Chryste Panie! Jak ten człowiek kłamał! Jakim niedościgłym był w każdym calu dżentelmenem! Przecież co innego chodziło mu po głowie! Inne się w nim rozgrywały sceny! Inne miał myśli! Klęczał z twarzą wtuloną w brzuch babki Joanny i tylko ja słyszałem jego rozpacz, jego cynizm i jego podłość. – Joasiu, gdybym wiedział wcześniej – tylko ja słyszałem prawdziwą wersję jego gorzkiej i niecenzuralnej spowiedzi. – Joasiu, gdybym wiedział trzydzieści, dwadzieścia albo nawet dziesięć lat temu – szeptał niesłyszalnie mój dziadek – uczyniłbym wszystko, uczyniłbym wszystko, żeby ciebie nawrócić na ateizm. Tak, Joasiu, nawet jeszcze dziesięć lat temu zrobiłbym wszystko. Zapisałbym ciebie na wieczorowy uniwersytet marksizmuleninizmu. Poznał z czarującymi towarzyszami z powiatu albo województwa. Puszczał płyty z najpiękniejszymi pieśniami rewolucyjnymi, najlepiej w wykonaniu chóru Aleksandrowa. Dawałbym ci do czytania młodego Marksa i wczesnego Kołakowskiego. Woltera i innych klasycznych wolnomyślicieli sam bym ci wieczorami czytał na głos. Także niektóre wiersze Majakowskiego i Broniewskiego. Ach, Joasiu, z całą siłą sugestii rozpościerałbym przed tobą nieskończone perspektywy, jakie daje wstąpienie do partii komunistycznej, obiecałbym ci przydział na samochód i talon na pralkę automatyczną, z całych sił perswadowałbym ci racje ducha dziejów, agitowałbym cig gorąco za reformą rolną i nacjonalizacją przemysłu. Prace naukowe o pierwszym wybuchu, pisma Darwina i wszelkie możliwe dowody na nieistnienie Boga znosiłbym ci naręczami… Tak Joasiu – dziadek odsuwał głowę od brzucha babki, unosił twarz ku górze, dłońmi ściskał jej biodra i szeptał w duchu coraz wolniej i z coraz bardziej sadystycznym namaszczeniem, i w miarę szeptu, tak samo jak kiedyś w miarę podrzucania mnie – małego papieża pod sufit, wewnętrzny głos dziadka Jana Nepomucena twardniał i choć dalej dla nikogo poza mną niesłyszalny, nabierał desperackiej tonacji. – Tak, Joasiu, gdybym wiedział, wszystko bym zrobił. Ale jest już za późno. Oboje jesteśmy starzy. Od lat ze sobą nie żyjemy. Nie wiem jak tobie, bo mnie jest wszystko jedno. Mnie jest wszystko jedno, czy nie obcuję z dewotką, czy z ateistką. Dla mnie jest wszystko jedno, czy nie żyję z katoliczka praktykującą, czy z materialistką wojującą. Z fideistką czy z marksistką. Kiedyś oczywiście preferowałem marksistki. Biała bluzka i czerwony krawat wspinający się po stromej piersi… Gdybyś ty, Joasiu, choć raz w życiu taki zestaw włożyła… Przecież twojej Panience Najświętszej zetempowska kreacja by nie zaszkodziła, a mnie – owszem – pomogłaby bardzo, może nawet dalej byłbym blisko ciebie… Ale teraz to są żałosne starcze imaginacje. Teraz jest mi wszystko jedno. Teraz zgadzam się nawet, żeby ten miejscowy klecha, który w końcu bez przerwy pod moim dachem żłopie wódkę z twoim synem i innymi gówniarzami i z tego, co mi wiadomo, od pewnego rodzaju pisemek też nie stroni, teraz się zgadzam, żeby wpadł nie tylko pochlać i na gołe dupy w starych „Playboyach" popatrzeć, ale zgadzam się, żeby moją siedemdziesiątkę piątkę uświetnił posługą religijną. Byle to wszystko prędko było. Tak, tak – dziadek, najwyraźniej zawstydzony i speszony własnymi myślami, podnosił się z klęczek i jakby chcąc wewnętrzne wstydy zagłuszyć, mówił o ton za głośno. Teraz już nie tylko wszyscy go słyszeli, teraz go wszyscy aż za bardzo słyszeli. – Tak, tak, byle to wszystko prędko było!
