Выбрать главу

Olava wciąż miała swoje tajemnice, Agnes nie chciała tego słuchać, zatykała uszy palcami.

Agnes nie nawiedzały erotyczne myśli. Rodzice zdołali je zabić ciągłymi napomnieniami i obrzydzaniem, prawieniem o grzechu i rozpuście, o karze niebios. Nie należeli do ludzi szczególnie religijnych, ot, zwyczajnie chodzili do kościoła, ale w kwestii moralności okazali się przerażająco bogobojni i surowi.

Oduczyli wrażliwą Agnes wszelkich marzeń o mężczyznach. Owszem, bardzo chętnie by się kimś zajęła, mężem, może dziećmi, ale jeśli koniecznie musiały się z tym łączyć nocne obowiązki, wolała zrezygnować.

A poza tym żaden mężczyzna o nią nie pytał. Agnes była zerem, nic zabawnego nie mogło się z nią przydarzyć. Miła, życzliwa i pomocna wszystkim, ale tak przy tym nieśmiała, że niemal odstraszała ludzi. Kto bowiem zwraca uwagę na człowieka, który unika wszelkich kontaktów udając, że go po prostu nie ma?

Raz kiedyś się spotkały, Agnes Johansen i Lavinia Dahlen. Nie dostrzegły, jak bardzo są do siebie podobne. Nie zrozumiały, że Vinnie jest na najlepszej drodze, by stać się dokładnie taka jak Agnes. W tych czasach, obciążonych dziedzictwem ery wiktoriańskiej, w Norwegii żyło wiele podobnych samotnych kobiet. Niepodzielnie panowały poglądy odrzucające wolność jednostki. Zniszczyły one tak wiele istnień! W opinii ogółu kobiety winny być uległe, pozostawać w tle i nie wyrażać swych myśli. Owe zasady dotyczyły wszystkich kobiet, bez względu na ich pozycję w społecznej hierarchii. Na ogół nad uległą duszą dominowała jakaś silniejsza osobowość. W przypadku Vinnie była to Kamma. Z Agnes sytuacja przedstawiała się jeszcze gorzej. Na początku jej wolę i radość życia złamali rodzice, później tę pokorną duszę wykorzystywała Olava dla własnej wygody. Ugotuj kawę, Agnes! Przynieś pocztę, Agnes! Wyjdź z Doffenem, Agnes!

To polecenie wydane siostrze przez Olavę okazało się ostatnim.

Gdy Rikard wrócił na posterunek, by ruszyć z miejsca operację „Świątynia pastora Pruncka”, ujrzał na swym biurku karteczkę z notatką:

W piwnicy jednego z domów znaleziono zamarzniętą kobietę. Może to ta, której szukamy?

„Świątynia pastora Pruncka” musiała zatem poczekać. Rikard skontaktował się z osobą przyjmującą wiadomość.

Był nią starszy policjant, któremu nigdy nie udało się awansować, ale zdawał się zadowolony ze swego stanowiska.

– Tak, właśnie otrzymaliśmy informację – powiedział nieco flegmatycznie. – Znaleźli ją sąsiedzi, zresztą są tutaj, masz ochotę zamienić z nimi kilka słów?

Owszem, Rikard bardzo sobie tego życzył.

Od razu poczuł instynktowną antypatię do pary, która czekała w drugim pomieszczeniu: ponurej, zagniewanej kobiety składającej się z samych zwałów tłuszczu i mężczyzny w typie starego rozpustnika.

– Słyszałem, że to wy znaleźliście martwą sąsiadkę. Proszę mi o tym opowiedzieć.

– To było tak. Od wielu dni nie widzieliśmy ani sióstr Johansen, ani Doffena.

– Doffena?

– Psa – wtrąciła kobieta.

Rikardowi zaświtało w głowie:

– Białego teriera?

– Tak, prawie białego. Miał kilka brązowych plamek.

– Dobrze, proszę mówić dalej!

– No i w kuchni cały czas się świeciło, a przez pierwszą dobę coś stukało.

Rikard zmarszczył brwi.

– Słyszeliśmy, że ktoś stuka w głębi domu, jakby w jakąś rurę. Myśleliśmy więc, że siostry są w domu. A potem przestało stukać…

– Długo trwało to stukanie?

– Nie, może jeden dzień. Albo dwa – odparł mężczyzna.

