Wieczorem tego dnia – pamiętasz, tato – jechaliśmy po odpady do Domu Zdrojowego i nie było pewne, czy zdążymy przed apokalipsą. I wtedy właśnie, po drodze do nagle powstałego na naszej granotowogórzańskiej ziemi Babilonu, do serca tego Babilonu, opowiedziałeś mi twoją romantyczną, niemiecką historię. Dziś wprawdzie myślę, że może nie tyle nawet odczułeś potrzebę zwierzenia się własnemu synowi, co w nagłej panice, że być może za chwilę będziemy razem oglądać czeskie striptizerki – postanowiłeś mnie uświadomić. (Śmiech umiarkowany, ale serdeczny). Poczciwe to było z twojej strony, tato, w końcu ja miałem wtedy dziewiętnaście lat, i choć – oczywiście – to jest bardzo mało i choć – oczywiście – wiedziałem bardzo mało (stary zwalnia, zaczyna wręcz cedzić, każde słowo wymawia osobno i dobitnie akcentuje), to jednak, to jednak, pewne, niektóre, powiedzmy podstawowe rzeczy wiedziałem. (Śmiech intensywniejszy i serdecznie j szy). Tak, tato (stary zwraca się teraz wprost do Jana Nepomucena, jakby chciał rozwiać jakieś jego wątpliwości. Chwyt czysto retoryczny, Jan Nepomucen cały czas siedzi nieporuszony i nic nie wskazuje, by miał jakiekolwiek wątpliwości). Tak, tato, ja miałem wtedy dziewiętnaście lat, striptiz na ziemiach polskich nastał
wraz z panowaniem Edwarda Gierka. Był rok 1971, jechaliśmy po odpady do Domu Zdrojowego i nie było pewne, czy zdążymy przed apokalipsą. „Jesteś już mężczyzną" – zacząłeś, nie ma co ukrywać, klasycznie, ale zamiast jakiegoś rytualnego dalszego ciągu w rodzaju: „niedługo pora na żeniaczkę", powiedziałeś: „niedługo zaczną się problemy, co trwają do śmierci". Do dziś szanuję twoją, wtedy pierwszy raz przeze mnie zauważoną, niechęć do stereotypów. (Śmiechy pojedyncze i niepewne). Tak właśnie powiedziałeś, ojcze (powtórzenie chwytu rzekomego zwrócenia się wprost do dalej pozostającego w całkowitej obojętności Jana Nepomucena), tak powiedziałeś: „jesteś już mężczyzną, Pawle Piotrusiu, niedługo zaczną się problemy, co trwają do końca życia, ja w twoim wieku przeżyłem historię, która do dziś mnie trapi i pewnie nigdy trapić nie przestanie. Byłem na robotach w Niemczech i – wstyd powiedzieć – do dziś miło ten czas wspominam. Pracować oczywiście pracowałem, cierpiałem, tęskniłem za domem i ojczyzną. Ale też – i to nie ma co ukrywać – było najważniejsze, spotykałem się tam z pewną panną Lipkę, a ponieważ spotkania nasze z natury rzeczy skazane były na konspirację – jak to w konspiracji – zaznawałem z panną Lipkę – pierwszych porywów".
I dalej opowiadałeś mi, ojcze, o swoich uniesieniach i o swoich wątpliwościach, i o tym, że po wojnie wróciłeś do Granatowych Gór z ołowianym ciężarem na sercu i z umysłem pełnym niejasności. Tato kochany! Jubilacie czcigodny! Jeśli nikt ci tego dotąd nie powiedział, jeśli sam sobie tego dotąd nie uświadomiłeś, to dzisiejsze święto jest najlepszą sposobnością, by ci to powiedzieć i by ci to uświadomić! Twój czyn był czynem patriotycznym! Pokonując opór i zdobywając bauerównę Lipkę, i czyniąc to w dodatku na terytorium wroga – brałeś przecież swoisty odwet za wszystko! Brałeś odwet za wrzesień trzydziestego dziewiątego, za okupację, za łapanki, za obozy, i brałeś
ten odwet w imieniu wszystkich granatowogórzan… Tato drogi, spotykając się z panną Lipkę, nie zdradzałeś Polski! Nie musiałeś po powrocie z Reichu mieć wyrzutów sumienia i nie musiałeś na bazie tych wyrzutów popierać nowego systemu! Tato! Twoje poparcie dla komunistów było niepotrzebne! (Wpierw pełna konsternacji absolutnie martwa cisza, a potem po dziesięciu, a może nawet po dwudziestu sekundach wybuch absolutnej euforii i wielkiego wszechśmiechu. Prowadzona drżącą ręką profesora Chmielowskiego kamera daje zbliżenia kolejnych twarzy, Chryste Panie, cóż za święty moment, śmieją się wszyscy w Granatowych Górach, śmieją się wszyscy biesiadnicy, śmieje się doktor Swobodziczka, stryj Karol Adolf, miody Messerschmidt, śmieje się moja matka, nieporuszony dotąd, a nawet jakby posępny Jan Nepomucen aż kładzie się ze śmiechu na stole, i babka Joanna, choć przecież najmniejsze ma do śmiechu powody, choć śmiało mogłaby być w pomieszaniu, wstydzie i zażenowaniu, twarz roześmianą dłońmi zasłania…).