I rzeczywiście wszystko prędko było, tydzień po imprezie Jan Nepomucen zaczął umierać. Urodziny wypadały we wtorek i on dokładnie w następny wtorek postanowił pojechać na Śląsk. Znów się wybrał – babka Joanna nie kryła irytacji – znów się wybrał w jedną ze swych rzekomo absolutnie koniecznych, w istocie od dawna całkowicie zbytecznych podróży na Śląsk. Obudził się w euforycznym humorze, zjadł jajecznicę, ubrał się, włożył białą koszulę, którą tydzień wcześniej dałam mu w prezencie, bardzo dobrze wyglądał, bardzo dobrze się czuł. – W zasadzie mógłbym nie jechać – babka setny raz powtarzała jego zwiastujące nieszczęście słowa – w zasadzie mógłbym nie jechać, ale trzeba się ruszyć, żeby całkiem nie zardzewieć. Poza tym – dalej są sprawy, co do których lepiej, jak sam ich doglądam.
Jakie to były sprawy, czy w ogóle były jakieś sprawy, po co on w sumie na ten Śląsk co parę tygodni jeździł, co tam robił – Bóg raczy wiedzieć. Musiał jeździć. Jazda – godło Wojewodów. Stary musiał jeździć na Śląsk. Młody musiał jeździć do Warszawy. Bóg z nimi. Bóg raczy wiedzieć. Może faktycznie coś jeszcze załatwiał, coś podpisywał, coś ustalał, z kimś się spotykał – pieniędzy w końcu cały czas przybywało.
Prawdopodobieństwo, że jeździł tam w jakiś sentymentalnych albo niecnych celach, było nikłe. Wracał zawsze tego samego dnia i zawsze – przynajmniej jak na niego – trzeźwy. Tego dnia, tego feralnego wtorku wrócił w strasznym stanie. Blady, zlany potem, roztrzęsiony, z twarzą ewidentnie wykrzywioną bólem, choć – rzecz jasna – upierał się, że nic go nie bpli. Siadł w kuchni przy stole, nie przebierał się, nawet butów nie zdjął i pyta, czy jest coś do picia, bo go okropnie suszy. Nic jeszcze sensacyjnego, człowiek po podróży zmęczony, siedemdziesiąty szósty rok życia od tygodnia na karku, dzień był w dodatku jak na październik prawie upalny. – Kompot – mówię – kompot jest, bo faktycznie z antonówekopadówek, co je przed południem z trawy pozbierałam, ugotowałam gar kompotu. Nalałam mu do szklanki i jeszcze poszłam do ogrodu pranie zdjąć ze sznura, zdjęłam, poskładałam, wszystko elegancko suche, wracam, patrzę, on dalej siedzi jak siedział. – Naleję ci jeszcze kompotu, mówię i biorę szklankę, i podchodzę, i biorę gar z kompotem, a tu kompotu ani śladu! Ile mnie nie było? Ile zdejmowałam pranie ze sznura? Kwadrans? Mniej niż kwadrans? Więcej niż kwadrans? Czyli on przez mniej więcej kwadrans wypił mniej więcej cztery litry kompotu… Za kilka albo za kilkanaście minut wypił wiadro kompotu. – Czyś ty, człowieku, cały kompot przez tę chwilę wypił? – pytam osłupiała. A on mówi, że wypił i nawet nie poczuł, i że dalej pić mu się chce. Już na dworcu na Śląsku złapało go nieugaszone pragnienie, kupił sobie butelkę wody mineralnej, był pewien, że starczy, ileż to w końcu jest, ile pociąg ze Śląska do Granatowych Gór jedzie? Niecałe dwie godziny. Był pewien, że mu starczy, ale gdzie tam, skład jeszcze nie ruszył a butelka pusta. I mordował się całą drogę, pić mu się chciało, jakby tydzień spędził na pustyni. Wagonów restauracyjnych na tej linii nie ma, w toalecie woda po pierwsze niezdatna do picia, po drugie nie było jej wcale, bo jakby była, pewnie by się przemógł i nawet tą niezdatną choć gardło zwilżył, ale kran suchy jak