„Drogi Woronin, żegnaj! Wybuchu dokonam dzisiaj, o trzynastej zero zero, na placu pod Szklanym Domem. Jeśli list się nie spóźni, będziesz mógł na mnie popatrzeć. Lepiej mi nie przeszkadzajcie — będą tylko niepotrzebne ofiary. Twój były przyjaciel i kierownik działu listów twojej byłej gazety — Danny”.
Andrzej podniósł oczy i zobaczył Amalię.
— Pamiętasz Danny'ego? — zapytał. — Danny Lee, kierownik działu listo w…
Amalia kiwnęła głową w milczeniu. Po chwili jej twarz wykrzywiła się przerażeniem.
— Niemożliwe! — powiedziała ochryple. — To nie może być prawda…
— Zrobił wybuch… — Andrzej z trudem poruszał wargami. — Pewnie obwiązał się dynamitem. Pod marynarką.
— Po co? — zapytała Amalia. Przygryzła wargi, jej oczy wypełniły się łzami, które zaraz pociekły po drobnej, białej twarzy i zawisły na podbródku.
— Nie rozumiem — powiedział Andrzej bezradnie. — Nic nie rozumiem… — Bezmyślnie wpatrywał się w list. — Niedawno się widzieliśmy… Kłóciliśmy się, dyskutowaliśmy… — Znowu popatrzył na Amalię. — Może przychodził do mnie w godzinach przyjęć? Może go nie przyjąłem?
Amalia zakryła twarz rękami i potrząsała głową.
Nagle Andrzej poczuł złość. A nawet nie złość, tylko wściekłe rozdrażnienie, takie samo, jak dzisiaj rano po prysznicu. Do diabła! Czego oni jeszcze chcą!? Czego im jeszcze brakuje, kanaliom!?… Idiota! I co on udowodnił? Świnią nie chce być, świniopasem nie chce być… Nudzi mu siej No i idź do diabła razem ze swoją nudą!…
— Przestań ryczeć! — wydarł się na Amalię. — Wytrzyj nos i idź do siebie.
Odepchnął papiery, zerwał się i znowu podszedł do okna.
Na placu czerniał ogromny tłum. W jego środku była pusta, szara przestrzeń, otoczona błękitnymi mundurami, krzątali się tam ludzie w białych kitlach. Karetka włączyła syrenę, próbując utorować sobie drogę…
…No i co udowodniłeś? Że nie chcesz z nami żyć? A po co było to udowadniać i komu? Że nas nienawidzisz? Na próżno. Robimy to, co trzeba. Nie nasza wina, że to wszystko świnie. Byli świniami, zanim przyszliśmy, i będą nimi, gdy odejdziemy. Możemy ich tylko ubrać i nakarmić, wyzwolić od zwierzęcych cierpień, a duchowych cierpień i tak nigdy nie czuli — nie mogli czuć. Tak wiele już dla nich zrobiliśmy! Wystarczy spojrzeć, jak teraz wygląda miasto. Czystość, porządek, po tamtym bajzlu nie zostało nawet wspomnienie, żarcia — do woli, ciuchów — do woli, wkrótce i rozrywek będzie do woli, dajcie nam tylko trochę czasu… I czego oni jeszcze chcą? A ty, czego ty dokonałeś? Zaraz sanitariusze zeskrobią twoje wnętrzności z asfaltu — oto co osiągnąłeś… A my musimy pracować dalej, pchać naprzód całą tę machinę, bo wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy, to dopiero początek, trzeba to jeszcze zachować, a jak już zachowamy, pomnożyć… Dlatego, że na Ziemi ludzie nie mają nad sobą ani diabła, ani Boga, a tutaj — mają… Ty parszywy demokrato, narodowcu, świątobliwcu, bracie moich braci…
Ale przed oczami ciągle miał tego Danny'ego, którego pamiętał z ich ostatniego spotkania, sprzed miesiąca czy dwóch. Był wtedy jakiś taki wyschnięty, wymęczony, jakby chory, a w wygasłych, smutnych oczach czaiło się jakieś tajemnicze przerażenie. I to, co powiedział pod sam koniec ich bezładnego, bezsensownego sporu, gdy już się podniósł i rzucił na talerzyk pomięte banknoty: „Boże, no i czym się tak przechwalasz? Na ołtarz kładą żołądek… I po co? Ludzi nakarmić! I to ma być cel? W głupiej Danii nauczyli się tego wiele lat temu. Dobrze, może nie mam prawa, jak to nazywasz, walczyć tak zaciekle w imieniu wszystkich. Niechby nawet nie wszyscy, ale ja i ty dokładnie wiemy, że ludzie potrzebują czegoś innego, że prawdziwie nowego świata w ten sposób nie zbudujesz!” „A jak, do cholery jasnej, go zbudować? Jak?!” — wrzeszczał wtedy Andrzej, ale Danny machnął tylko ręką i nic więcej nie powiedział.