Tysięczny raz puszczam kasetę i tysięczny raz powtarzam epizod wielkiego śmiechu moich przodków, i na tym kończę. Nie słucham dalszego ciągu przemówienia ojca, choć wiem i pamiętam, jak przekomicznie opowiadał o Janie Nepomucenie – niewątpliwie najgorszym kierowcy w dziejach motoryzacji, nie słucham opowieści o podglądaniu w Domu Zdrojowym czeskich striptizerek, nie słucham końcowych strzelistych życzeń tak przez starego powiedzianych, że wiara płacze. Wolę śmiech. Wzruszający, oczyszczający i dający wolność – śmiech. Śmieją się wszyscy, nad ich głowami sepiowa runa, za moim oknem nieśmiertelny łoskot ronda ONZ.
Stary w oczywisty sposób zakasował swoim przemówieniem pobożne wystąpienie księdza Kubali. Najprzód bowiem w olbrzymim, obfitym modrzewiowym drewnem holu odbyła się część religijna – dziadek Jan Nepomucen miał wprawdzie uwierzyć w Boga dopiero na łożu śmierci – ale wielkodusznie uległ naleganiom babki Joanny.
– Dobrze, dobrze, dobrze! – darł się podczas rodzinnych negocjacji poprzedzających jak zawsze starannie przez babkę zaplanowaną uroczystość. – Dobrze, dobrze, dobrze! Jeśli mam wybierać pomiędzy moim pójściem do kościoła a przyjściem kościoła do mnie, wybieram to drugie! Choć mam świadomość, że niczym, swego czasu, generał Jaruzelski wybieram mniejsze zło! Niestety, zastępy czarnych są tak niezliczone, że absurdem, a nawet samobójstwem byłoby potykać się z nimi! Faszyści wyrżnęli Żydów, bracia komuniści dali dupy, przepraszam cię, Joasiu, bracia komuniści upadli i nikt już nie przeciwstawi się polskiemu katolicyzmowi, a jest to najgorszy rodzaj katolicyzmu na kuli ziemskiej.
– Nie bluźnij, Janku – babka Joanna była blada jak ściana i mówiła prawie szeptem – nie bluźnij. Na polityce się nie znam, ale wiem jedno: Ojciec Święty wyzwolił Polskę. Gdyby nie on, gdyby nie Najświętsza Panienka – nigdy by tego nie było. Wiem, że ty w takie rzeczy nie wierzysz, ale ja wierzę. Gdyby nie moja wiara… – głos babki Joanny załamywał się i w jej białoniebieskich oczach pokazywały się łzy.
– Gdyby nie twoja wiara, to co, Joasiu?
– Gdyby nie moja wiara, dawno bym ciebie zostawiła! – wykrzykiwała spazmatycznie babka Joanna i wybuchała płaczem, i zasłaniała dłońmi twarz. Dziadek stał albo siedział przez chwilę osłupiały, potem odpowiednio – dalej osłupiały – albo siadał, albo wstawał, potem w osłupieniu podnosił ramiona w górę, potem rozglądał się jakby w poszukiwaniu pomocy, potem zaczynał ciężko dyszeć jakby w zbliżającym się ataku apopleksji, potem ruszał w kierunku babki, wyciągał do niej, w geście kogoś, kto potrzebuje ratunku, dłonie, potem jakby nagle rażony gromem definitywnej słabości osuwał się przed nią na kolana, opierał czoło na jej brzuchu, zanurzał twarz w jej sukniach i, szlochając, szeptał: – Joasiu najukochańsza moja, gdybym wiedział… Joasiu, dlaczego dopiero teraz mi mówisz? Joasiu, gdybym wiedział wcześniej… Joasiu, gdybym wiedział trzydzieści, dwadzieścia a nawet dziesięć lat temu, uczyniłbym wszystko… Uczyniłbym wszystko… żeby być dla ciebie lepszym.