Выбрать главу

— Whisky, panie radco?

— Z przyjemnością, panie radco!

W samym środku zabawy w jadalni pojawił się nagle rumiany Parker.

— Pan prezydent prosi o wybaczenie — zameldował. — Nieoczekiwane zebranie. Prosił, żeby przekazać państwu Woronin oraz ich wszystkim gościom gorące pozdrowienia…

Parkera zmuszono do wypicia wódki — zajął się tym nieodparty Czaczua. Wzniesiono toast za prezydenta i za powodzenie wszystkich jego zamiarów. Zrobiło się trochę ciszej, podano kawę z lodami i likierami. Otto Friża płaczliwie narzekał na pecha w miłości. Dolfusicą opowiadała Czaczuy o miłym Königsbergu, na co Czaczua kiwał nosem i żarliwie mówił:

— A jakże, pamiętam… Generał Czerniachowski… Pięć dni i pięć nocy waliły armaty…

Parker zniknął, za oknami zrobiło się ciemno. Dolfus łapczywie pił kawę i roztaczał przed Andrzejem wizje projektów rekonstrukcji północnych dzielnic. Pułkownik opowiadał Izi:

— … Dali mu dziesięć dni za chuligaństwo i dziesięć lat ciężkich robót za rozgłaszanie państwowej i wojskowej tajemnicy.

Izia parskał, bulgotał i odpowiadał:

— Stare jak świat, Saint-James! U nas to opowiadali jeszcze o Chruszczowie!

— Znowu polityka! — zawołała obrażona Selma. Jednak wcisnęła się między Izie i pułkownika. Stary wojak po ojcowsku gładził japo kolanie.

Andrzejowi nagle zrobiło się smutno.

— Przepraszam — rzucił w przestrzeń, wstał i chwiejnie poszedł: do swojego gabinetu. Tam usiadł na parapecie, zapalił papierosa i zaczął patrzeć na sad.

W sadzie było ciemno, przez czarne liście krzaków bzu jaskrawo przeświecały okna sąsiedniego domku. Noc była ciepła, w trawie migotały świetliki. A jutro? — pomyślał Andrzej. Powiedzmy, że pójdę na tę ekspedycję, powiedzmy, że przeprowadzimy rozpoznanie… przywlokę kupę broni, poprzebieram, porozwieszam… i co dalej?

Z jadalni dobiegał gwar rozmów.

— A wie pan, pułkowniku — wrzeszczał Izia — że alianci obiecywali za głowę Czapajewa dwadzieścia tysięcy!

Andrzej od razu przypomniał sobie dalszy ciąg: „Alianci, wasza miłość, mogli obiecać nawet więcej. Przecież za nimi jest Guriew, a w Guriewie — nafta. Hę, hę, hę.

— Czapajew? — zapytał pułkownik. — A, to ten wasz kawalerzysta. Zdaje się, że go rozstrzelali?…

Selma nagle zaśpiewała wysokim głosem:

— A rankiem Kasię budziła matka… Wstawaj, wstawaj Kasiu, okręty już stoją…

W tym momencie przerwał jej aksamitny ryk Czaczuy:

— Przyniosłem ci kwiaty… Ach, jakie piękne kwiaty! Ale ty ich nie wzięłaś… Ach, dlaczego ich nie wzięłaś?

Andrzej zamknął oczy i nagle z gwałtownym smutkiem pomyślał o wujku Jurze. I Wana nie ma przy stole, i wujka Jury nie ma… No i po jaką cholerę mi ten Dolfus?…

Otoczyły go zjawy.

Na sofie siedział Donald w swoim obszarpanym, teksaskim kapeluszu. Założył nogę na nogę, sterczące kolano objął mocno splecionymi palcami; „Odchodząc nie smuć się, przychodząc nie ciesz”… Przy stole usiadł Kensi w starym policyjnym mundurze — oparł łokieć o blat, a na pięści oparł podbródek. Patrzył na Andrzeja bez potępienia, ale nie było również w tym spojrzeniu serdeczności. A wujek Jura klepał Wana po plecach i powtarzał: „To nic, Wania, nie martw się, zrobimy cię ministrem, Pobiedą będziesz się rozbijał”… Andrzej poczuł znajomy, wzruszający zapach machorki, potu i samogonu. Z trudem odetchnął, potarł zdrętwiałe policzki i znowu popatrzył na sad.

Wśród drzew stał Budynek.

Wyglądał zupełnie naturalnie, tak jakby stał tu od dawna, od zawsze, i miał zamiar stać tak do skończenia świata — czerwony, ceglany, trzypiętrowy. Tak jak wtedy, okna na parterze zasłaniały okiennice, a dach pokrywała ocynkowana blacha. Do drzwi prowadziły cztery kamienne schodki, a obok jedynego komina sterczała dziwna, podobna do krzyża antena. Ale teraz wszystkie okna były ciemne, na parterze gdzieniegdzie brakowało okiennic, szyby były brudne, pochlapane i porysowane. Na niektóre z nich naklejono paski papieru, część zastąpiono kawałkami wykrzywionej dykty. Nie było już uroczystej i posępnej muzyki — od Budynku ciągnęła się niewidoczna mgła ciężkiej, gęstej ciszy.

