Razwijar ze zmęczeniem zamknął oczy. Zobaczył ciemność. I światło, przedostające się z góry. Przepiękne, przyćmione światło.
— Nie zimno ci, Jaska? Może przynieść jeszcze wody? Albo wina, albo jedzenia?
— Nie teraz — odsunęła włosy z czoła, jasno błysnął pierścień. — Idź, masz dużo spraw.
Zszedł do sali strażników. Dziesiętnik Bran spał albo udawał śpiącego. Razwijar długo chodził z kąta w kąt, poruszając wargami.
Wiatr się zmieni i w Imperium dowiedzą się, gdzie podziała się zbuntowana mag. Przypomną sobie burzę, która zgubiła drużynę przywódcy Koruncha. I nie będą bezpieczni. Wśród ksiąg zmarłego władcy krył się traktat „O magach” przepisany kiedyś przez Razwijara: „Siła każdego maga nie jest niewyczerpana. Jak bohater przenoszący góry, wcześniej czy później upada ze zmęczenia, tak moc ustąpi miejsca bezradności, a winą będą starość, wyczerpanie albo szczęście rywala”.
A tymczasem Chwat zacznie podejrzewać coś niedobrego. Na pewno ma szpiegów w Kipieli.
Chwat jest młodszy i bardziej stanowczy od Nowa; w świecie nocnych baronów zwycięstwo nie przychodzi przypadkowo, nie za darmo, i nie do każdego.
Razwijar zacisnął pięści. Czuł się jak ślepiec, potrzebny był mu szpieg zdolny wywiedzieć się tego, co dzieje się w Fier. Potrzebne mu były jakiekolwiek wiadomości z Nagórza. Które klany kontynuują walkę, a które się poddały? Gdzie wybudowano wieżę? Kto w niej siedzi? Ilu strażników służy namiestnikowi Imperatora w nagóreńskich krainach, ile mają skrzydlaków?
Gołymi rękami nie wyczerpiesz studni. Nowy władca może ile mu się podoba tasować ludzi, ale jest ich za mało. Zbyt mało, a dookoła wrogowie i wojna może zacząć się jutro, dzisiaj… teraz.
— Razwijar.
Zatrzymał się. Leżący dziesiętnik spoglądał na niego rozpalonymi oczami:
— Miedziany Król… słyszałem te słowa. On… władca… rozmawiał jakby sam ze sobą…
Pewnego razu spytałem, co to znaczy. On roześmiał się i odpowiedział… że to dziecięca wyliczanka. Zrozumiałem, że nie należy więcej o to pytać.
Razwijar milczał.
— Miedziany Król to nieznany bożek, któremu przynoszą ofiary — powiedział wreszcie. — Składając na ołtarzu coś drogiego i cennego, człowiek otrzymuje podarek. Tego nie da się zbadać, zobaczyć, to nie jest na zewnątrz. To jest wewnątrz.
— Władca…
— Tak. Byłem mu naprawdę drogi. Postanowił mnie złożyć w ofierze.
Bran poruszył się.
— Skąd wiesz? — jego głos zaszeleścił prawie niesłyszalnie. — O… tym?
— Wyczytałem… w jednej księdze — skłamał Razwijar.
— W księdze — dziesiętnik Bran powtórzył słowa, jakby ważył je w myślach. — A ty…
— Co?
Dziesiętnik ciężko westchnął.
— Nie trzeba… Nie trzeba tego robić. To stara magia, straszna… nieludzka. To obca magia…
— Wiem.
— Nie należy tego robić, to gubi…
— Wiem.
— To zgubiło… także jego.
— To go wywyższyło.
— I zgubiło.
— A kto jest nieśmiertelny?
Po tym bardzo długo w komnacie strażników nie wypowiedziano ani słowa. Razwijar chodził i chodził, i wydeptał ścieżkę na zakurzonej podłodze. Wiatr wył w otworach okiennych. W ciszy zamku, głęboko w dole, pracowała kuźnia.
— Razwijar…
Znowu się zatrzymał.
— Nie chciałem ci mówić… W zamku jest „słodkie mleczko”. W kryjówkach.
Ten drgnął. Nie odpowiadając znowu zaczął przechadzać się tam i z powrotem przed pustym, wygasłym kominkiem.
— To nie trucizna — wyszeptał dziesiętnik. — Ono leczy duszę. Można zapomnieć swoje życie i zacząć nowe. Chciałbym zapomnieć o tej wyprawie. Tylko o niej.
— Bran — powiedział Razwijar. — Opowiedz mi szczegółowo, co się tam wydarzyło. Minuta po minucie. Powinienem wiedzieć dokładnie.
Na czoło strażnika, wysokie, z zakolami, wystąpiły krople potu.
Na drugi dzień wrócił oddział Krzywulca. Przywieźli z chłopskich osad mleko i ser, o zmroku przygnali niewielkie stado płochliwych przyślepek. Pasterze, wywleczeni z jaskiń, przerażeni obiecali wierność zamkowi, ale można było przypuszczać, że będą starali się przenieść się dalej.
