– Tak, wiem. – Caroline usłyszała już pełną relację od Carola Johnsona, ale pogodziła się z faktem, że usłyszy ją jeszcze raz. I jeszcze raz.
– Kiedy Austin wypalił z tego pistoletu, schowałam się za nagrobek mamy i wcale się tego nie wstydzę. Nagrobek jest niczego sobie, duży, choć musiałam toczyć o niego boje z moim bratem, Dickiem. Zawsze był dusigroszem. Rany, potrafi wycisnąć centówkę jak cytrynę. Wtedy Vernon – który jest jeszcze bardziej szczwany od swego ojca – rozkuł kajdanki. Nagle patrzę, a tu Austin wpycha biedną Birdie do grobu prosto na tego policjanta z Greenville i biedną Mavis. No, wtedy dopiero rozpętało się piekło. Birdie piszczała, Mavis zawodziła, a ten policjant klął jak pijany marynarz na dwudniowej przepustce.
Usta Happy zadrżały i pewnie powstrzymałaby uśmiech, gdyby nie wyraz twarzy Caroline. Przez chwilę spoglądały na siebie, walcząc dzielnie o zachowanie powagi. Caroline przegrała pierwsza. Parsknęła śmiechem i próbowała zatuszować to pokasływaniem. A potem śmiały się już obie. Stały w jasnym popołudniowym słońcu i ryczały ze śmiechu, aż Happy musiała wyjąć chustkę i otrzeć załzawione oczy.
– Mówię ci, Caroline, nie zapomnę tego widoku, choćbym żyła sto lat. Po tym, jak Austin odjechał w buicku Birdie, podbiegłam do grobu. Siedzieli w nim wszyscy, kłębili się na wieku trumny, same ręce i nogi. A ja pomyślałam, Boże bądź miłościw, wygląda to jak jedna z tych udziwnionych scen w pornosach. – W jej oczach pojawił się figlarny błysk. – Nie żebym coś takiego oglądała.
– Nie – powiedziała Caroline słabym głosem. – Oczywiście, że nie.
– Birdie miała spódnicę zadartą prawie do pasa. Jest dość tęgawa i musiała zdrowo przydusić tego policjanta, kiedy na nim wylądowała. Twarz miał czerwoną jak burak. Mavis uczepiła się jego nogi i wykrzykiwała coś o woli boskiej.
– Straszne – wykrztusiła Caroline i dostała nowego ataku śmiechu. – Och, to straszne.
Happy przycisnęła chusteczkę do ust i zakwiczała.
– Potem ocknął się młody policjant. Wyciągaliśmy akurat Birdie i nikt nie zwracał na niego uwagi. Biedny chłopiec zataczał się jak pijany, i gdyby go Cyr nie złapał, byłby wleciał do tego grobu na czwartego. Mówię ci, to było lepsze niż „Kocham Lucy".
Caroline wyobraziła sobie Ricky'ego Ricardo nurkującego do grobu z okrzykiem „Luuucy, już jestem!". Usiadła na kamiennym murku otaczającym cynie i złapała się za boki.
Happy przysiadła koło niej.
– Och, cieszę się, że to z siebie wyrzuciłam. Birdie nigdy by mi nie wybaczyła tego śmiechu.
– Straszne. Okropne!
To opóźniło ich powrót do równowagi o dalszych pięć minut.
– No cóż – Happy schowała chustkę, krztusząc się od hamowanego śmiechu. – Pójdę po tego cholernego psa. Obejrzysz go sobie, a ja zrobię nam coś zimnego do picia. Księżniczko! Księżniczko, chodź do nas i przyprowadź ze sobą tego kundla. Został jej ten jeden – powiedziała Happy tonem pogawędki. – Nie powiem ci nic o ojcu, bo Księżniczka nie jest brzemienna. Chyba ją jednak wysterylizuję.
Przez podwórko przeszła, nie śpiesząc się, potężnie zbudowana suka żółtej sierści i znudzonym wyrazie pyska. Zataczając kręgi wokół niej, biegł wyrośnięty szczeniak takiej samej maści. Co parę sekund dawał nura pod jej brzuch próbując złapać któryś z obwisłych sutków. Księżniczka, która miała najwyraźniej dość macierzyństwa, odsuwała się ze wstrętem.
– Hej tam! – Happy klasnęła w dłonie. Szczeniak porzucił pogoń za matczynym mlekiem i przybiegł w podskokach. – Jesteś małe ladaco, powiedz, jesteś?
Szczeniak szczeknął potwierdzająco, machając ogonem tak zawzięcie, że jego tłusta pupa prawie spotykała się z nosem.
– Zapoznajcie się ze sobą, a ja przyniosę mrożonej herbaty. – Happy wstała.
