Vinnie, gdy ciotka najbardziej dawała się personelowi szpitala we znaki, mądrze trzymała się z daleka.
Zastraszona dziewczyna natomiast powoli poznawała się z innymi. Niepewnie i nieporadnie uśmiechała się do przyjaźnie nastawionej Ingrid, która starała się wciągnąć ją do szpitalnej społeczności. Co prawda stosunki panujące na oddziale trudno by nazwać serdecznymi; wszyscy odnosili się do siebie z dystansem. Rodzina Sommerów izolowała się od pozostałych, ale w końcu żona Herberta nie mogła już dłużej znosić jego kwaśnej miny i starając się nie spoufalać, zaczęła szukać towarzystwa dwóch pozostałych kobiet, Vinnie i Ingrid. Kierowca Kalle także trzymał z nimi, choć jego dawna wesołość zanikała w miarę jak narastał strach.
Kto na świecie się nami przejmuje? myślała Vinnie siedząc przy oknie i wyglądając na ulicę. Wszyscy tylko się cieszą, że się nas pozbyli.
I chyba było to słuszne rozumowanie. Ludzie czuli się bezpieczni, dopóki zagrożenie było odizolowane w szpitalnym pawilonie.
Nie zastanawiali się ani chwili, że ci przebywający w zamknięciu doświadczają nieopisanego strachu. O siedmiorgu odbywających kwarantannę nie myśleli nawet jak o ludziach.
Gdyby nie kobieta, której w żaden sposób nie dawało się odnaleźć, może naprawdę odetchnęliby z ulgą.
W Oslo dyrektor Brandt zapytał żonę:
– Jak myślisz, czy powinniśmy zrezygnować z tej zagrody na Hvaler?
– Siostry Johansen nie odpowiadają na telefony – stwierdziła żona. – To znaczy, że nie są szczególnie zainteresowane sprzedażą, a my nie wiemy nawet, na której z wysp leży zagroda. Będziemy musieli wybrać spośród innych propozycji. Gdzie masz listę letnich domów?
Rikard miał wrażenie, że przez cały czas drepcze w miejscu. Wszystkie możliwości odnalezienia szarej damy wydawały się już sprawdzone.
Gnany desperacją znów poszedł do szpita1a, by porozmawiać z Vinnie Dahlen. Ona jako jedyna widziała tę kobietę z bliska. Panna Dahlen była jednak tak małomówna, że niemal siłą musiał wyciągać z niej odpowiedzi, zwłaszcza że nic nowego nic miała do dodania.
Musiał poddać się tradycyjnym zabiegom dezynfekcyjnym, założyć specjalnie ubranie, by móc wejść na oddział izolacyjny, i wolno mu było rozmawiać z Vinnie tylko z drugiego końca pokoju. Nie sprzyjało to przełamywaniu lodów.
Zanim jednak dotarł do niej, obskoczyli go inni. Był człowiekiem z zewnątrz, a przebywający w szpitalu mieli już serdecznie dość widoku dobrze znanych twarzy. No i policjant mógł przynieść nowiny.
Tym razem nic nowego nie miał do przekazania, ale nie umiał opędzić się od ich pytań.
Ingrid i Kalle, onieśmieleni, pytania mieli tylko w oczach. Rikard widział, jak miotają się między nadzieją a strachem przed druzgocącą prawdą. Wszyscy pragnęli opuścić szpital, to rzecz oczywista, musieli jednak zostać tu jeszcze przez jakiś czas. Strach nie opuszczał ich ani na moment, symptomy choroby mogły pojawić się w każdej chwili. To musi być dla nich straszne, pomyślał Rikard.
Herbert Sommer nie był powściągliwy
– Jeśli nie wyjdę stąd jutro, to mój kontrakt artysty z agentem zostanie zerwany i stracę masę pieniędzy. Pociągnę pana do odpowiedzialności za każdy grosz, który mi przepadnie z powodu tych fanaberii. Przecież ja nie mam z tym nic wspólnego. Ja siedziałem z przodu, nie dotknąłem nawet tego człowieka, wszystko, co się tutaj dzieje, jest całkiem niepotrzebne. To bezczelność!
– Dopóki stanowi pan choćby najmniejsze zagrożenie dla innych, musi pan zostać tutaj i dobrze pan o tym wie, panie Sommer!
– Ale przecież już tak nie jest! Zostałem dokładnie wyszorowany, opłukany, wypudrowany, zdezynfekowany, Bóg jeszcze wie co! Jestem czyściejszy od aniołów w niebie!