– Doktor powiedział, że umarła już dawno – pospieszyła z zapewnieniem kobieta.

– Dzięki Bogu, że się nie męczyła – mruknął Rikard.

– Dziwne wydawało nam się to stukanie, ale my nie z takich, co to pchają nos w nie swoje sprawy. Każdy ma własne kłopoty. Ale potem zauważyliśmy, że na okrągło pali się u nich światło, a to wydało nam się dziwne, bo one były bardzo oszczędne. No to wybiliśmy okno i weszliśmy do środka. Z początku nic nie znaleźliśmy, ale potem zobaczyliśmy Olavę w piwnicy. Spadła ze schodów i złamała kość udową. Potem zamarzła na śmierć. Tak powiedział doktor, bo od razu go wezwaliśmy. Ciekawe zresztą, kto za to zapłaci?

– Nie musicie się o to martwić. Chciałbym jednak dowiedzieć się czegoś więcej o tej Olavie Johansen. Czy ona była drobna i szczupła?

– Drobna i szczupła? Nie, to Agnes. Siostra – wyjaśnił mężczyzna. – Olava była gruba jak beczka, ciężko dyszała i nie powinna nigdy wchodzić na te schody.

– Ale gdzie wobec tego jest Agnes? I pies?

– Nie mamy pojęcia, nie widzieliśmy jej od dawna.

Rikard spróbował ustalić, kiedy ostatni raz widzieli Agnes z psem i kiedy słyszeli stukanie w rurę. Małżonkowie przy okazji wyjaśnili, że rura biegła wzdłuż schodów do piwnicy i właśnie w nią musiała uderzać Olava, znaleziono bowiem przy niej polano. Biedna kobieta, pomyślał Rikard, w miarę jednak napływających wyjaśnień zrozumiał, że musiała umrzeć dość szybko. Prawdopodobnie zasnęła i we śnie zmarła z zimna.

Bardziej jednak interesowała go Agnes. Wydawało się, że zniknęła mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pojawił się Willy Matteus.

– Czy wiecie, jak ubierały się siostry? – spytał.

– Wiem dokładnie, jakie miały ubrania – bez zmrużenia oka oświadczyła kobieta.

– Agnes zwykle chodziła w szarym kapeluszu i w szarym płaszczu, prawda?

– Agnes? O, nie, nigdy nie przyszłoby jej to do głowy. To Olava wybierała dla niej stroje i biedna Agnes musiała chodzić w okropnym czerwonym kapeluszu i w swoim starym brązowym płaszczu. Od lat w tym samym, pewnie jakby go postawić, to by się nie przewrócił!

Rikard kilkakrotnie pokiwał głową. Zapomniał całkiem o swoich rozmówcach, wrócił myślą do wieczoru, kiedy pomógł na ulicy niedużej, zmieszanej damie w czerwonym kapeluszu i brązowym płaszczu. Tuż przed tym kobieta piskliwie wołała Doffena i Rikard kątem oka zauważył także niedużego teriera. Wielu świadków wspominało kobietę w czerwonym kapeluszu, której towarzyszył pies.

Później kobieta zniknęła bez śladu. Ale niewiasta, która pomogła Willyemu Matteusowi, z całą pewnością miała na sobie szary strój, wszyscy to poświadczyli, nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie miała też psa.

Agnes Johansen okazała się więc ślepym torem.

Gdzieś jednak musiała przebywać! Powinna zostać poinformowana o śmierci siostry.

No cóż, niech zajmą się tym koledzy, on ma co innego do roboty.

Podziękował małżonkom i wybrał się do tak zwanej świątyni pastora Pruncka.

Rikard wiedział doskonale, gdzie znajduje się stary, nie używany szyb kopalni, nikt jednak od wielu lat nim się nie zajmował. A więc to tam postanowił schronić się pastor, by przeczekać zagładę świata! Rikard zabrał ze sobą dwóch kolegów, funkcjonariusza i aspiranta, chodziło wszak o wielu ludzi zamkniętych w pieczarze, i wszystkich należało odizolować.

Dano znać do szpitala i dyrekcja postanowiła przeznaczyć na ten cel jeszcze jeden budynek. Już wcześniej liczono się z tym, że przybędą kolejni podejrzani o zarażenie.

Ale sześćdziesiąt dwie osoby jednocześnie…? To wielki, ogromny problem, stwierdzono w szpitalu.