Выбрать главу

Orry wyglądał na wstrząśniętego. Twarz Abundibota nie wyrażała niczego. Najwyraźniej nastrojony był na nich obu, Falka i Orry’ego — rzadka umiejętność, z tego co wiedział Falk — gdyż oczywiste było, że chłopiec słyszy zupełnie wyraźnie, kiedy znowu zaczął się telepatyczny przekaz.

„Ludzie wytarli twój umysł, a potem nauczyli cię tego, co sami chcieli, abyś wiedział, w co sami chcą wierzyć. Tak przygotowany, nie ufasz nam. Obawialiśmy się, że tak właśnie będzie. Lecz pytaj, o co chcesz, Agadzie Ramarren z Werel. W odpowiedzi usłyszysz jedynie prawdę”.

— Jak długo tu jestem?

— Sześć dni.

— Dlaczego najpierw zostałem oszukany i znarkotyzowany?

— Próbowaliśmy przywrócić ci pamięć. Nie powiodło się nam.

Nie ufaj mu, nie wierz mu, powiedział Falk do siebie z taką mocą, że Shinga bez wątpienia musiał — jeśli choć trochę był empatą — odebrać wyraźnie owo przesłanie. Ale to nie miało znaczenia. Gra musi być kontynuowana, i to wedle ich reguł, choć to oni tworzą wszystkie prawa i mają w ręku wszystkie atuty. To, że on ich nie ma, nic nie znaczy. Ważna jest jego uczciwość. Był teraz całkowicie przekonany, że uczciwego człowieka nie można oszukać, że prawda, jeśli gra prowadzona będzie do końca, doprowadzi do prawdy.

— Powiedz, dlaczego miałbym wam ufać? — zapytał. Przekaz myślowy, czysty i wyraźny jak ton dobyty z elektronicznego instrumentu, popłynął znowu, podczas gdy wysyłający go Abundibot, Orry i Falk stali bez ruchu. jak figury na szachownicy.

„My, których znasz jako Shinga, jesteśmy ludźmi. Jesteśmy Ziemianami, zrodzonymi na Ziemi z rasy ludzkięj, tej samej, do której należał twój przodek, Jacob Agat z Pierwszej Kolonii na Werel. Ludzie nauczyli cię tego, co w ich mniemaniu działo się na Ziemi w przeciągu tych dwunastu stuleci od czasu założenia Kolonii na Werel. Teraz my — również ludzie — przekażemy ci to, co sami wiemy.

Żaden Wróg nie przybył nigdy z odległych gwiazd, aby zaatakować Ligę Wszystkich Swiatów. Liga została zniszczona przez rewolucję, wojnę domową, przez własną korupcję, militaryzm, despotyzm. Na wszystkich światach rozgorzały powstania, bunty, przejmowano rządy. Pierwszy Świat ruszył z odwetem, który spalał planety na czarny piasek. Żadne statki nie wyruszały w tak niepewną przyszł~ść z wyjątkiem statków bomb, burzycieli światów. Ziemia nie zastała zniszczona, ale połowa jej mieszkańców zginęła, zniszczeniu uległy miasta, statki, natychmiastowe przekaźniki, archiwa, cała kultura — wszystko przepadło w ciągu dwóch strasznych lat wojny domowej prowadzonej przez Lojalistów i Rebeliantów; jedni i drudzy uzbrojeni byli w straszliwą broń stworzoną przez Ligę do walki z Wrogiem, który miał przybyć z zewnątrz.

Część doprowadzonych do rozpaczy ludzi na Ziemi, tych, którzy na krótko zdobyli przewagę, lecz wiedzieli, że przeciwuderzenie, całkowita zagłada i zniszczenie są nieuniknione, zastosowała nową broń. Kłamstwo. Wymyślili sobie nazwę, język, niejasne opowieści o odległym świecie, z którego przybyli, i zaczęli rozpuszczać pogłoski po całej Ziemi, zarówno w swych własnych szeregach, jak i obozach Lojalistów, że przybył Wróg. Że to on wywołał wojnę domową. Wróg przenikał wszędzie, zniszczył Ligę i doprowadził do ruiny Ziemię, a teraz okrzepł i zamierza zakończyć wojnę. A wszystko to osiągnął, ponieważ posiadł nieoczekiwaną, złowrogą moc: umiejętność kłamania w myślomowie.

Ludzie uwierzyli w te opowieści. Odpowiadały ich panice, przerażeniu i zmęczeniu. Otoczeni ruinami swego świata poddali się Wrogowi, chętnie dając wiarę temu, że jest nadprzyrodzony, niezwyciężony.

I od tego-czasu żyli w pokoju.

Wśród nas, tu w Es Toch, rozpowszechniony jest mit, który mówi, że na samym początku Stworzyciel wypowiedział wielkie kłamstwo. Gdyż nie było absolutnie niczego, lecz Stworzyciel odezwał się, mówiąc: To istnieje. I oto, aby Kłamstwo Boga mogło stać się Bożą Prawdą, od razu zaistniał cały wszechświat.