– A gdyby pojawiły się u pana symptomy ospy?
– Powiedziałem przecież, że go nie dotykałem!
– Owszem, ale zarazki mogły znajdować się w samochodzie, Matteus mógł na pana kaszlnąć…
– Nie sposób się z panem dogadać – prychnął Herbert i poszedł sobie.
Gun Sommer obejmowała córkę ramieniem, jedynie im dwóm pozwolono na bliższe kontakty.
– Córeczka jest taka rozdrażniona, panie konstablu. Czy nie może wyjść na trochę na dwór?. Powiedziano nam, że ona jest najbardziej odporna z nas wszystkich.
– Bo tak z pewnością jest. Ale na razie jeszcze nie wolno jej wychodzić.
– A jeśli objawy ospy wystąpią nagle u kogoś z nas? Wówczas będziemy musieli zostać tu jeszcze dłużej?
– Dlatego lekarze i ja prosiliśmy, byście trzymali się od siebie jak najdalej. W okresie wylęgania choroby nie zarażacie. Ale im bliżej końca tego okresu, tym staranniej zostaniecie odizolowani. Mała Wenche także. Zamieszkacie w osobnych pokojach i nie będziecie mogły się kontaktować, jedynie rozmawiać przez ścianę.
– Ależ ona nie poradzi sobie sama.
– Wenche? – Rikard przeniósł wzrok na dziewczynkę. – Myślę, że świetnie da sobie radę. A i pielęgniarki są tu przez cały czas.
– Oczywiście, że sobie poradzę – odpowiedziała matce nieco zniecierpliwiona Wenche. Zaufanie, jakim obdarzył ją Rikard, napawało ją dumą. – Nie muszę przez cały czas trzymać się twojej spódnicy.
Matka wyglądała na zasmuconą, ale nie mówiła już nic więcej.
Nareszcie Rikard mógł pójść do Vinnie. Usiedli we dwójkę w ciasnym pokoiku. Dwuosobowe pokoje przedzielono, by zapewnić jak najpełniejszą izolację. Vinnie nie chciała mieszkać w pokoju z ciotką, Rikard świetnie to rozumiał, a poza tym Kamma pełnym głosem żądała osobnego pokoju, zresztą ku uldze wszystkich.
Vinnie siedziała bez ruchu, Rikard pochylił się ku niej, opierając łokcie na kolanach, i bezradnie składał i rozkładał ręce. Z tą kobietą wyjątkowo trudno się rozmawiało, wydawało się, że zgubiła gdzieś swoją osobowość.
– No tak, panno Dahlen. A może wolno mi będzie mówić Vinnie? Dziękuję. Czas upływa, a ja nadal nie natrafiłem na żaden ślad. Stara kobieta ma niewielką odporność na ospę. Miejmy jednak nadzieję, że była kiedyś szczepiona, choroba będzie przebiegała łagodniej. Ale ona rozsiewa zarazki. Jeśli wystąpi wysypka, bez względu na to, czy łagodna, czy nie, epidemia może przybrać nieprzewidziane rozmiary. Musimy ją odnaleźć! Omówmy jeszcze raz przebieg wydarzeń na przystani.
Roztrząsali każde słowo, każdy ruch, każdy najdrobniejszy szczegół – bez rezultatu. Wszystko wiadome było już wcześniej. Vinnie nie mogła przypomnieć sobie niczego nowego.
Zapadła cisza. Rikard patrzył na skuloną, zrezygnowaną dziewczynę. Powinien odejść, ale ona sprawiała wrażenie tak przeraźliwie samotnej.
– Jak się miewasz? – spytał życzliwie. – Czy trudno jest żyć w zamknięciu?
Drgnęła, wyraźnie zmieszana tak osobistym pytaniem.
– Nie, właściwie nie – odparła jąkając się. – Ingrid Karlsen jest taka miła, pani Sommer także. I Kalle ze mną rozmawia.
Ostatnie słowa wypowiedziała z takim zdumieniem, że Rikard od razu pojął, jak niewielu musiała znać mężczyzn.
– Wiesz, Vinnie, przypominasz mi kogoś z mojej rodziny, Marit z Grodziska, tak się nazywała, zanim poślubiła mego krewniaka Christoffera Voldena. Przez pierwsze trzydzieści lat żyła pod wpływem despotycznego ojca. Kiedy wreszcie się od niego uwolniła, niemal przeszła przez piekło, dostosowując się do życia w normalnym świecie.