pieprz. Co miał robić? Po wagonach, po przedziałach chodzić i obcych ludzi o łyk czegokolwiek prosić? Przeszedł się nawet, bo liczył, że kto znajomy jedzie, ale nikogo, nikogutko. Pociąg na trasie parę ładnych razy staje, prawdę powiedziawszy, bez przerwy są przystanki w jakichś pipidówach, ale nigdzie nie dłużej niż minutę. Już był parę razy gotów wyskoczyć i, jakby nie zdążył z powrotem, na następne połączenie byłe gdzie czekać, ale za każdym razem zanim się zdecydował, schnellzug ruszał. Jakoś wytrzymał, jakoś przeżył, na dworcu w Granatowych Górach, jak tylko nieprzytomny z pragnienia na peron się wytoczył i do bufetu doczołgał, całą litrową cocacolę duszkiem wytrąbił i był pewien: koniec męki. Gdzie tam. Ledwo ze sto metrów od dworca uszedł – pić się chce tak samo. A nawet jakby jeszcze bardziej. Co jest grane? Żołądek wysiadł czy co? Ale jeszcze kombinuje, że cocacola pragnienia nie gasi, że słodka swołocz, że po tej coli specjalnie pić się chce, bo to w końcu amerykańskie imperialistyczne świństwo, że on chyba w tym wlokącym się jak kupa nieszczęść pociągu zgłupiał i jak dziecko cocacolę pompuje, jakby nie wiedział, co jest najlepsze, jak się człowiekowi pić chce. l właściwie odprężony, że niepokojący problem został racjonalnie rozwiązany, wstąpił do Dublinera i jeden po drugim wypił trzy duże beczkowe żywce. Na chwilę pomogło. Ale tylko na chwilę. Bo do domu ledwo doszedł. Po drodze zawahał się nawet, czy nie wziąć taksówki, ale postanowił słabość przezwyciężyć i dojść, tak jak zwykle to czynił, na własnych nogach.
Człowiek musi własną słabość przezwyciężać – powtarzał raz po raz i przeważnie szło mu o pokonywanie słabości fizycznej. Duchowej też, ma się rozumieć, ale o sprawach ducha, z wyjątkiem niepoczytalnych ataków na duchowość katolicką, Jan Nepomucen nie lubił się rozwodzić. Natomiast przezwyciężanie słabości fizycznej, w ogóle kwestia sprawności fizycznej (olimpijska forma!) i doskonale dopisującego w związku z tym zdrowia, było jego obsesją. Należał Jan Nepomucen do tej kategorii ludzi, którzy jeszcze w wieku pięćdziesięciu lat uważają, że lekkoatletyczne rekordy są spokojnie w ich zasięgu, a to, że nie startowali w ostatniej olimpiadzie, było wyłącznie kwestią ich wyboru. Uskarżającym się na rozmaite dolegliwości rówieśnikom i osobom znacznie nieraz odeń młodszym niezmiennie odpowiadał: a ja jestem zdrowy. A mnie zdrowie doskonale dopisuje. Ach, Janie Nepomucenie, zwierzał mu się raz po raz jakiś zwykły śmiertelnik: Ach, Janie Nepomucenie, kiepsko ze mną, serce mi szwankuje, trzustka wysiada, tchu brakuje, prostatę muszę zbadać, nerki bolą… – A ja – padała rytualna odpowiedź – jestem zdrowy. Ja jestem w olimpijskiej formie i zdrowie w związku z tym doskonale mi dopisuje! I owładnięty ideą permanentnego osiągania i utrzymywania olimpijskiej formy Jan Nepomucen gimnastykował się co rano, brał lodowate prysznice i gdzie się dało chodził na piechotę. Ojciec przypominał wprawdzie, że maniakalne chodzenie wszędzie na piechotę bierze się z faktu, że dziadek jest najgorszym kierowcą świata i unikanie samochodu kamufluje potrzebą ruchu na świeżym powietrzu, ale sprawnościowe opętanie Jana Nepomucena było zbyt wszechogarniające, by brało się wyłącznie ze strachu przed jeżdżeniem autem.