Znowu się przekręcił, zwijając pod sobą prześcieradło, i z wysiłkiem wyobraził sobie Selmę. W tym jej lilowym peniuarze — jak schyla się przed łóżkiem i stawia na stoliku tacę z kawą… Dokładnie wyobraził sobie, jak by to było z Selmą, a potem nagle, już bez żadnego wysiłku, znalazł się w pracy, w swoim gabinecie, gdzie w wielkim fotelu siedziała Amalia ze spódnicą podciągniętą do samej brody… Zrozumiał, że posunął się za daleko.
Odrzucił prześcieradło, specjalnie usiadł tak, żeby brzeg łóżka wbijał mu się w tyłek, i przez jakiś czas tak siedział, wpatrując się w słabo oświetlony prostokąt okna. Potem spojrzał na zegarek. Było już po dwunastej. Wstanę, pomyślał. Zejdę na parter… gdzie ona tam śpi, w kuchni? Zawsze przedtem ta myśl wywoływała w nim wstręt. Teraz nie. Wyobraził sobie gołe, brudne nogi Wywłoki, ale nie zatrzymał się na nich, poszedł dalej… Nagle poczuł ciekawość, jak ona wygląda nago. W końcu kobieta to kobieta…
— Boże! — powiedział głośno.
Jednocześnie skrzypnęły drzwi i na progu stanął Niemowa. Czarny cień w ciemnościach. Tylko białka oczu widać.
— No i po co przyszedłeś? — zapytał Andrzej z udręką. — Idź spać.
Niemowa zniknął. Andrzej nerwowo ziewnął i bokiem padł na połówkę.
Obudził się przerażony, cały mokry.
— …Stój, kto idzie?! — krzyknął pod oknem wartownik. Głos miał przenikliwy, rozpaczliwy, brzmiało to tak, jakby wołał pomocy.
W tym samym momencie Andrzej usłyszał ciężkie, chrzęszczące uderzenia, tak jakby jakiś wielkolud miarowo walił młotem w kruszący się kamień.
— Będę strzelać! — zapiszczał przenikliwe wartownik nieludzkim głosem i rozległy się strzały.
Andrzej nie pamiętał, jak znalazł się przy oknie. W ciemności, po prawej stronie, konwulsyjnie drgały płomienie wystrzałów. W ognistych odblaskach czerniało coś masywnego, nieruchomego, o niewyraźnych kształtach. Wylatywały z tego snopy zielonkawych iskier. Andrzej nie zdążył nic zrozumieć. Wartownikowi skończył się magazynek, przez chwilę było cicho, potem wartownik w ciemnościach znowu zaczął dziko kwiczeć, zupełnie jak koń. Zatupał butami i nagle znalazł się w kręgu światła tuż pod oknem — wleciał, zakręcił się w miejscu, wymachując automatem, a potem, nie przestając kwiczeć, rzucił się w stronę traktora, wcisnął się w czarny cień pod gąsienicę. Przez cały czas próbował wyszarpnąć zza pasa zapasowy magazynek i nie mógł… I wtedy znowu dały się słyszeć chrzęszczące uderzenia młota o kamień: bumm — bumm — bumm…
Gdy Andrzej, w samej kurtce, bez spodni, w butach z majtającymi się sznurowadłami i z pistoletem w ręku, wyskoczył na ulicę, był tam już tłum ludzi. Sierżant Vogel wydzierał się:
— Tewosian, Chnojpek! Wprawo! Przygotować się do strzału! Anastasis! Na traktor, za kabinę! Obserwować, przygotować się do strzału! Szybciej! Co się wleczecie jak zdechłe świnie! Wasilienko! W lewo! Padnij… W lewo, ofermo! Padnij, obserwuj!… Palotti! Gdzie, makaroniarzu!
Chwycił biegnącego na oślep Włocha za kark, ze straszną siłą kopnął go w tyłek i popchnął w stronę traktora.
— Za kabinę, bydlaku! Anastasis, światło na ulicę! Andrzeja szturchali w plecy, w ramiona. Zaciskając zęby starał się utrzymać na nogach. Zupełnie o niczym nie myśląc, walczył z przemożnym pragnieniem wykrzyczenia czegoś bezsensownego. Przywarł do ściany i, wysuwając przed siebie pistolet, rozglądał się lękliwie. Dlaczego oni biegną w tamtą stronę? A jeśli tamci napadną z tyłu? Albo z dachu? Albo z domu naprzeciwko?…
— Kierowcy! — wrzeszczał Vogel. — Kierowcy, do traktorów!… Który tam strzela, debile?! Przerwać ogień!…
Andrzej powoli odzyskiwał przytomność umysłu. Okazało się, że sytuacja wyglądała lepiej, niż mu się wydawało. Żołnierze leżeli tam, gdzie im kazano, zamieszanie zostało opanowane i w końcu ktoś na traktorze odwrócił reflektor i oświetlił ulicę.
— Tam jest! — krzyknął zduszony głos.
