Może uraził Vinnie tym porównaniem, ale chyba tak nie było. Podniosła głowę i popatrzyła na niego ze zdumieniem, jakby przebudziła się ze snu.
Rikard uśmiechnął się leciutko.
– Marit jest wspaniałym człowiekiem. Wszyscy bardzo ją kochamy. Pod skorupą nieśmiałości kryło się gorące serce i piękna dusza.
Vinnie sprawiała wrażenie, jakby chciała wykrzyknąć: „Ależ ja też je mam!”, milczała jednak wyczekująco. On więc musiał to powiedzieć:
– I ty także je masz, Vinnie, jestem o tym przekonany. Spróbuj wyzwolić w sobie te cechy! Gwiżdż na to, co inni o tobie myślą, zainteresuj się raczej, jak się czują! To najlepszy sposób nawiązania kontaktu z ludźmi i zdobycia ich sympatii. Wszyscy są samotni, zrozum to, i wszyscy potrzebują świadomości, że ktoś inny się o nich troszczy.
Nareszcie dziewczyna odważyła się powiedzieć coś o sobie.
– To nauczka dla kogoś, kto zawsze się bał, że inni nie będą go lubić. Ale to takie… trudne.
– Wiem. Kiedy przez całe życie ktoś słyszy jedynie uwagi o tym, jaki jest bezwartościowy, również może stać się osobą zapatrzoną w siebie, choć inaczej. Wiesz, Vinnie, chyba dobrze by ci zrobiła wizyta w Lipowej Alei. Tak, to mój rodzinny dom. Jest tam wielu wspaniałych ludzi.
– Jestem tego pewna – szepnęła i zakryła twarz wstydząc się swej bezpośredniości.
Rikard impulsywnie wyciągnął do niej rękę, ale zaraz ją cofnął.
– Przepraszam, nie wolno mi się do was zbliżać! Ale powinnaś poznać starego Henninga i jego córkę Benedikte. To moja babka. I wszystkich innych, ród akurat teraz liczy sobie wielu członków. Ale najważniejszy z nich jest malutki synek Christy, Nataniel. Zdarzyło się coś bardzo dziwnego… Nie, o tym nie będziemy mówić.
– Nataniel? Naprawdę tak ma na imię?
– Tak, Christa nalegała, by ochrzcić go Nataniel, nie Nataniel, które to imię i tak samo w sobie jest niezwykłe. Powinnaś zobaczyć tego malca. Ma teraz cztery lata.
Rikard zorientował się, że nieszczęśliwa Lavinia Dahlen potrzebowała takiej rozmowy z kimś, kto opowie coś tylko dla niej. Dlatego zaczął mówić o sprawie, która leżała mu na sercu, o małym Natanielu.
Vinnie spoglądała na Rikarda z osobliwym uśmiechem na ustach. Jej oczy jaśniały blaskiem spokojnego szczęścia, radowała się, że ktoś poświęcił jej uwagę. Strachu, że nikt nie będzie jej lubił, jeszcze się nie pozbyła, ale nie krępował jej już wstyd, że istnieje i że wygląda jak wygląda.
– Czy wiesz, że masz śliczne oczy? – spytał Rikard nieoczekiwanie. Nieoczekiwanie także dla siebie.
Vinnie odwróciła głowę.
– Nie drwij ze mnie – powiedziała cicho.
– Wcale nie mam takiego zamiaru. Chcesz posłuchać o Natanielu?
Kiwnęła głową, nadal nie odwracając twarzy. Rikard dostrzegł, że na rzęsach zabłysły łzy.
– To… to bardzo niezwykły chłopiec – zaczął niezgrabnie. – Z początku mógłby cię wystraszyć. Ale nie jest niebezpieczny, wcale nie, przeciwnie.
– Dlaczego miałabym się przerazić czterolatkiem?
– Nie jest brzydki, jeśli o tym myślisz, wcale nie wygląda strasznie. Ale ma bardzo, bardzo dziwne oczy. A jeszcze dziwniejszy jest sposób, w jaki patrzy. Jakby przeszywał człowieka na wylot.
– To rzeczywiście brzmi dość groźnie.
– Tak, ale zaczekaj, słuchaj dalej! Pierwszy raz, kiedy nas zaskoczył, nie umiał jeszcze dobrze chodzić. Właściwie nie mieszka w Lipowej Alei, lecz z rodzicami na drugim końcu Oslo, często jednak przyjeżdżają z wizytą. Nataniel ma siedmiu starszych braci…
– Mój ty świecie!
Rikard uśmiechnął się rozmarzony.
