A Edda Lou była jego rodzoną siostrą. Rodzina troszczy się o siebie. Tato powiedział, że śmierć Eddy Lou to robota Tuckera.
Gdyby uwierzył ojcu, gdyby mógł mu uwierzyć, wtedy to, co miał zrobić, nie wydawałoby się takie trudne.
Nieważne, czy jest trudne, czy łatwe, powiedział sobie Cyr podchodząc do bocznej ściany domu, żeby wężem ogrodowym obmyć twarz i ręce. Jest to coś, co musi zrobić, ponieważ jeżeli tego nie zrobi, ojciec przyjdzie po niego. Znajdzie go, choćby nie wiem jak dobrze się ukrył. Przyjdzie po niego już nie z pasem czy pięściami. Z czymś gorszym.
– „Jeżeli oko cię zgorszy, wykol je" – powiedział jego ojciec. – Jesteś moim okiem, synu. Moimi oczami.
I przysunął ostrze noże tak blisko, tak blisko jego lewego oka, że Cyr bał się mrugnąć.
– Nie zawiedź mnie, synu. Przyprowadź go tutaj, ja będę czekał.
– Skończyłeś na dzisiaj?
Cyr podskoczył na głos Tuckera i oblał sobie wodą buty. Tucker uśmiechnął się i przytknął zapałkę do połówki papierosa.
– Della mówiła mi, że jesteś dzisiaj jakiś nerwowy. Lepiej zakręć tego węża, zanim się utopisz.
– Tak, proszę pana. Skończyłem. – Cyr gapił się na swoją rękę. Widział, jak palce zaciskają się na metalowym kurku i przekręcają go.
– Całe szczęście, bo już patrząc na ciebie czuję się przepracowany. Chcesz coli albo cytrynowego ciasta?
– Nie. proszę pana. – Z opuszczoną głową zwijał węża. W gardle czuł coś bardzo zbliżonego do łez. Może się nie uda, pomyślał z rozpaczą. Może Tucker każe mu po prostu zmiatać do domu. Z zaciśniętymi wargami Cyr pokuśtykał w stronę roweru.
– Co ci się stało w nogę?
Cyr stanął tyłem do domu i patrzył niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. „Niech cię pożałuje, chłopcze. Niech cię wsadzi w któryś z tych swoich eleganckich samochodów. I sprowadź go tu do mnie".
– To nic, panie Tucker. Chyba coś sobie naciągnąłem. – Kuśtykał dalej, modląc się, żeby Tucker zbył go wzruszeniem ramion.
– Wróć do domu i pokaż tę nogę Delii.
Cyr zacisnął dłonie na rączkach kierownicy i rzucił spłoszone spojrzenie w stronę werandy.
– Nie, proszę pana, wolę wrócić do domu.
Tucker dostrzegł łzy w jego oczach i zmarszczył brwi. Duma nastolatka to bardzo drażliwa sprawa.
– Muszę pojechać do miasta załatwić parę sprawunków – improwizował schodząc z werandy. – Ta kobieta gania mnie w tę i z powrotem, kup to, załatw tamto. Jak to się dzieje, że kobieta nie potrafi od razu powiedzieć, czego jej trzeba?
Cyr wpatrywał się w plamy rdzy na kierownicy.
– Nie wiem, proszę pana.
– Jedna z tajemnic wszechświata. – Położył chłopcu rękę na ramieniu i poczuł, że Cyr sztywnieje. Z poczuciem winy uświadomił sobie, jaki chłopiec jest chudy i jak ciężko pracuje. – Zapakuj rower do oldsa, Cyr. Podwiozę cię do domu.
Kłykcie Cyra zbielały.
– Nie chcę sprawiać kłopotu, panie Tucker.
– I tak muszę przejechać koło zjazdu do twego domu. Chodź, znikamy stąd, zanim ta kobieta przypomni sobie o czymś jeszcze.
– Tak, proszę pana. – Z opuszczoną głową, Cyr doprowadził rower do samochodu. W głowie mu łomotało, kiedy Tucker wyjął kluczyki ze stacyjki i otworzył bagażnik.
– Bóg jeden wie, dlaczego ona jeździ tą łodzią – mruknął Tucker. – Można by tu załadować trzech truposzy. – Odsunął na bok pudło odzieży dla ubogich, trzy pary butów, które należało oddać do szewca przy następnym pobycie w Greenville, karton słojów z kamionki i winchester.
Cyr spojrzał na broń i szybko odwrócił wzrok. Tucker zauważył to spojrzenie.
– Wozi to z sobą od paru miesięcy – powiedział. – Mówi, że będzie jak znalazł, kiedy samochód jej się zepsuje i napatoczy się jakiś zboczeniec. – Tucker przeciągnął starannie linę i przymocował ją do zderzaka. – Wprawdzie nie mogę sobie jakoś wyobrazić Delii siedzącej na masce z winchesterem na kolanach i wypatrującej zboczeńca, ale kto wie.
