— On zabił — powiedział ktoś z tłumu. — Niewolnik zabił cieślę.
— Paskudnie — Razwijar popatrzył na młodzieńca, kulącego się pod jego spojrzeniem. — Za co?
— Za gwałt — głucho powiedział chłopiec. — On był gwałcicielem!
Tłum cofnął się jeszcze bardziej. Razwijar zobaczył trupa leżącego twarzą do ziemi. Z pękniętej czaszki sączyła się krew.
— Za gwałt sam będę zabijał — powiedział Razwijar, powoli przenosząc wzrok z twarzy na twarz. — Gdzie kobiety?
Wypchnięto je do przodu — cztery przerażone, zbite w kupkę, nieszczęsne niewolnice.
— Idźcie do zamku — powiedział do nich Razwijar. — Odszukajcie kucharzy, powiedzcie, że przysłałem was do pomocy. Idźcie!
Tłum zafalował, przepuszczając kobiety. Ta, która siedziała na ziemi, nie poruszyła się, tylko niżej spuściła głowę.
— A ciebie to nie dotyczy? — sucho zapytał Razwijar. — Idź.
Zakrwawiony młodzieniec drgnął na dźwięk jego słów. Dziewczyna podniosła się i stawiając niepewnie kroki, poszła za pozostałymi niewolnicami.
— Słuchajcie wszyscy — powiedział Razwijar i znowu zrobiło się cicho. — Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzał. Wąwóz został zamknięty. Na strażniczej wieży zamku czuwa potężny mag. Ona będzie wiedziała, jeśli ktoś z was postanowi uciec.
Wyraźnie dało się słyszeć pluskanie rzeki.
— Przyszliście tutaj jako niewolnicy i słudzy rozbójników. Służcie mi, a ja odpłacę wam stokrotnie. Zdradzicie, nie ominie was surowa kara. Będziecie wierni — nagrodzę i obdarzę wolnością. Widzicie ten zamek? On będzie panował nad Nagórzem i nad Fier, nad górami i nad wybrzeżem. Chcecie mieć cząstkę tego panowania?
Ludzie milczeli. Niewielu wytrzymywało spojrzenie Razwijara. Odwracali oczy i chowali się za plecami sąsiadów. To byli różni, bardzo różni ludzie; uparci i doświadczeni przez los, zupełnie młodzi, którzy po raz pierwszy najęli się do pracy z dala od domu i starsi, bardziej doświadczeni życiowo. A także sprzedani, kupieni, zrozpaczeni. Odważni. Tchórzliwi. Ponurzy. Źli. I wszyscy oni byli we władzy Razwijara; od wysokiego kowala, wzrostem wyróżniającego się z tłumu, do młodego zabójcy z zakrwawionymi ustami, który, korzystając z tego, że przestał być w centrum uwagi, powoli wycofywał się w kierunku lasu. Trzęsły mu się kolana.
Kowal stał z opuszczoną głową, łypiąc spode łba. W jego twarzy nie widać było strachu, raczej napięcie. Razwijar kiwnął na niego:
— Podejdź.
Kowal posłuchał po krótkiej chwili.
— Jak cię zwą?
— Pajda. Kowal.
— Są wśród was jeszcze inni kowale?
— Tak. Jest jeszcze dwóch.
— Jesteś starszy. Wybierz pomocników. Idźcie do zamku. Znajdźcie chimajryda, nazywają go Łuks, pokaże wam kuźnię.
— Nagóren?!
— Tak — Razwijar nie pozwolił kowalowi odwrócić wzroku. — Jest moim bratem, zawiaduje w zamku orężem, mechanizmami i maszynami. Zróbcie wszystko, żeby kuźnia zaczęła pracować jeszcze dzisiaj. Idźcie!
Mężczyzna stał, cały czas ponuro łypiąc. Razwijar zdusił w sobie chęć przemówienia znowu, wydawało mu się, że kowal nie posłucha. Zapragnął wyciągnąć miecz, ale nawet ręka mu drgnęła. Zapragnął jeszcze coś powiedzieć: „No?” albo „Na co czekasz?”, chciał ze złości tupać nogami, ale pozostał spokojny, nieruchomy. Jego czarny płaszcz, zakurzony na dole, dotykał butów.
Kowal wolno kiwnął głową. Machnął ręką na kogoś w tłumie, wszczął się ruch. Razwijar wypuścił powietrze — tak, żeby nikt nie widział i znowu nabrał je w płuca.
— Ej! Czy wśród niewolników jest starosta?
Wydawał rozkazy i rozporządzenia tak długo, aż ochrypł.
