Выбрать главу

— Niech pan przyjdzie — zaśmiał się Andrzej.

Nauczyciel też się roześmiał.

— Myślami będę przy was.

W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Andrzej spojrzał na zegarek. Była punkt ósma.

— To na pewno pułkownik — podniósł się. — Pójdę, dobrze?

— Oczywiście! — wykrzyknął Nauczyciel. — I proszę, żebyś na przyszłość nie zapominał, że Wanów jest w Mieście setki tysięcy, a radców tylko dwudziestu…

To był rzeczywiście pułkownik. Zawsze zjawiał się dokładnie o wyznaczonej godzinie, a więc zawsze był pierwszy. Andrzej przywitał go w przedpokoju, uścisnął mu dłoń i zaprosił do gabinetu. Pułkownik był po cywilnemu. Jasnoszary garnitur leżał na nim jak na manekinie, rzadkie siwe włosy były starannie zaczesane, buty lśniły, gładko wygolone policzki również. Średniego wzrostu, suchy, postawa bez zarzutu, ale przy tym lekko rozluźniony, nie było w nim tej sztywności, tak charakterystycznej dla niemieckich oficerów, których w wojsku było pełno.

Wchodząc do gabinetu, zatrzymał się przed dywanem, założył za plecy suche, białe dłonie, przez chwilę przyglądał się purpurowo-czarnemu przepychowi, a szczególnie rozwieszonej na jego tle broni. Potem powiedział: „O!” i popatrzył z aprobatą na Andrzeja.

— Niech pan siada, pułkowniku — powiedział Andrzej. — Cygaro? Whisky?

— Dziękuję — odparł pułkownik siadając. — Kropelka czegoś pobudzającego nie zaszkodzi. — Wyjął z kieszeni fajkę. — Cóż to był za obłąkany dzień — oświadczył. — Co tam u was zaszło na placu? Dostałem rozkaz ogłoszenia alarmu w koszarach.

— Jakiś dureń — mówił Andrzej, grzebiąc w barku — dostał w magazynie dynamit i nie znalazł lepszego miejsca, żeby się z nim potknąć, jak pod moimi oknami.

— A, to znaczy, że to jednak nie był zamach?

— Dobry Boże, pułkowniku! — powiedział Andrzej nalewając whisky. — To przecież nie Palestyna.

Pułkownik uśmiechnął siei wziął szklaneczkę od Andrzej a.

— Ma pan rację. W Palestynie tego rodzaju incydenty nikogo nie dziwiły. Zresztą w Jemenie również…

— A u pana, jak rozumiem, wszczęto alarm? — zapytał Andrzej, siadając naprzeciwko ze swoją szklanką.

— Niech pan sobie wyobrazi — pułkownik wypił łyk ze szklanki pomyślał, uniósł brwi, potem ostrożnie postawił szklankę na stojącym w pobliżu stoliku obok telefonu i zaczął nabijać fajkę. Ręce miał stare, pokryte srebrnym puchem, ale nie drżały.

— No, i jak wypadła gotowość bojowa? — zainteresował się Andrzej, również upijając ze szklanki.

Pułkownik znowu się uśmiechnął i Andrzej poczuł ukłucie zawiści — bardzo by chciał umieć się tak uśmiechać.

— To tajemnica wojskowa — powiedział pułkownik. — Ale panu powiem. To był koszmar! Czegoś takiego nie widziałem nawet w Jemenie. Co tam w Jemenie! Czegoś takiego nie widziałem nawet podczas tresury czarnuchów w Ugandzie! Połowy żołnierzy w ogóle nie było w koszarach. Połowa drugiej połowy stawiła się bez broni. Ci którzy zjawili się z bronią, nie mieli amunicji, bo naczelnik magazynu razem z kluczem odrabiał swoją godzinę na Wielkiej Budowie…

— Mam nadzieję, że pan żartuje — powiedział Andrzej.

Pułkownik rozpalił fajkę i, rozwiewając dym dłonią, popatrzył! na Andrzeja bezbarwnymi, starczymi oczami. Dookoła oczu miał siateczkę zmarszczek. Wyglądało to tak, jakby się uśmiechał.

— Może trochę przesadziłem — stwierdził — ale niech pan osądzi sam, panie radco. Nasze wojsko zostało stworzone bez określonego celu, tylko dlatego, że pewna znana nam obu osoba nie wyobraża sobie organizacji państwowej bez armii. To oczywiste, że żadne wojsko nie może funkcjonować bez realnego przeciwnika. Choćby, nawet potencjalnego. Od dowódcy sztabu generalnego do ostatniego kucharza, w całym wojsku panuje przekonanie, że całe to przedsięwzięcie to po prostu zabawa w ołowiane żołnierzyki.