– Ale to nie są dzieci Christy. Wśród tej ósemki właściwie tylko Nataniel jest ze mną spokrewniony. Wtedy, gdy przyjechali w odwiedziny, a on nie miał jeszcze roku, zrobił się nagle bardzo niespokojny, kiedy weszli do kuchni. Wysunął się z ramion matki i poraczkował do schowka na szczotki. Stukał w drzwi i zaczął płakać. Dorośli, rzecz jasna, otworzyli schowek i znaleźli w środku królika mojej matki, który zniknął przed czterema dniami. Zwierzątko było ledwie żywe, ale jakoś dało sobie radę. Nataniel osobiście pilnował, by królik dostawał jedzenie i wodę, dbał, by było mu jak najlepiej.
– Oj – szepnęła Vinnie. – Skąd on mógł to wiedzieć?
– Nataniel wiele potrafi. Jak już ci mówiłem, ma teraz cztery lata i sąsiedzi wręcz się go boją. On za dużo wie. Kilka tygodni temu złapał złodzieja, ot tak, po prostu, niczego nie podejrzewając. Lensman odwiedził moich rodziców i opowiadał, że jeden z sąsiadów zgubił portfel. „Ale przecież ma go Stein”, oświadczył Nataniel, szeroko otwierając oczy. Malec nie chciał oczywiście na nikogo donosić, to było po prostu zwykłe stwierdzenie faktu. Lensmanowi pozostawało jedynie iść do domu Steina – innego sąsiada, który wykorzystał okazję w autobusie – i portfel się odnalazł. Chłopiec nigdy wcześniej nie był u Steina. Nie jechał też autobusem, kiedy się to wydarzyło.
– Chce pan… Chcesz powiedzieć, że chłopiec, Nataniel, jest jasnowidzem?
– O, o wiele więcej. Nataniel jest tym, na którego wszyscy czekaliśmy.
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem i Rikard zrozumiał, że myślał na głos.
– Tak, wielu w naszym rodzie posiada zdolność jasnowidzenia – odpowiedział niemal przepraszająco. – I wiedzieliśmy, że jeden z nas musi być czymś więcej niż inni.
– Ty też jesteś jasnowidzem? – Ton głosu dziewczyny świadczył o tym, że ani trochę nie wierzy w podobne historie.
– Ja? Nie, ani odrobinę.
Miał wrażenie, jakby z ramion spadł jej jakiś ciężar. Czego ty się bałaś? pomyślał. Że zajrzę w głąb twojej duszy?
Uznał, że opowiadaniem, które w najmniejszym stopniu nie dotyczyło dziewczyny, nadał rozmowie zbyt poufały ton. Wstał onieśmielony. Vinnie także poderwała się z krzesła, starając się zachować obojętnie, ale czy w jej oczach nie kryło się rozczarowanie? Zawód, że Rikard wygadywał takie głupstwa? A może, że przestał je wygadywać? Postanowił tego nie roztrząsać. Podziękował za chęć udzielenia mu pomocy w rozwiązywaniu zagadki zaginionej kobiety i wyszedł.
Nie było mu jednak dane tak prędko opuścić oddziału izolacyjnego.
Dostrzeżono go w hallu.
– Konstablu! – wołała Kamma groźnym tonem, jak gdyby złapała go nad stłuczonym najpiękniejszym wazonem. – Proszę tu przyjść!
Przywołała go ruchem wskazującego palca jak uczniaka. Usłuchał, wzdychając. Czego ona tym razem chce? Z punktu widzenia dochodzenia wcale go nie interesowała.
Jak zwykle chodziło o bagatelkę:
– Konstablu, jak długo mam tu siedzieć? Kto się opiekuje moim domem, podczas gdy jestem tutaj? Mogą zakraść się złodzieje, podpalacze i…
Rikard miał już Kammy po dziurki w nosie i odpowiedział całkowicie zgodnie z prawdą:
– Zrozumiałem, że to dom panny Lavinii Dahlen.
Szyja Kammy poczerwieniała, na policzkach wystąpiły ogniste plamy.
– Mój syn Hans-Magnus Olsen potrzebuje mnie, konstablu. Nie może dłużej przyjeżdżać do pustego domu.
– Pani syn został złapany na gorącym uczynku, kiedy usiłował zniszczyć niekorzystny dla niego i pani testament. Poza tym jest już dość dorosły, by radzić sobie samodzielnie, a w kasynie oficerskim nie dzieje mu się krzywda. Czym jeszcze mogę służyć?
Powoli prostowała i tak już proste plecy i kark, wydawało się, jakby nagle urosła o dobre pół metra. Odwróciła się od Rikarda.
– Nie rozmawiam z podwładnymi. Następnym razem proszę przysłać komendanta.
– Bardzo chętnie – odparł Rikard. – On może nie jest taki ustępliwy jak ja. Ale… – Teraz nadeszła pora, by to jego głos zabrzmiał groźnie. – Jeszcze nie skończyłem z panią rozmawiać, pani Dahlen.