Jeśli pokój uzależniony był od kłamstwa, znaleźli się tacy, którzy gotowi byli je podtrzymać. Ponieważ ludzie twierdzili, że Wróg przybył i opanował Ziemię, nazwaliśmy się Wrogami i przejęliśmy władzę. Nikt nie podważał naszego kłamstwa, nikt nie naruszał naszego pokoju; światy Ligi straciły ze sobą kontakt, czas międzygwiezdnych lotów minął. Może raz na stulecie jakiś statek z odległego świata, tak jak twój, zabłądzi tutaj. Niektórzy buntują się przeciwko naszej władzy, i to oni właśnie zaatakowali wasz statek przy Barierze. Staramy się trzymać w ryzach takich buntowników, gdyż — lepiej czy gorzej — przez tysiąclecie torowaliśmy drogę i dźwigaliśmy ciężar ludzkiego pokoju. Posługując się bowiem tak wielkim kłamstwem musimy jednocześnie stać na straży równie wielkiego prawa. Znasz to prawo, którego przestrzegania my — ludzie wśród ludzi — domagamy się: to jedyne Prawo, wyrosłe w najstraszliwszej godzinie ludzkości”.

Olśniewający, bezdźwięczny strumień myśli skończył się, tak jakby nagle zgasło światło. W ciszy podobnej do zapadającej ciemności Orry wyszeptał:

— Cześć dla Ziemi.

I znowu zapadła cisza. Falk stał bez ruchu, starając się, aby jego twarz lub myśli — być może podsłuchiwane — nie zdradziły zmieszania i niepewności, jakie odczuwał. Czy wszystko to, czego się nauczył, było fałszem? Czy rodzajowi ludzkiemu nigdy naprawdę nie zagrażał Wróg?

— Jeśli ta historia jest prawdziwa — odezwał się w końcu — dlaczego tej prawdy nie ogłosicie ludziom i nie przekonacie ich do niej?

„My jesteśmy ludźmi — nadeszła telepatyczna odpowiedź. — Jest nas wiele tysięcy, tych, którzy znają prawdę. Jesteśmy tymi, którzy posiadają władzę i wiedzę i używamy ich do utrzymania pokoju. Były takie mroczne czasy w dziejach ludzkości, i teraz też tak jest, kiedy ludzie wierzyli, że świat jest opanowany przez demony. Gramy role demonów w ich wierzeniach. Kiedy mity zaczną ustępować miejsca rozumowi, powiemy im i wówczas poznają prawdę”.

— Dlaczego mi to wszystko mówisz?

— Dla samej prawdy i po to, abyś ty ją poznał.

— Kim jestem, że zasłużyłem na prawdę? — zapytał zimno Falk, spoglądając przez pokój na podobną do maski twarz Abundibota.

„Jesteś posłańcem z zagubionego świata, kolonii, której wszystkie dane przepadły w Latach Chaosu. Przybyłeś na Ziemię, a my, Władcy Ziemi, nie potrafiliśmy cię ochronić. To napełnia nas wstydem i żalem. Ci, którzy was zaatakowali, byli mieszkańcami Ziemi. To oni zabili wszystkich twoich towarzyszy lub starli ich umysły — ludzie z Ziemi, planety, na którą po tak wielu stuleciach powróciliście. To byli buntownicy z Trzeciego Kontynentu; nie są oni tak prymitywni ani tak nieliczni, jak ci, którzy zamieszkują Pierwszy Kontynent. Używają kradzionych pojazdów międzyplanetarnych. Zakładają, że każdy światłowiec musi należeć do Shinga, więc zaatakowali wasz statek bez ostrzeżenia. Moglibyśmy temu zapobiec, gdybyśmy byli bardziej czujni. Dlatego właśnie uczynimy wszystko, aby zadośćuczynić ci to, czemu zawiniliśmy”.

— Szukali ciebie i innych przez te wszystkie lata — wtrącił Orry z przejęciem i jakby błagalnie; oczywiste było, że z całych sił pragnie, aby Falk uwierzył w to wszystko, zaakceptował to i… i co jeszcze?

— Usiłowaliście przywrócić mi pamięć — powiedział w końcu Falk. — Dlaczego?

— Czy nie po to przybyłeś tutaj? Aby odzyskać swą utraconą osobowość?

— Tak, właśnie po to. Ale… — Nie wiedział nawet, jakie pytanie ma zadać, nie miał pojęcia, czy wierzyć w to, co mu powiedziano, czy nie. Wydawało się, że nie ma żadnego kryterium, na podstawie którego mógłby odróżnić prawdę od kłamstwa. Wydawało mu się nieprawdopodobne, aby Zove i inni okłamali go, lecz nie można było wykluczyć, że sami zostali wprowadzeni w błąd lub że po prostu byli nieświadomi pewnych spraw. Nie dowierzał temu wszystkiemu, co z takim przekonaniem przekazał mu Abundibot, był to jednak przekaz telepatyczny, wyraźna, bezpośrednia myślomowa, w której nie było miejsca na kłamstwo — a może jednak było? Jeśli kłamca mówi, że nie kłamie… Falk dał na razie temu spokój. Spoglądając jeszcze raz na Abundibota powiedział: — Wolałbym… wolałbym raczej słyszeć twój głos. Stwierdziłeś, że nie mogliście przywrócić mi pamięci…