Andrzej bez zastanowienia przełożył nogi przez parapet i zeskoczył do sadu, w miękką, gęstą trawę. Poszedł w stronę Budynku, strasząc świetliki, coraz głębiej zatapiając się w martwą ciszę, nie spuszczając oczu ze znajomej miedzianej klamki na dębowych drzwiach. Teraz klamka była matowa i pokryta zielonymi plamami.

Wszedł na schodki i obejrzał się. W jaskrawo oświetlonych oknach jadalni wesoło skakały, łamiąc się dziwacznie, ludzkie cienie, dobiegały słabe dźwięki muzyki i, nie wiedzieć czemu, brzęk sztućców. Machnął na to ręką, odwrócił się i nacisnął mokrą, rzeźbioną miedź. W przedpokoju panował teraz półmrok, wilgoć i stęchlizna. Rozłożysty wieszak sterczał w kącie nagi, jak martwe, uschnięte drzewo. Na marmurowych schodach nie było dywanu, nie było też metalowych prętów — zostały tylko pokryte śniedzią pierścionki, stare, pożółkłe niedopałki i jakieś śmieci na stopniach. Stawiając ciężko kroki i nie słysząc nic prócz nich i własnego oddechu, Andrzej powoli wszedł na półpiętro.

Z dawno wygasłego kominka dolatywał zapach starej spalenizny i amoniaku, coś tam szeleściło, szurało i tupało. W wielkiej sali również było zimno, ciągnęło po nogach. Z niewidocznego sufitu zwisały czarne, zakurzone szmaty, na marmurowych ścianach ciemniały niechlujne, podejrzane plamy i lśniły zacieki wilgoci. Złoto i purpura poodpadały, a dumne popiersia — gipsowe, marmurowe, brązowe i złote — ślepo, ze smutkiem spoglądały z nisz poprzez zakurzoną pajęczynę. Parkiet pod nogami skrzypiał i poddawał się przy każdym kroku, na zaśmieconej podłodze leżały kwadraty księżycowego światła, a z przodu biegła w głąb jakaś galeria, na której Andrzej nigdy wcześniej nie był. Nagle spod jego nóg wyskoczyło stado szczurów, z piskiem i tupotem przebiegło po galerii i zniknęło w ciemnościach.

Gdzie są wszyscy? — myślał bezładnie Andrzej, snując się po galerii. Co się z nimi stało? — zastanawiał się, schodząc w zatęchłe głębie budynku po łomoczących metalowych schodach. Jak to się stało? — dumał, chodząc od pokoju do pokoju. Pod jego nogami chrzęścił tynk i potłuczone szkło, mlaskało porośnięte puszystymi kępkami pleśni błoto… Słodkawo pachniało rozkładem, gdzieś tykała, spadając kropla po kropli, woda, a na obdartych ścianach czerniały ogromne, oprawione w potężne ramy obrazy, na których nie można było nic zobaczyć…

Teraz już zawsze tak tu będzie, pomyślał Andrzej. Zrobiłem coś takiego, wszyscy zrobiliśmy coś takiego, że teraz już zawsze tak tu będzie. Budynek nie ruszy się już stąd, zostanie tu na zawsze, będzie gnić i niszczeć, jak każdy zwyczajny, stary dom, i w końcu rozbiją go żeliwnymi babami, śmieci spalą, a opalone cegły wywiozą na wysypisko… Ani jednego głosu! I w ogóle ani jednego dźwięku, tylko zrozpaczone szczury piszczą po kątach…

Zobaczył ogromną szwedzką szafę z rozsuwanymi drzwiami i nagle przypomniał sobie, że taka sama szafa stoi w jego małym pokoiku — sześć metrów kwadratowych, jedyne okno wychodzi na podwórko-studnię, obok kuchnia. Na szafie pełno starych gazet, zwiniętych w rulony plakatów, które przed wojną zbierał ojciec, i jeszcze jakieś papiery, śmieci… Gdy ogromnemu szczurowi pułapka przytrzasnęła pyszczek, udało mu się jakoś wejść na tę szafę, długo tam szeleścił i kręcił się, i każdej nocy Andrzej bał się, że spadnie mu na głowę. Kiedyś wziął lornetkę i z daleka, z parapetu popatrzył, co się tam dzieje w tych papierach. I zobaczył — albo może wydawało mu się, że zobaczył? — sterczące uszy, szary łepek i straszny, błyszczący, jakby polakierowany pęcherz zamiast mordki. Wyglądało to tak okropnie, że wybiegł ze swojego pokoju i przez jakiś czas siedział w korytarzu na skrzyni, czując, że go mdli. Był sam w mieszkaniu, nie miał się kogo wstydzić, ale i tak było mu wstyd za swój strach. W końcu wstał, poszedł do dużego pokoju i nastawił na patefonie: „Riorita”. A po kilku dniach w jego pokoiku pojawił się mdlący słodkawy zapach, taki jak tutaj…