W głębokim jak studnia pomieszczeniu z łukowym sklepieniem dziwnie i nieoczekiwanie świeciły rzędy ołowianych piszczałek ogromnych organów, martwych od dawna, ostygłych, niemych, jak zapuszczony cmentarz muzyki. Obok krzesła organisty leżał skulony człowieczek owinięty podartym dywanem, przy jego głowie lśniła pusta butelka po wódce. Andrzej zrozumiał, że to naprawdę koniec, i pospiesznie poszedł do wyjścia.
Schodząc ze schodków do swojego sadu, zobaczył Izie. Izia był pijany, wyjątkowo rozczochrany i nieporządny. Stał, chwiejąc się, jedną ręką trzymał się jabłoni i patrzył na Budynek. Jego zęby, odsłonięte w zastygłym uśmiechu, błyszczały w mroku.
— Po wszystkim — powiedział Andrzej. — Koniec.
— Majaczenie wzburzonego sumienia! — powiedział niewyraźnie Izia.
— Tylko szczury biegają. Zgnilizna.
— Majaczenie wzburzonego sumienia… — powtórzył Izia i zachichotał.
CZĘŚĆ 5. PRZERWANIE CIĄGŁOŚCI
ROZDZIAŁ 1
Pokonując odruch wymiotny, Andrzej przełknął ostatnią łyżkę brei, ze wstrętem odrzucił manierkę i sięgnął po kubek. Herbata była jeszcze gorąca. Andrzej wziął kubek w dłonie i zaczął pić małymi łykami, wpatrując się w syczący ognik benzynowej lampy. Herbata była okropnie mocna, za długo stała, jechało od niej miotłą. Miała nieprzyjemny posmak — może od tej wstrętnej wody, której nabrali na osiemset dwudziestym kilometrze, albo może Kechada znowu dosypał całemu kierownictwu tego świństwa od biegunki. A może po prostu kubek został źle umyty — był dzisiaj jakiś taki tłusty i lepki.
Za oknem na dole żołnierze brzęczeli kociołkami. Dowcipniś Tewosian palnął coś o Wywłoce, żołnierze zarechotali. W tym momencie rozległ się ryk sierżanta Vogla: „Na służbę idziecie, czy babie do wyra, płazy jedne! Dlaczego boso? Gdzie wasze buty, troglodyto?” Ponury głos zaczaj tłumaczyć, że nogi ma obtarte do mięsa, a miejscami nawet do kości. „Zamknijcie gębę, byku niechrzczony! Natychmiast założyć buty i na służbę! Szybciej!”…
Andrzej z przyjemnością poruszał pod stołem palcami bosych stóp. Na chłodnym parkiecie nogi już trochę odpoczęły. Przydałaby się miska z zimną wodą. Włożyłoby się do niej nogi… Zajrzał do kubka. Była jeszcze połowa herbaty i Andrzej, przeklinając w myśli to wszystko, nieoczekiwanie dla samego siebie wypił tę resztę trzema ogromnymi łapczywymi łykami. W żołądku od razu zaburczało. Przez jakiś czas Andrzej z niepokojem przysłuchiwał się temu, co się tam dzieje, potem odstawił kubek, wytarł pot grzbietem dłoni i popatrzył na metalową skrzynię z dokumentami. Trzeba wyjąć wczorajsze raporty. Nie miał ochoty. Zdążę. Położyłbym się teraz, wyciągnął na całą długość, przykrył kurtką i zamknął oczy gdzieś tak na sześćset minut…
Za oknem nagle zawarczał wściekle silnik traktora. Zabrzęczały w oknach resztki szyb, na podłogę obok lampy upadł kawałek tynku. Pusty kubek drżąc przesuwał się w kierunku krawędzi stołu. Andrzej skrzywił się, wstał, poczłapał bosymi stopami do okna i wyjrzał.
Poczuł na twarzy żar nie ostygłej ulicy, gryzący dym z rury wydechowej i mdlący smród rozgrzanego oleju. W zakurzonym świetle przenośnego reflektora brodaci ludzie, siedząc na jezdni, leniwie grzebali łyżkami w manierkach i kociołkach. Wszyscy byli bosi i prawie wszyscy rozebrani do pasa. Spocone białe ciała lśniły, twarze wydawały się czarne. Dłonie również były czarne, jakby wszyscy mieli rękawiczki. Andrzej zdał sobie sprawę, że nikogo nie poznaje. Stado nieznajomych nagich małp… W kręgu światła pojawił się sierżant Vogel z ogromnym aluminiowym czajnikiem w ręku. Małpy zaczęły się ruszać, wiercić i wyciągnęły w stronę czajnika swoje kubki. Odsuwając kubki wolną ręką, sierżant zaczął coś krzyczeć. Zagłuszał go łoskot silnika.