Krótka seria z automatów i znowu cisza. Andrzej zdążył tylko zauważyć coś ogromnego, niemal wyższego od domów, potwornego, ze sterczącymi we wszystkie strony mackami i kikutami. Rzuciło na ulicę olbrzymi cień i dwie przecznice dalej skręciło za róg. Zniknęło. Ciężkie uderzenia młota po chrzęszczącym kamieniu stawały się coraz cichsze, aż w końcu umilkły zupełnie.
— Co się tu działo, sierżancie? — rozległ się spokojny głos pułkownika nad głową Andrzeja.
Pułkownik, zapięty na wszystkie guziki, stał przy oknie, lekko nachylając się do przodu i opierając rękami o parapet.
— Wartownik ogłosił alarm, panie pułkowniku — powiedział sierżant Vogel. — Szeregowy Terman.
— Szeregowy Terman, do mnie! — zawołał pułkownik.
Żołnierze zaczęli się oglądać.
— Szeregowy Terman! — ryknął sierżant. — Do pułkownika!
W słabym świetle reflektora było widać, jak szeregowy Terman gorączkowo wygrzebuje się spod gąsienicy. Znowu mu się tam coś zaczepiło. Szarpnął się z całych sił, wstał i krzyknął cienkim głosem:
— Szeregowy Terman melduje się na rozkaz!
— Co za straszydło! — powiedział pogardliwie pułkownik. — Pozapinajcie się.
W tym momencie włączyło się słońce. To było tak niespodziewane, że z dziesiątków gardeł wyrwały się i przeleciały nad obozem stłumione okrzyki. Wiele osób zasłoniło twarz rękami. Andrzej zmrużył oczy.
— Dlaczego ogłosiliście alarm, szeregowy Terman? — zapytał pułkownik.
— Obcy, panie pułkowniku! — z rozpaczą w głosie wypalił Terman. — Nie chciał się odezwać. Szedł prosto na mnie. Aż ziemia drżała!… Zgodnie z regulaminem dwa razy zawołałem, potem otworzyłem ogień…
— No cóż — powiedział pułkownik. — Bardzo dobrze.
W ostrym świetle wszystko stało się inne niż pięć minut temu. Obóz wyglądał teraz jak obóz — obmierzłe włóki, brudne metalowe beczki z paliwem, pokryte kurzem traktory… Na tym zwykłym, obrzydłym tle stali, leżeli i kucali porozbierani, uzbrojeni ludzie. Ze swoimi cekaemami i automatami, rozczochrani, z pomiętymi twarzami i zwichrzonymi brodami, wyglądali śmiesznie i głupio. Andrzej przypomniał sobie, że sam też jest bez spodni, że ma nie zasznurowane buty — i poczuł się niezręcznie. Ostrożnie cofnął się do drzwi, ale tam stali kierowcy, kartografowie i geolodzy.
— Melduję posłusznie, panie pułkowniku — mówił tymczasem Terman, który nabrał śmiałości. — To nie był człowiek, panie pułkowniku.
— A więc co to było?
Terman zastanowił się.
— Najbardziej był podobny do słonia, panie pułkowniku — oświadczył autorytatywnie Vogel. — Albo do jakiegoś przedpotopowego potwora.
— Najbardziej do stegozaura — odezwał się
Tewosian. Pułkownik zatrzymał na nim wzrok i przez jakiś czas mu się przyglądał.
— Sierżancie — powiedział w końcu. — Dlaczego pańscy ludzie odzywają się bez pozwolenia?
Ktoś złośliwie zachichotał.
— Już ja mu dam! — powiedział strasznym szeptem sierżant. — Pozwoli pan, że go ukarzę, panie pułkowniku?
— Sądzę… — zaczął pułkownik, ale mu przerwano.
— Wwwa wa wa ww… — cichutko, a potem coraz głośniej zajęczał ktoś i Andrzej potoczył wzrokiem po obozie, zastanawiając się, kto i dlaczego wyje.
Wszyscy się przestraszyli, zaczęli się kręcić i rozglądać. W końcu Andrzej zobaczył, co się stało: stojący za kabiną traktora Anastasis, cały biały, ba, prawie zielony, wyciąga przed siebie rękę, nie mogąc wydusić ani jednego sensownego słowa. Andrzej napiął się i gotowy na wszystko, popatrzył w stronę, którą Anastasis wskazywał ręką, ale nic nie zobaczył. Ulica była pusta, gdzieś w oddali drżało gorące powietrze Potem sierżant nagle odkaszlnął, nasunął czapkę na czoło i jakoś tak cicho, z rozpaczą zaklął. Andrzej w dalszym ciągu nic nie rozumiał. Dopiero gdy jakiś nieznajomy człowiek nad jego uchem wychrypiał „Boże wszechmogący!”… Andrzej pojął co się stało. Poczuł dreszcz na karku i słabość w nogach.
Posągu na rogu nie było. Ogromny metalowy człowiek z żabią Uwarzą i patetycznie rozpostartymi rękami zniknął Na skrzyżowaniu został tylko zaschnięty kał, który wczoraj nawalili dookoła posągu żołnierze.