Mauzer był starannie wyczyszczony, jego oksydowana stal lśniła. Wrażenie pełnej gotowości bojowej psuła zeszlifowana iglica. Andrzej potrzymał go chwilę w dwóch rękach, potem złapał za okrągłą, wyżłobioną rękojeść, opuścił, a następnie podniósł do oczu i wycelował w pień jabłoni za oknem, tak jak Heiger na strzelnicy.
Potem odwrócił się w stronę dywanu i przez chwilę wybierał na nim miejsce. Znalazł je szybko. Zdjął pantofle, wlazł na sofę i przyłożył mauzer do wybranego punktu. Przyciskając go jedną ręką do ściany, odchylił się jak mógł najdalej i popatrzył. Wspaniale. Zeskoczył na podłogę, w samych skarpetkach wyleciał do przedpokoju, wyciągnął skrzynkę z narzędziami i wrócił pod dywan.
Powiesił mauzer, potem lugier z celownikiem optycznym (z tego lugra w ostatni dzień Przewrotu Ciota zastrzelił dwóch milicjantów)! i właśnie próbował powiesić brauning, model z tysiąc dziewięćset! szóstego roku — malutki, prawie kwadratowy — gdy usłyszał za plecami znajomy głos:
— Bardziej na prawo, Andrzeju. I o centymetr niżej.
— Tak? — zapytał Andrzej, nie odwracając się.
— Tak.
Andrzej zamocował brauning, tyłem zeskoczył z sofy i cofnął się aż do stołu, żeby przyjrzeć się swojemu dziełu.
— Ładnie — pochwalił Nauczyciel.
— Ładnie, ale za mało — westchnął Andrzej.
Nauczyciel, stąpając bezszelestnie, podszedł do szafy, przykucnął, poszperał i wyjął wojskowy nagan.
— A ten? — zapytał.
— Nie ma drewienka przy rękojeści — powiedział ze smutkiem j Andrzej. — Ciągle mam zamiar zamówić i ciągle zapominam… — włożył pantofle, przysiadł na parapecie obok stołu i zapalił. — Na górze będę miał broń do pojedynków. Pierwsza połowa dziewiętnastego wieku. Można spotkać przepiękne egzemplarze, ze srebrną inkrustacją, o najdziwniejszych kształtach — od takich malutkich do ogromnych, z długą lufą…
— Lepage — powiedział Nauczyciel.
— Nie, rewolwery Lepage są akurat małe. A na dole, nad samą sofą, zawieszę broń z siedemnastego i osiemnastego wieku…
Zamilkł, wyobrażając sobie, jak pięknie będzie to wyglądać. Nauczyciel, ciągle kucając, grzebał w szafie. Za oknem niedaleko warczała kosiarka do strzyżenia trawników. Ćwierkały ptaki.
— To był dobry pomysł, żeby powiesić tu dywan, prawda? — zapytał Andrzej.
— Wspaniały — powiedział Nauczyciel, podnosząc się. Wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł ręce. — Tylko lampę postawiłbym w tamtym kącie, obok telefonu. I telefon powinien być biały.
— Biały mi nie przysługuje — westchnął Andrzej.
— To nic. Wrócisz z ekspedycji, dostaniesz biały.
— A więc to dobrze, że zgodziłem się pójść?
— A co, miałeś wątpliwości?
— Tak. — Andrzej zgasił niedopałek w popielniczce. — Po pierwsze, nie chciało mi się. Po prostu. W domu mi dobrze, życie mam spokojne, pracy dużo. A po drugie, szczerze mówiąc, trochę się bałem.
— No, no — powiedział Nauczyciel.
— Naprawdę. A pan, czy może mi pan powiedzieć, co mnie tam czeka? No, widzi pan! Niepewność… Kilkanaście strasznych Iziowych legend i zupełna niepewność. Plus wszystkie uroki wędrownego życia. Znam ja te ekspedycje! I w archeologicznych brałem udział, i we wszystkich innych…
Tak jak się spodziewał, Nauczyciel zainteresował się:
— A w tych ekspedycjach… jak by to powiedzieć… co jest w nich najstraszniejsze, najbardziej nieprzyjemne?
Andrzej bardzo lubił to pytanie. Odpowiedź wymyślił już dawno temu, nawet ją sobie zapisał i potem nieraz wykorzystywał w rozmowach z różnymi panienkami.
— Najstraszniejsze? — powtórzył dla zwiększenia efektu. — Proszę sobie wyobrazić: namiot, noc, dookoła pustka, żadnych ludzi, wilki wyją, grad, burza… — zawiesił głos i popatrzył na Nauczyciela, który nachylił się, zasłuchany. — Grad, rozumie pan? Wielkości gołębiego jaja… I trzeba iść za potrzebą.
