Pani Fuller i pani Sahys stały w grupce z panią Larsson i panią Koons. Była wśród nich Darleen. Zanosiła się takim płaczem, że pani Fuller podeszła do niej w końcu i wzięła dziecko, które Darleen przyciskała kurczowo do siebie.
Były również inne panie, niektóre z nich przyjaźniły się z Eddą Lou, inne przyszły wypełnić chrześcijańską powinność. Mężczyzn było niewielu. Szeryf Truesdale trzymał za rękę swoją żonę. Federalny stał na uboczu w uroczystej postawie, z pochyloną głową, ale Cyr wiedział, że on patrzy, patrzy, patrzy.
„Ja jestem drogą, prawdą i światłem" – zaintonował Slater i Mavis gibnęła się gwałtownie, potrącając Vernona, który oparł się o żonę, uruchamiając reakcję domina wśród żałobników. Przez chwilę wszyscy chwiali się i podrygiwali, a wielebny ciągnął niewzruszenie swój monolog.
– „A kto we Mnie wierzy, dostąpi Królestwa Niebieskiego…”
Cyr chciał krzyknąć, że jedyną rzeczą, w jaką wierzyła Edda Lou, była ona sama. Że cały ten modlitewny cyrk pogarsza tylko i tak kiepską sprawę. Ale milczał i trzymał głowę spuszczoną na piersi, ponieważ w pogrzebie uczestniczył człowiek, którego Cyr bał się bardziej, niż bał się Boga pastora Slatera.
Jego ojciec.
Austin Hatinger stał wyprostowany jak struna w swoim niedzielnym ubraniu. Ręce i nogi miał skute kajdankami, dwaj posępni policjanci stali u jego boków.
Słuchał słowa Bożego. Patrzył, jak trumna schodzi do swego mrocznego wilgotnego domu. I obmyślał plan.
Słyszał zawodzenia swojej żony. Podniósł na nią oczy i ujrzał zniszczenia jakich dokonała na jej twarzy nieustanna rozpacz.
Bóg dał, Bóg wziął, pomyślał. Patrzył szeroko otwartymi oczami w dół który wykopano dla jego córki. W efekcie oczy zaczęły mu łzawić. Niech myślą, że się załamał. Niech myślą, że jest słabym, złamanym człowiekiem.
Czekał. Czekał, aż skończy się modlitwa, czekał, aż kobiety podejdą do jego żony z durnymi kondolencjami.
Kiedy zaczęły się rozchodzić do samochodów, jeden z policjantów trącił go łokciem.
– Hatinger.
– Proszę. – Skupił całą uwagę na dziurze w ziemi i głos mu zadrżał. – Muszę się pomodlić. Razem z moją żoną.
Wiedział – ze sposobu, w jaki przestępowali z nogi na nogę – że policjanci są poruszeni modlitwą i łzami kobiet. Starannie maskując swe prawdziwe uczucia podniósł głowę. Na jego twarzy malowała się jedynie beznadziejna rozpacz ojca, który utracił swoje dziecko.
– Proszę – powtórzył. – To była moja córka. Moja jedyna córka. To nie jest naturalne grzebać swoje dziecko. Wiecie, co on jej zrobił, prawda? – Spuścił wzrok, żeby nie dostrzegli nienawiści. – Muszę pocieszyć żonę. Jest słaba, to ją zabije. Pozwólcie mi przytulić żonę. – Wyciągnął skute ręce. – Człowiek ma prawo przytulić żonę nad grobem córki, prawda?
– Słuchaj, Hatinger, naprawdę mi przykro, ale…
– Daj spokój, Lou – powiedział drugi policjant, który miał córkę. – Przecież ci nie ucieknie ze skutymi nogami. Możemy mu dać minutę.
Austin stał ze spuszczoną głową i z radością w sercu patrzył, jak klucz obraca się w kajdankach.
– Ale będziemy musieli przy tobie stać – powiedział policjant o imieniu Lou. – 1 masz tylko pięć minut.
– Niech Bóg was błogosławi. – Kątem oka Austin zobaczył, że Burke odjeżdża. Nieliczna grupka kobiet rozproszyła się po cmentarzu, korzystając z okazji, by odwiedzić dawniejsze groby i własnych zmarłych. Austin postąpił krok i otworzył ramiona. Mavis padła w nie bezwładnie.
Trzymał ją przez chwilę, czekając. Widział jak policjanci odwracają oczy. pełni zażenowania i szacunku dla cudzego cierpienia. W naturze ludzkiej leży zapewnienie prywatności głównym żałobnikom.
Austin wykonał ruch tak szybki, że Cyr, który nigdy nie widział obejmujących się rodziców, odruchowo odskoczył w tył.
Hatinger cisnął żoną w policjanta z taką siłą, że oboje wpadli do świeżego grobu. Kiedy drugi policjant sięgnął po broń. Austin natarł na niego głową jak szarżujący byk i zwalił go z nóg. Błyskawicznie przechwycił broń, podczas gdy unieruchomiony w grobie Lou próbował uwolnić się od wrzeszczącej Mavis.
Austin uderzył policjanta rękojeścią pistoletu w głowę pozbawiając go przytomności, po czym chwycił osłupiałą Birdie Shays i opasaj jej szyję ramieniem.