Zadzwonił biały telefon. Andrzej z niechęcią wrócił do stołu i podniósł słuchawkę.
— Andrzej? Mówi Heiger.
— Witaj, Fritz.
— Znałeś go?
— Tak.
— No i co o tym myślisz?
— Histeryk — wycedził Andrzej przez zęby. — Mazgaj.
Heiger przez chwilę milczał.
— Dostałeś od niego list?
— Tak.
— Dziwny człowiek — powiedział Heiger. — No dobrze. Czekam na ciebie o drugiej.
Andrzej odłożył słuchawkę. Telefon natychmiast znowu zadzwonił. Tym razem była to Selma, okropnie przerażona. Pogłoska o wybuchu dotarła już do Białego Dworu, oczywiście po drodze zniekształcono ją nie do poznania i teraz w Białym Dworze panowała panika.
— Wszystko w porządku — zapewnił Andrzej. — Ja jestem cały i Heiger jest cały, Szklany Dom też… Dzwoniłaś do Römera?
— Do jakiego Römera, do cholery? — zdenerwowała się Selma. — Bez tchu wyleciałam od fryzjera — Dolfusica się tam wdarła, biała jak kreda, tynk się sypie, a ona wyje, że był zamach na Heigera, że połowy budynku nie ma…
— Dobra, kończ — zniecierpliwił się Andrzej. — Nie mam czasu.
— Możesz mi powiedzieć, co się stało?
— Jeden maniak… — Andrzej zreflektował się. — Jakiś bałwan niósł przez plac materiały wybuchowe i pewnie mu upadły.
— To na pewno nie był zamach? — dopytywała się uparcie Selma.
— Nie wiem! Römer się tym zajmuje, nie ja!
Przez chwilę w słuchawce słychać było tylko jej oddech.
— Coś mi się wydaje, że kłamiesz, panie radco — powiedziała i rozłączyła się.
Andrzej obszedł stół dookoła i wyjrzał do poczekalni. Amalia siedziała na swoim miejscu — surowa, z zaciśniętymi zębami, absolutnie nieprzystępna; palce ze zwykłą szaloną szybkością latające po klawiszach, na twarzy żadnych śladów łez czy innych emocji. Andrzej patrzył na nią z czułością. Zuch baba, pomyślał. A guzik, powiedział w myśli do Warejkisa ze złośliwą satysfakcją. Prędzej ciebie stąd wyrzucę na zbity pysk… Amalię nagle ktoś zasłonił. Andrzej podniósł oczy. Na nieludzkiej wysokości majaczyła spłaszczona po bokach fizjonomia Ellizauera z działu transportu.
— A, Ellizauer… — powiedział Andrzej. — Proszę mi wybaczyć, ale dzisiaj już pana nie przyjmę. Niech pan przyjdzie jutro rano.
Ellizauer bez słowa zgiął się wpół w ukłonie i zniknął. Amalia stała w gotowości, z notatnikiem i ołówkiem.
— Panie radco?
— Niech pani wejdzie na chwilę.
Wrócił do biurka. W tej samej chwili znowu zadzwonił biały telefon.
— Woronin? — odezwał się nosowy, ochrypły głos. — Mówi Römer. No, co tam?
— Wszystko dobrze — powiedział Andrzej, gestem prosząc Amalię, żeby nie wychodziła, że zaraz skończy.
— A jak żona?
— W porządku, prosiła, żeby przekazać ci pozdrowienia. A właśnie, wyślij do niej dzisiaj dwóch z działu usług, potrzebni jej w domu…
— Dwóch? Dobra. Kiedy?
— Niech do niej zadzwonią, powie im. Najlepiej niech zadzwonią od razu.
— Dobra — powiedział Römer. — Zrobi się. Może nie od razu, ale się zrobi… Ja się tu, rozumiesz, z całym tym gównem babrzę. Oficjalną wersję znasz?
— Skąd? — zapytał gniewnie Andrzej.
— No tak. Nieszczęśliwy wypadek z materiałem wybuchowym. Podczas przenoszenia tegoż materiału. Ustalamy szczegóły.
— Jasne.
— Szedł, znaczy się, jakiś robotnik strzałowy, no i niósł ten materiał… Albo powiedzmy, gdzieś go tam wiózł… Pijany.
— Dobra, wszystko jasne — opędzał się Andrzej. — Prawidłowo. Zuch.