— A gdyby założyć, że potencjalny przeciwnik jednak istnieje?

Pułkownik znowu zasnuł się miodowym dymem.

— W takim razie nazwijcie go, panowie politycy!

Andrzej znowu upił ze szklanki, pomyślał chwilę i zapytał:

— Niech mi pan powie, pułkowniku, czy sztab generalny ma jakieś plany operacyjne na wypadek ataku z zewnątrz?

— Cóż… nie nazwałbym tego planami operacyjnymi. Niech pan sobie wyobrazi chociażby wasz rosyjski sztab generalny na Ziemi, Czy posiada plany operacyjne na wypadek ataku z Marsa?

— Bo ja wiem — powiedział Andrzej. — Nie wykluczam, że coś w tym rodzaju mogłoby istnieć…

— „Coś w tym rodzaju” istnieje również u nas — uśmiechnął się pułkownik. — Nie oczekujemy ataku ani z dołu, ani z góry. Nie wierzymy w poważne zagrożenie z południa… wykluczając oczywiście możliwość buntu pracujących na wsiach kryminalistów, ale na to jesteśmy przygotowani. Pozostaje pomoc. Wiemy, że w czasie Przewrotu i po nim na pomoc zbiegła spora liczba stronników poprzedniego reżymu. Dopuszczamy — teoretycznie — że mogą oni zorganizować się i podjąć próbę dywersji lub nawet restauracji… — zaciągnął się. — Ale jaką rolę mogłoby tu odgrywać wojsko? To oczywiste, że w razie tych zagrożeń w zupełności wystarczy specjalna policja pana Römera, a jeśli chodzi o taktykę — wystarczy najbardziej pospolita taktyka kordonu.

Andrzej odczekał chwilę i zapytał:

— Czy dobrze pana zrozumiałem, że sztab generalny nie jest gotowy na poważny atak z północy?

— Ma pan na myśli atak Marsjan? — zapytał w zadumie pułkownik. — Nie, nie jest. Rozumiem, co chce pan powiedzieć. Ale my nie przeprowadzaliśmy zwiadu. Nikt nigdy nie brał pod uwagę możliwości takiego ataku. Nie mamy po prostu żadnych danych. Nie wiemy nawet, co dzieje się na pięćdziesiątym kilometrze od Szklanego Domu. Nie mamy map przedmieść na północy… — zaśmiał się, wyszczerzając długie żółtawe zęby. — Archiwariusz miejski, pan Katzman, przekazał sztabowi generalnemu coś w rodzaju mapy tych rejonów… O ile wiem, sporządził ją sam. Ten wspaniały dokument leży w moim sejfie. Oglądając go nie można mieć wątpliwości, że pan Katzman pracował nad nim przy jedzeniu, niejednokrotnie upuszczając nań kanapki i wylewając kawę…

— Ale przecież, pułkowniku — powiedział Andrzej z wyrzutem — moja kancelaria dała panu zupełnie przyzwoite mapy!

— Bez wątpienia, panie radco, bez wątpienia. Ale są to przede wszystkim mapy zamieszkanej części miasta i południowych przedmieść. Zgodnie z regulaminem wojsko powinno znajdować siew pełnej gotowości bojowej na wypadek zamieszek, a zamieszki mogą mieć miejsce właśnie w wymienionych rejonach. Czyli pańska praca była absolutnie niezbędna — dzięki panu do zamieszek jesteśmy przygotowani. Co się jednak tyczy ataku… — pułkownik pokręcił głową.

— O ile pamiętam — powiedział znacząco Andrzej — moja kancelaria nie otrzymała od sztabu generalnego żadnych zamówień na sporządzenie map rejonów pomocnych.

Przez dłuższą chwilę pułkownik patrzył na niego. Jego fajka zgasła.

— Muszą powiedzieć — zaczął powoli — że z takimi zamówieniami zwracaliśmy się bezpośrednio do prezydenta. Odpowiedzi były, przyznaję, bardzo niejednoznaczne… — znowu zamilkł. — A wiec sądzi pan, panie radco, że dla powodzenia całej sprawy byłoby lepiej, gdybyśmy zwracali się do pana?

Andrzej skinął głową.

— Jadłem dzisiaj obiad u prezydenta — powiedział. — Długo o tym rozmawialiśmy. Problem sporządzenia map północnych rejonów został tak jakby rozwiązany. Jednakże konieczny jest udział wojskowych specjalistów. Doświadczony pracownik operacyjny… no, sam pan rozumie.