Выбрать главу

Znów odwróciła się w jego stronę z wyraźną pogardą. Pomiędzy nimi toczyła się walka i Kamma nie miała zamiaru jej przegrać. „Nędzny robaku”, mówiło jej spojrzenie.

– Nie powiedziała mi pani jeszcze, gdzie przebywała po tym, jak zajęła się pani ubraniem Vinnie, do czasu, gdy pani do nas zadzwoniła. Twierdziła pani, że była sama w domu, ale to nieprawda, zaprzeczają temu sąsiedzi. Vinnie pierwszych dni także nie spędziła w domu, wiedzieliśmy o tym od dawna. Obie więc kłamiecie.

Zirytował się, że zapomniał ponownie spytać o to Vinnie. Jak mogło wylecieć mu z pamięci? No, tak…

– To chyba nieistotne, gdzie przebywałam!

– Przeciwnie. Mogła pani rozsiać maleńkie, niewidoczne gołym okiem zarazki pochodzące z ubrania Vinnie.

– Mój panie! Jestem porządną, schludną kobietą!

– Wcale w to nie wątpię.

– A w dodatku przebywałam w całkowicie bezpiecznym miejscu.

– Żadne miejsce nie jest bezpieczne wobec wirusów, które widać tylko pod mikroskopem. Czy pani nie rozumie, że nie mówiąc nam prawdy naraża pani życie swoje i innych ludzi? Kiedy pani tu przybyła, nie była pani nawet szczepiona!

– Niczego się nie boję. Bóg czuwa nad swymi wiernymi.

– Czy przebywała pani w tym okresie z innym ludźmi?

– I co z tego? Bóg chroni także ich, bo tylko oni zostaną ocaleni, kiedy Dzień Sądu dotknie Halden.

A więc zaczęła posługiwać się cytatami z Biblii.

– Tylko Halden? – spytał nieco złośliwie.

– Tu rozpocznie się karanie grzeszników. Przeżyją tylko wybrani. I to się zgadza, prawda? Dzień Sądu już nastąpił. Jeden z czterech jeźdźców Apokalipsy, Mór, najechał nasze miasto!

Rikard wpatrywał się w nią oniemiały.

– Chwileczkę! – zająknął się zniecierpliwiony. – Chwileczkę, poznaję to…

– Powinien pan. Zapisano to w Objawieniu świętego Jana, rozdział…

– Nie, nie w Biblii! Ten szaleniec, jak on się nazywał? Wspomniała go pani w liście do syna, Hansa-Magnusa. Jak on się nazywał? Słyszałem to nazwisko już wcześniej. Mam! Pastor Prunck? Ten co grzmi, że zbliża się sąd ostateczny? Mój Boże, iluż takich szaleńców przeżyła historia? I ilu głupców daje się omamić ich wywodami?

– Pastor Prunck nie jest wcale…

Rikard przerwał jej:

– Otrzymaliśmy kilka zgłoszeń od krewnych jego uczniów. Podobno ukryli się w bezpiecznym miejscu, by w spokoju przeczekać „dzień sądu”. Nikt jednak nie wie dokładnie, gdzie to jest. Pani Dahlen, czy pani nie pojmuje, co pani uczyniła? Naraziła pani tych ludzi na potworne ryzyko zarażenia. Czy Vinnie również tam była?

– To nie pańska sprawa.

– Owszem, to jak najbardziej moja sprawa. A więc była tam. W jaki sposób się wydostała?

– Została oczywiście wypędzona.

– Dzięki Bogu! A więc pastor miał respekt dla maleńkich bakcyli? A raczej wirusów?

– Wcale nie! Ale Lavinia była szczepiona, a żadnemu z uczniów pastora nie wolno wątpić w siłę Pana. Poddanie się szczepieniu oznacza zwątpienie w jego uzdrawiającą moc.

– No, a pani? Czy panią także stamtąd wyrzucono?

– Ja nie byłam szczepiona.

– Nie o to pytałem. Czy panią wyrzucono?

– Odeszłam dobrowolnie.

– Pani kłamie! Od razu widać, że pani kłamie! Naprawdę pragnie pani chronić tego pastora-szaleńca nawet po tym, jak panią odepchnął? I to tylko dlatego, że mogła pani przywlec zarazę? Czy nie dostrzega pani luk w jego naukach? Przecież on się boi, a powinien być całkiem pewny boskiej opieki.

Wspomnienie upokorzenia doznanego w świątyni, czyli w grocie pastora Pruncka, wypisane było na twarzy Kammy, widoczne w oczach i mocno zaciśniętych ustach.

– Porozmawiam z Vinnie – stwierdził Rikard, szykując się do odejścia.

– Nie!

Zaczekał.

– A więc słucham.

Kamma jeszcze się wahała. Młody policjant zrozumiał, że pastor odebrał od nich świętą przysięgę milczenia.

– Czy chce pani mieć życie tych ludzi na sumieniu, pani Dahlen?

– Oni się nie zarażą.