Wypełzli z cienia zapomniani już karawaniarze i także zaczęli komenderować. Razwijar przyuważył, którego z nich ludzie słuchają i niezauważalnie oddawał mu część władzy. Pojawili się strażnicy z zamku, pięciu ludzi, stanęli na podwyższeniu, niczego nie robiąc, po prostu obserwując tłum. Pojawili się w odpowiednim czasie i „maleńki Heks” był im ogromnie wdzięczny.
Jak wolno, myślał, spoglądając na niewolników znowu zebranych w gromadkę i o czymś półgłosem rozmawiających. Jak wolno kojarzą ci ludzie. Żwawiej!
— A co z zabójcą? — zapytał przygarbiony rzemieślnik ze zgrubiałymi stawami na rękach.
Młodzieniec, który prawie dotarł już do odległej furmanki zamarł.
— Kto zabije bez sądu, będzie wisieć — ostro powiedział Razwijar.
Odwrócił się do młodzieńca i powiedział rozkazująco.
— Idziemy.
Noc stała się przedłużeniem dnia, ranek zlał się z wieczorem. Niewolnicy i wolnonajemni przekazywali sobie stojąc w szeregu odłamki kamieni, nosili i rozpiłowywali bierwiona, kręcili blokami. Ruszyła kuźnia. Przekuwano tarcze i klingi, mocowano na murach narzędzia i wielkie arbalety. Dwóch zbiegłych niewolników padło ofiarą własnego tchórzostwa — zastrzelono ich o zmroku, kiedy próbowali uciec przez przełęcz w kierunku Fier.
Jaska stała na wieży, skupiona, z odrzuconą w tył głową, rozdymała nozdrza.
— Patrole nad horyzontem latają dniem i nocą. Póki co nie zbliżają się. Naziemnych szpiegów nie ma. W Nagórzu jest mag. Wyczuje nas, wcześniej czy później.
Razwijar siedział w drewnianym fotelu, przyniesionym z dołu, z pokojów władcy. Było dla niego jasne, że nie zdoła wstać, ponieważ piątą już dobę nie zamykał oczu.
— Skąd wiesz, że na terenach Nagórenów przebywa mag?
— Sam mówiłeś. Wszędzie, gdzie Imperator ustanawia władzę, budują wieżę, a w niej zamieszkuje imperatorski mag.
— Nad nagóreńskimi terenami póki co nie ma władzy Imperatora.
— Wiatr z Nagórza — jej nozdrza rozdęły się — czuję. Pachnie rozpaczą. Przekleństwo wciąż jest w mocy; nie rodzą się dzieci. A żołnierze cały czas umierają. I ci, którzy są przeciwni imperatorskiej władzy, i ci, którzy są jej podlegli. A mag… ja go czuję. Kiedy wiatr się zmieni, on wyczuje mnie.
Razwijar podniósł się. Była to zapewne najtrudniejsza rzecz, jakiej dokonał w życiu, tym bardziej trudna, że nikt tego wyczynu nie widział.
Podszedł do Jaski i objął ją.
— Nie jesteś słabsza od swojego wroga.
— On jest prawdziwym magiem. Zabrali go z domu, kiedy był jeszcze dzieckiem i uczyli, uczyli… Uczyli inni magowie pełni mądrości, wlewali w jego głowę wiedzę, a w ręce władzę.
— Ciebie, a nie jego, wybrał Poranek Bez Skazy. Tobie, a nie jemu, dostał się pierścień. Ty, a nie on, władasz tym zamkiem. I przecież ja jestem po twojej stronie, Jaska, a nie po jego.
Uśmiechnęła się słabo, przyglądając się pierścieniowi na palcu.
— Czuję, jak wiele siły jest w tym zamku. Kamiennej. Jakby skalne robaki były tutaj do tej pory. I była bitwa, kiedy pojawiła się druga siła… Razwijar, powiedz mi jeszcze raz, że jesteś po mojej stronie.
— Jestem po twojej stronie. Zawsze.
— To dobrze — przemówiła poważnie. — Ponieważ za nic nie chciałabym stać się twoim wrogiem.
— Jaska, co ty mówisz?!
Dziewczyna nie słuchała, łapczywie wąchając powietrze.
— Powiedz, jak zginął mag, którego przyprowadzili ze sobą Nagóreni? W dniach oblężenia?
Kiedy jeszcze żył poprzedni władca?
Popatrzył na dalekie góry za wąwozem. W rozdarciu chmur mignął cień skrzydlaka.
— Ty go zabiłeś — głos dziewczyny zadźwięczał triumfalnie. — Dlatego zamek poddał się twojej woli. On ci wybaczył… to, co zrobiłeś potem.