Caroline przyglądała się psu sceptycznie. Był zabawny, to prawda, i bardzo przymilny, kiedy wsparł się grubymi łapami o jej kolana. Ale potrzebowała psa obronnego, nie szczeniaka. Nie wyjdzie jej na dobre, jeżeli przywiąże się do zwierzaka, którego będzie musiała opuścić za parę miesięcy. i choć potomek Księżniczki już teraz był duży, wcale jednak nie wyglądał groźnie ze swymi klapniętymi uszami i wywieszonym językiem. Jego matka sięgała Caroline głową do pasa, ale kto wie, ile czasu zajmie jej synowi osiągnięcie takich rozmiarów.
Popełniłam błąd, zdecydowała Caroline. Trzeba było spytać o najbliższy przytułek dla psów i wyzwolić toczącego pianę dobermana, którego mogłaby uwiązać przy tylnych drzwiach.
Ale szczeniak był taki ciepły i miękki. Kiedy mu się przyglądała, polizał jej rękę i machał ogonem tak zamaszyście, że go zobaczył i ruszył w pogoń.
Zaskomlał, kiedy go w końcu złapał. Przybiegł z powrotem do Caroline, patrząc na nią oczami pełnymi zdumienia i psiego smutku.
– Małe głupiątko – mruknęła i wzięła go na ręce. A, co mi tam!, pomyślała, kiedy lizał ją po twarzy i szyi.
Zanim Happy wyłoniła się z kuchni z mrożoną herbatą, Caroline zdążyła już nazwać psa Nieprzydatny. Uznała, że będzie wyglądał bardzo wytwornie w czerwonej obróżce.
Kupiła mu ją w sklepie Larssona, razem z pięciokilowym workiem karmy dla szczeniaków, smyczą, plastikowym naczyniem z dwiema miseczkami i poduszką w kwiatki, która miała posłużyć za psie posłanie.
Wył w samochodzie przez cały czas, który spędziła w sklepie. Wyjrzała raz i zobaczyła, jak stoi oparty przednimi łapami o okno i patrzy na nią z wyrzutem i grozą w wielkich brązowych oczach. W chwili, gdy usiadła za kierownicą, wdrapał jej się na kolana.
Po krótkiej walce pozwoliła mu tam zostać.
– Nie przydasz mi się kompletnie na nic – powiedziała, kiedy szczeniak westchnął z zadowoleniem. – Już teraz to wiem. I wiem, w czym tkwi problem. Kiedy byłam mała, bardzo chciałam mieć psa. Ale to było wykluczone. Psie kłaki w salonie i pchły w dywanie. Zresztą od chwili, gdy skończyłam osiem lat, byłam zawsze w drodze. Pies nie wchodził w rachubę.
Głaskała go jedną ręką, zadowolona z obecności ciepłego kłębuszka kolanach.
– Chodzi o to, że zostanę tu jeszcze tylko przez miesiąc, dwa, więc nie możemy sobie pozwolić na bliski związek. Co nie oznacza, że nie możemy być przyjaciółmi – ciągnęła, kiedy Nieprzydatny uniósł głowę, dziwiąc się jej zmarszczonym brwiom, i spojrzał żałośnie. – Chcę przez to powiedzieć że nie zaszkodzi nam z pewnością trochę serdeczności, szacunku, nawet pewna dawka wzajemnej radości. Musimy mieć jednak świadomość, że będzie to…
Pies przytulił się jej do piersi i polizał w brodę.
– Cholera…
Kiedy skręcała na drogę do domu, była już zakochana i wymyślała sobie od idiotek.
Humoru nie poprawił jej widok Tuckera siedzącego na schodkach werandy z butelką wina i bukietem żółtych róż na kolanach.
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
– Czy ty nigdy nie pracujesz? – zapytała Caroline, próbując wyjąć z samochodu szczeniaka, torebkę i część zakupów. – Unikam wysiłku. – Tucker odłożył róże i wstał bez pośpiechu. – Co tam masz, Caro?
– Nazywam to psem.
Zachichotał i podszedł do miejsca, gdzie wcisnęła samochód, między ścianą domu a oldsmobilem rozmiarów niedużego jachtu.
– Zabawny gość. – Potarmosił szczeniaka po głowie, po czym zerknął na tylne siedzenie BMW. – Potrzebujesz pomocy?
Zdmuchnęła włosy opadające jej na oczy.
– A jak sądzisz?
– Sądzę, że cieszy cię mój widok. – Korzystając z tego, że ma zajęte ręce, pocałował ją w usta. – Choć wolałabyś, żeby tak nie było. Zanieś tego obywatela do domu. Ja przytargam resztę.
Posłuchała, głównie dlatego, żeby sprawdzić, czy potrafi zrobić rękoma coś więcej niż podnieść kobiecie ciśnienie. Usiadła na stopniach werandy i próbowała założyć psu obróżkę.