Na napiętej twarzy Nauczyciela pojawił się zakłopotany uśmiech, który po chwili przerodził się w głośny śmiech.
— Zabawne. Sam pan to wymyślił?
— Sam — powiedział z dumą Andrzej.
— Zuch, bardzo zabawne… — Nauczyciel znowu się zaśmiał, kręcąc głową. Potem usiadł w fotelu i popatrzył na sad. — Ładnie tu u was w Białym Dworze.
Andrzej odwrócił się i też spojrzał na sad. Zalana słońcem zieleń, motyle nad kwiatami, nieruchome jabłonie, a dwieście metrów dalej, za krzakami bzu — białe ściany i czerwony dach sąsiedniego domku. I Wan w długiej białej koszuli powoli, spokojnie kroczy za terkoczącą kosiarką, a obok drepcze, trzymając się nogawki, jego mały synek…
— Tak, Wan ma swój spokój — powiedział Nauczyciel. — Możliwe, że to najszczęśliwszy człowiek w Mieście.
— Bardzo możliwe — zgodził się Andrzej. — W każdym razie o innych moich znajomych nie mogę tego powiedzieć.
— Pomyśl, jakich masz teraz znajomych — zaoponował Nauczyciel. — Wan to wśród nich wyjątek. Powiedziałbym nawet, że to w ogóle człowiek z innego kręgu. Nie twojego.
— Taak — powiedział w zadumie Andrzej. — A przecież kiedyś razem woziliśmy śmieci, siedzieliśmy przy jednym stole, piliśmy z jednego kubka…
Nauczyciel wzruszył ramionami.
— Każdy dostaje to, na co zasługuje.
— To, o co zabiega — wymamrotał Andrzej.
— Można to i tak nazwać. Właściwie to jedno i to samo. Przecież Wan zawsze chciał być na samym dole. Wschód to Wschód. My tego nie zrozumiemy. No i wasze drogi rozeszły się.
— Najzabawniejsze — powiedział Andrzej — że jest mi z nim tak samo dobrze, jak dawniej. Zawsze mamy o czym pogadać, co powspominać.. Przy nim nigdy nie czuję się niezręcznie.
— A on?
Andrzej zastanowił się.
— Nie wiem. Ale pewnie raczej tak. Czasem mi się wydaje, że on ze wszystkich sił stara się trzymać ode mnie z daleka.
Nauczyciel przeciągnął się, strzeliły stawy palców.
— Ale czy o to chodzi? — zapytał. — Gdy przy butelce wódki siedzi z tobą Wan i wspominacie, jak dawniej bywało, Wan odpoczywa. A gdy siedzisz przy butelce szkockiej z pułkownikiem, to czy któryś z was odpoczywa?
— Jaki tam odpoczynek… — zamamrotał Andrzej. — Pułkownik jest mi po prostu potrzebny. A ja jemu.
— A jak jesz obiad z Heigerem? A gdy pijesz piwo z Dolfusem? A gdy Czaczua opowiada ci przez telefon nowy dowcip?
— Tak. Zgadza się. Tak.
— Chyba tylko z Izią zachowujecie się jak dawniej, a i to…
— Otóż właśnie. Nawet to.
— Niee, nawet nie ma o czym mówić! — powiedział stanowczo Nauczyciel. — Wyobraź sobie tylko: tutaj siedzi pułkownik, zastępca dowódcy sztabu waszej armii, stary angielski arystokrata, potomek znakomitego rodu. A tutaj siedzi Dolfus, radca do spraw budownictwa, niegdyś znany wiedeński inżynier. I jego żona — baronowa, córka pruskiego junkra. A naprzeciwko nich Wan. Dozorca.
— Taak — bąknął Andrzej. Podrapał się po karku i zaśmiał się. — Wychodzi z tego nietakt…
— Nie, nie! Zapomnij o nietakcie towarzyskim, Bóg z nim. Wyobraź sobie, jak czułby się Wan!
— Rozumiem, rozumiem… — powiedział Andrzej. — Rozumiem. A, do diabła z tym! Zaproszę go jutro, siądziemy sobie we dwóch, pogadamy. Majlin z Selmą zrobią nam jakiś czi fan, a chłopcu dam „buldoga” — mam tu takiego bez kurka…
— Wypijecie! — podchwycił Nauczyciel. — Porozmawiacie sobie o życiu — i on ma ci niejedno do opowiedzenia, i ty też umiesz opowiadać. A przecież on nic nie wie ani o Pendżykencie, ani o Charbazie… Będzie bardzo miło. Nawet wam trochę zazdroszczę.