– Zabiję ją – wrzasnął. pełen gniewu bożego. – Zabiję ją tak, jak zabili moją córeczkę, słyszysz mnie, glino? Rzuć mi broń i kluczyki albo wywiercę jej laką dziurę w "głowie, że przejedzie przez nią traktor.
Birdie popiskiwała i czepiała się jego ramienia. Ruthanne zaczęła płakać, pewna, że nie przeżyje tego nowego upokorzenia.
– Dokąd uciekniesz, Hatinger – Lou podjął próbę dialogu, głęboko sfrustrowany faktem, że siedzi okrakiem na trumnie z łkającą kobietą uczepioną jego pleców. Chłopaki nie dadzą mu żyć, kiedy się o tym dowiedzą. – Przemyśl to, Hatinger. Dokąd pójdziesz?
– Pójdę tam, dokąd mnie Bóg zaprowadzi! – O tak, czuł już tę siłę, którą dawał mu Bóg, Oczy mu płonęły. – Panie, pójdę za tobą! – wrzasnął w ucho Birdie, zaciskając mocniej ramię wokół jej szyi. Zaczęła się dusić. – Dziesięć sekund i załatwię ją. A potem wypełnię ołowiem tę dziurę, w której siedzisz.
Wściekły, spocony Lou rzucił kluczyki, – Pistolet też.
– Niech cię diabli!
– Pięć sekund. – Ruchem głowy nakazał Vernonowi rozpiąć kajdanki.
– Powinieneś ich zabić, tato – powiedział Bernon przez zaciśnięte zęby. Na tę myśl krew napłynęła mu do twarzy. – Zastrzel tych antychrystów i jedźmy do Meksyku.
– Nigdzie nie jadę, dopóki wszystkiego nie załatwię.
Lou wychylił się z grobu w nadziei, że uda mu się oddać przynajmniej jeden strzał i schował się błyskawicznie, kiedy pocisk wystrzelony z trzydziesiątkiósemki wyrył bruzdę parę centymetrów od jego głowy. – Musiałbym być pierdolonym czubkiem, żeby dać sobie przestrzelić – Lou wyrzucił pistolet.
Austin popchnął pochlipującą Birdie w stronę grobu. Przez chwilę balansowała na jego skraju, ze skupionym wzrokiem i ramionami wyciągniętymi jak do skoku z trampoliny. Wylądowała płasko na Lou.
Zanim towarzystwo na cmentarzu zdołało dojść do siebie, Austina Hatingera już nie było. Odjechał buickiem Birdie Shays, uzbrojony w dwie trzydziestkiósemki i potężny ładunek nienawiści.
Jim March stał cierpliwie w holu, pogwizdując przez zęby i czekając, aż Caroline zejdzie z góry i powie mu, czy chce, żeby zreperować spoiny na tylnej werand/je.
I Jego tata pojechał do miasta po więcej farby, a Jim ofiarował się zostać. [Powinien malować, ale zauważył wyciętą belkę na starej werandzie i pomyślał, że Bato byłby zadowolony, gdyby namówił pannę Waverly na dodatkową robotę.
Kiedy zapukał, Caroline zawołała z góry, żeby wszedł. Starannie wytarł nogi. Jego mama była fanatyczką wycierania nóg i mycia rąk. Jim gwizdał i posuwał się wolno w stronę drzwi do salonu. Wiedział, że są tam skrzypce, ponieważ zobaczył je przez okno. Chciał przyjrzeć się im bliżej, tak jak zapragnąłby przyjrzeć się nowej piłce Wilsona na wystawie sklepu Larssorm.
Znalazł się przy drzwiach do salonu, zupełnie przypadkiem, powiedział sobie. Skrzypce były w środku. Rzucił szybkie spojrzenie w stronę schodów, po czym dał nura do pokoju. Miał zamiar tylko popatrzeć. Jeden rzut oka i znajdzie się z powrotem w holu jakby nigdy nic.
Myślał o tych skrzypcach od poprzedniego dnia, kiedy Caroline na nich grała. Jim, jak żyje, nie słyszał takiej muzyki. To nasunęło mu przypuszczenie że jest w nich coś niezwykłego, coś, co odróżnia je od starych skrzypiec, na których rzępolił Rupert Johnson w letnie wieczory.
Jim pogmerał przy zameczkach z boku futerału i uniósł wieko. Kiedy je zobaczył, wtulone w kruczoczarny aksamit, zrozumiał, że są inne. Och, miały ten sam kształt co skrzypce Ruberta, ale błyszczały jak nowa centówka. A kiedy Jim zebrał się na odwagę, by ich dotknąć, świecąca powierzchnia okazała się gładka jak jedwab. A przynajmniej tak wyobrażał sobie jedwab Jim.
Zapominając o tym, że miał tylko rzucić okiem, przeciągnął delikatnie kciukiem przez struny.
Caroline usłyszała zdradziecki akord na schodach. Jej pierwszą reakcją był gniew. Nikt nigdy nie dotykał jej instrumentu. Nastrajała go i polerowała sama ku zdumieniu każdej orkiestry, z którą grała.