyobrazić Boga, jak siedzi spokojnie na złotym tronie i nagle postanawia wybić gradem żałosne zbiory Austina Hatingera.
Podobnie jak nie potrafił sobie wyobrazić, by Bóg zaplanował zarżnięcie Eddy Lou i wrzucenie jej do stawu.
Chciał to wszystko powiedzieć. Słowa niemal paliły go w język. Wiedział, że jeżeli się odezwie, matka rozpłacze się jeszcze głośniej, Ruthanne będzie go uciszać, śmiertelnie zawstydzona, a Vernon da mu takiego kuksańca, że zadzwoni mu w uszach. Inni po prostu wybałuszą na niego oczy. W pogrzebie uczestniczyły głównie kobiety odziane w czarne suknie na każdą okazję.