– Prawdopodobnie nie, ryzyko jest niewielkie, ale i pani, i Vinnie przebywałyście tam, a obie miałyście kontakt ze zmarłym Willym Matteusem lub z rzeczami, których on dotykał. Ilu jest uczniów łącznie z pastorem?

– Sześćdziesięciu czterech. Beze mnie i bez Vinnie oczywiście sześćdziesięciu dwóch.

– Sześćdziesiąt dwoje ludzi… I wszyscy nie szczepieni?

– Chyba nie. Wiem, że wielu się nie przyznało, ale większość… tak.

– Uważa pani, że pastor zachował się lojalnie wobec pani, pani Dahlen?

Kamma nie odpowiedziała.

Rikard westchnął.

– Pomówię z Vinnie. A jeśli ona mi nie odpowie, wrócę do pani.

Tym razem pozwoliła mu odejść. Przedstawiała sobą obraz najbardziej gorzkiego rozczarowania, wcielenie niezdecydowania.

Wracając do pokoju Vinnie doszedł do wniosku, że pastor musiał mieć nieprawdopodobną władzę nad tymi kobietami i zapewne nad wszystkimi swoimi uczniami. Oczywiście od dłuższego czasu dochodziły go słuchy o szalonym proroku Dnia Sądu, ale takie pogłoski często puszcza się mimo uszu. Nikt jednak, nikt w całym mieście, nie wiedział, gdzie znajduje się miejsce schronienia sekty. Jej członkowie musieli dostać czkawki ze strachu albo też nałożono im solidny kaganiec.

Vinnie rozjaśniła się na jego widok, uśmiech jednak zgasł, gdy usłyszała, czego od niej żąda.

– Nie mogę powiedzieć – szepnęła. – Moją duszę czekają wieczne męki w piekle za to, że ich zdradziłam.

– Sądzę, że twoją duszę za życia czekają jeszcze większe męki, jeśli skażesz sześćdziesiąt dwoje ludzi na śmierć.

Popatrzyła na niego uważnie i zrozumiała powagę sytuacji. Odetchnęła głęboko i wyznała, gdzie schroniła się sekta.

– W środku miasta? – Rikard nie dowierzał. – No, na obrzeżach?

Sześćdziesiąt dwoje ludzi. Niczym nie chronionych, nie szczepionych, zamkniętych być może wspólnie z morderczymi wirusami!

I kto ośmielał się twierdzić, że służba zdrowia choćby w pewnym stopniu kontroluje epidemię!

ROZDZIAŁ VIII

Agnes przestała już wychodzić.

Nastała nieznośna pogoda, na wysepce wiało tak mocno, że Agnes nie mogła nawet stanąć wyprostowana. Trzy razy dziennie wypuszczała Doffena. On także się spieszył i za każdym razem, gdy skrobał do drzwi, Agnes ogarniała radość. Co by było, gdyby nie wrócił?

Doffen był jej jedyną pociechą w tym bezmiarze smutku.

Skończyło się drewno, zgromadziła więc na swoim łóżku całą pościel, jaką znalazła w domku. Spała jak księżniczka na ziarnku grochu, pod sobą miała tyle samo kołder, co na sobie. W ciągu dnia siadywała w najwygodniejszym fotelu, otulona w grube koce, przypominając wielką paczkę. Wystawały tylko rozczochrane włosy, czerwony z zimna nos i sine, zgrabiałe dłonie tulące Doffena leżącego jej na kolanach. Bolały ją plecy, dokuczała gorączka, czuła, że zapadła na poważną grypę.

Skończyło się także jedzenie. Zostało tylko trochę herbatników (Agnes nigdy nie lubiła tego zapachu wanilii), miała też wodę. Dzięki Bogu, że była woda, oboje z Doffenem mogli się napić, gdy głód solidnie im dokuczył.

Nie brakowało jej czasu, by zastanawiać się nad swoim życiem. Przegranym życiem, jak by teraz powiedziała. Co z niego miała? Ukochane córeczki mamusi i tatusia poniosły klęskę. Śliczne panny trzymały się na wodzy. Strzeżcie się chłopców! Skąd się biorą dzieci? Fuj, do kąta, o tym nie wolno mówić!

Olava była bardziej zmysłowa i niejednego próbowała za plecami rodziców. Miała nawet zalotnika, ale jego pensja subiekta okazała się za mała, rodzice więc go odrzucili. Nie był dość majętny dla ich córki! Olava i tak się z nim spotykała i wkrótce spodziewała się dziecka. Agnes z początku niczego nie rozumiała, nie wiedziała, co znaczył ten zakrwawiony drut i ciężka choroba Olavy ukrywana przed rodzicami. Olava udawała zapalenie gardła i złożona wysoką gorączką leżała z szyją owiniętą wełnianą pończochą, a w śmietniku leżała paczka poplamionych gazet. Agnes przypadkiem zobaczyła, jak Olava ją zwija. W środku była jedynie nieduża krwawa grudka, Agnes przez wiele lat zastanawiała się, co to mogło być. Po latach dopiero zrozumiała.