Andrzej wrócił do stołu, szarpnięciem podniósł wieko skrzyni, wyciągnął dziennik i wczorajsze raporty. Na stół upadł jeszcze jeden kawałek tynku. Andrzej spojrzał w górę. Pokój był bardzo wysoki — mógł mieć cztery, może nawet pięć metrów. Modelowany sufit miejscami poodpadał, widać było dranicę. Przywoływało to słodkie wspomnienia domowych pierogów z powidłami, które podawano do ogromnych ilości cudownie zaparzonej, klarownej, podawanej w przezroczystych szklankach z cieniutkiego szkła herbaty. Z cytryną. A można było po prostu wziąć pustą szklankę i nalać sobie w kuchni zimnej wody… ile się tylko chciało…
Andrzej pokręcił głową, znowu wstał, przeciął na ukos pokój i podszedł do sporej biblioteczki. Szyb w drzwiach nie było, książek też nie — zostały tylko puste, pokryte kurzem półki. Andrzej wiedział o tym, ale mimo to obejrzał je jeszcze raz i nawet pomacał ręką w ciemnych kątach.
Trzeba przyznać, że pokój zachował się w całkiem niezłym stanie. Zostały dwa zupełnie porządne fotele i jeszcze jeden z wypchniętym siedzeniem — niegdyś komfortowy, obity tłoczoną skorą. Pod ścianą naprzeciwko okna stało kilka krzeseł, na środku pokoju niziutki stolik, a na nim kryształowa waza z jakimś czarnym, zaschniętym draństwem w środku. Tapety się poodklejały, miejscami poodpadały zupełnie, parkiet rozsechł się i wybrzuszył, ale i tak pokój był w całkiem niezłym stanie — niedawno, może z dziesięć lat temu, ktoś tutaj mieszkał.
Po raz pierwszy po pięćsetnym kilometrze Andrzej zobaczył tak dobrze wyglądający dom. Po wielu kilometrach spalonych do cna, zmienionych w czarną, zwęgloną pustynię dzielnic, po wielu kilometrach porośniętych burymi cierniami ruin, wśród których wznosiły się drżące ze starości, puste, wielopiętrowe pudełka z dawno zawalonymi stropami, po wielu dziesiątkach kilometrów pustki, wysadzonej przegniłymi zrębami bez dachów, gdzie widok na uskok rozciągał się z drogi od Żółtej Ściany na wschodzie aż do brzegu urwiska na zachodzie — tutaj znowu zaczynały się prawie nie zniszczone dzielnice, wybrukowana droga, może nawet byli gdzieś ludzie, w każdym razie pułkownik wydał rozkaz podwojenia wart.
Ciekawe, jak tam pułkownik. Staruszek jakoś przygasł w ciągu ostatnich dni. Zresztą wszyscy przygaśli. Bardzo dobrze, że właśnie dzisiaj, po raz pierwszy od dwunastu dni, będą nocować pod dachem, a nie pod gołym niebem. Żeby tak znaleźć wodę, można by zrobić dłuższy postój. Tylko że wody chyba tu jednak nie ma. W każdym razie Izia mówi, że nie ma co na to liczyć. W całej tej bandzie tylko z Izi i pułkownika jest jakiś pożytek…
Do drzwi ktoś zapukał, ledwie słyszalnie przez łoskot silnika. Andrzej pospiesznie wrócił na miejsce, narzucił kurtkę, otworzył dziennik i krzyknął:
— Tak!
To był tylko Dagan — suchy, stary, podobny pod tym względem do swojego pułkownika, gładko ogolony, czysty, zapięty na wszystkie guziki.
— Pozwoli pan, że posprzątam, sir? — krzyknął.
Andrzej skinął głową. Boże, pomyślał, ile wysiłku trzeba włożyć, żeby w tym bajzlu tak wyglądać… A przecież Dagan nie jest ani oficerem, ani nawet sierżantem, zwykły ordynans. Lokaj.
— Jak tam pułkownik? — zapytał.
— Słucham, sir? — Dagan zamarł z brudnymi naczyniami w ręku, zwracając ku Andrzejowi długą, pooraną twarz.