Cyr nie odpowiedział. Wsiadł do samochodu. Ze schowka przy kierownicy Tucker wyjął parę kaset.
– Chowam je w schowku – powiedział. – Kobieta nigdy nie zagląda do schowka. Co powiesz na Presleya?
– Okay. – Cyr splótł Zesztywniałe dłonie na kolanach.
– Chłopie, Presley nie jest okay, Presley jest super. – Tucker włożył kasetę do odtwarzacza i cofnął taśmę do „Heartbreak Hotel". – Śpiewał wraz z Królem, jadąc aleją. – W domu wszystko w porządku?
– W domu?
– Twoja mama dobrze się czuje?
– Ona… Jako tako.
– Jeżeli czegoś potrzebujesz, pieniędzy albo czegokolwiek, wystarczy mi o tym powiedzieć. I nie musisz mówić mamie, skąd to masz.
Cyr odwrócił głowę. Nie mógł znieść troski, zwykłej serdeczności.
– Radzimy sobie. – Mignęła mu ciężarówka Toby'ego u wylotu drogi prowadzącej do domu Caroline i zapragnął zapłakać. Nigdy już nie będzie mógł zagwizdać na Jima. Po dzisiejszym dniu, kiedy stał się mordercą.
– Nie powiesz mi, co się dręczy, Cyr? Serce podeszło mu do gardła.
– Nic, panie Tucker. Nic mnie nie dręczy.
– Skończyłem czternaście lat już jakiś czas temu – powiedział Tucker swobodnie. – Ale pamiętam, jak to jest. I pamiętam jak to jest, kiedy ojciec ma ciężką rękę i krótki lont. – Tucker popatrzył na niego z takim zrozumieniem, że Cyr musiał znowu odwrócić głowę. – Nie kulałeś, wsiadając do samochodu, Cyr.
Gula strachu zaczęła rosnąć. – Chyba… chyba mnie już nie boli ta noga. Tucker milczał przez chwilę, potem wzruszył ramionami. – Skoro tak…
Jechali teraz wzdłuż wąskiego pasemka Little Hope. Cyr wiedział, że za chwil? znajdą się nad przepustem.
– Trzy… trzymam rower w przepuście.
– Dobrze. Wysadzę cię tam, jeżeli chcesz.
– Może mógłby pan…
„Znieść rower na dół. Pomóc mi sprowadzić rower do przepustu, gdzie czeka na pana mój ojciec. Pomoże mi pan, ponieważ zawsze pan pomaga, kiedy pana o to proszą".
– Co takiego?
Są już prawie na miejscu. Prawie na… Cyr przesunął dłonią po suchych ustach. Nie czul już w sobie lodowatego strachu, tylko mdlącą grozę. „Muszę go tylko poprosić, i on to zrobi". Ujrzał błysk – odbicie światła od szkieł lornetki. A może noża.
– Stać! Stać! – W panice chwycił za kierownicę. Samochód zatańczył na drodze, omal nie wpadając do strumienia.
– Co u diabła?! – Tucker odkręcił kierownicę i nacisnął na hamulec. Olds stanął w poprzek drogi. – Straciłeś rozum?
– Niech pan zawróci, panie Tucker, niech pan zawróci, na miłosierdzie boskie, trzeba zawrócić! – Szlochając Cyr uczepił się kierownicy. – Proszę Boże, odwróć samochód, zanim on przyjdzie nas zabić. Teraz zabije nas obu.
– Cyr, uspokój się!
Oldsmobile obrócił się dostojnie jak okręt wypływający z portu i pomknął z powrotem ku Sweetwater. Skulony na siedzeniu Cyr szlochał z rękoma przy ustach. Wpatrywał się we wsteczne lusterko, podczas gdy Król śpiewał o palącej miłości.
– On przyjdzie. Wiem, że przyjdzie. Moje oczy, wyjmie mi moje oczy! – Chwycił się za żołądek. Tucker zjechał na pobocze. Wyciągnął Cyra z wozu i trzymał go za głowę, kiedy wymiotował. Potem wyciągnął chusteczkę i otarł chłopcu twarz.
– Oddychaj wolno. Myślisz, że już?
Cyr skinął głową i zaczął płakać. Cicho, beznadziejnie. Tuckerowi ścisnęło się serce. Siedział osłupiały w otwartych drzwiach samochodu i klepał Cyra po ręce.
– Wypłacz się. Poczujesz się lepiej.
– Nie mogłem tego zrobić. Po prostu nie mogłem. On mnie zabije.
– Kto cię zabije?
Cyr zwrócił ku niemu pocętkowaną, zrozpaczoną twarz. Tucker pomyślał, że wygląda jak zakatowany pies, który czeka na ostatni cios.
– Mój tata. Kazał mi tu pana przyprowadzić. Powiedział, że to za Eddę Lou i że jeżeli oko cię zgorszy, musisz je wyjąć. Przynosiłem mu codziennie jedzenie. I przyniosłem mu pas i czystą koszulę. I lornetkę. Musiałem. A dzisiaj przyniosłem mu nóż.