— Dogonimy ich — powiedział Razwijar. — W każdym razie głód nam nie grozi.
Krzywulec zajrzał do kuźni, przeszedł się po okolicach zamku, zastał przy pracy rzemieślników, wolnonajemnych i niewolników. Jego ponura twarz trochę się wypogodziła.
— Jak ci się to udało?
Nowy władca, milcząc, spojrzał na niego, a Krzywulec zmieszał się i nisko pokłonił.
Nagórze i chimajrydzi. Port Fier i Chwat. Imperator i jego mag w wieży. Tylko z Nagórenami można próbować sojuszu, ale czy jest to możliwe, po tym wszystkim, co opowiedział dziesiętnik Bran?! Oni zostawiali po sobie wypaloną ziemię, użyźnioną kośćmi. Witam, pozdrowienia od Poranka — mówił władca, wkraczając o świcie do osad Nagórenów — Poranka Bez Skazy! — dodawał i wydawał rozkaz ogniewuchom….
Księga „Kroniki chimajrydów”, kiedyś przepisana przez Razwijara z pamięci, leżała otwarta na brzegu stołu. On sam przechadzał się po Sali Straży, słuchając swoich kroków, poruszając bezgłośnie wargami. Przypomniał sobie ruiny swojego domu i ruiny osady, w której kiedyś mieszkała Jaska. Ruiny, pogorzelisko, brak innego wyjścia, dziwne, że Nagóreni do tej pory sprzeciwiają się władzy Imperatora. Bardzo twardy lud. Inni dawno by się poddali.
O północy wziął pochodnię i poszedł na dół, do więziennych korytarzy. Z jamy, gdzie byli zamknięci przestępcy, niósł się nieznośny smród. Słysząc kroki i blask pochodni, jeńcy zaczęli wołać:
— Ej, kto tam!
— Daj jeść!
— Daj wody!
— Mamy tutaj trupy…
— Łajdaki! Poczekajcie, Chwat się do was dobierze…
— Dobierze się! Kiszki wypruje!
— Cicho — powiedział Razwijar.
W lochu zapanowała cisza.
Przeszedł nad nimi, z daleka obchodząc kratkę w podłodze, wstrzymał oddech. Odsunął zasuwę, podniósł luk nad maleńką podziemną celą, gdzie kiedyś sam się męczył.
— Wychodź.
Młodzieniec, który rozwalił głowę gwałciciela, z trudem wszedł po zrzuconych schodkach.
Skulił się, przykrywając oczy dłonią, zapewne światło pochodni zdawało mu się nieznośnie jasne. Razwijar wyprowadził go z więziennego korytarza na jedną z zewnętrznych galerii.
Był zmierzch. Młodzieniec oparł się łokciami o balustradę i łapczywie oddychał, chwytając świeże powietrze.
— Jak cię zwą?
— Gle… Glenir.
— Dlaczego jesteś w niewoli?
— Za długi — głos młodzieńca załamał się.
— Skąd jesteś?
— Z Fier.
— Twoja rodzina ostała się?
— Siostra i matka.
— Rzemiosło znasz?
— Uczyłem się na lekarza — powiedział młodzieniec cicho. — Wcześniej.
— Długo?
— Nie bardzo. Jedną zimę.
— Kim dla ciebie jest ta dziewka? Z powodu której zabiłeś cieślę?
— Nikim — po twarzy młodzieńca przebiegł dreszcz, ni to bólu, ni to nienawiści.
— Chcesz mi wyświadczyć przysługę?
— Chcę żyć.
— Chcemy tego samego. Idziemy, mam z tobą do pogadania.
Komnata, w której Razwijar po raz pierwszy spotkał władcę i gdzie go zabił, została niedawno wysprzątana do czysta. Basen do połowy napełnił się wodą. Nowy władca usiadł w starym fotelu, zbyt przestronnym i miękkim dla niego.
— Chcesz wina, Glenir?
— Nie, wody proszę.
— Pij — Razwijar wskazał na basen.
Młodzieniec napił się z garści. Patrząc, jak on pije, nowy władca sam poczuł pragnienie.
— Słyszałeś o czym oni rozmawiali? Ludzie w wielkiej jamie?
— Oni… najpierw wyjaśniali, kto służył Nowi, a kto Chwatowi i kto kogo zdradził. Bili się.
Kogoś zabili. Ale ja słyszałem tylko głośne krzyki, przecież siedziałem za ścianą…
— Chcesz posiedzieć z nimi?
— Nie. Proszę!
— Posłuchaj, co ci powiem i zdecyduj, czy się zgadzasz. Jeśli się nie zgodzisz, trudno. Nic ci się nie stanie, zostaniesz do pracy w zamku. A jeśli się zgodzisz… i jeśli potrafisz mi pomóc… wtedy dam ci broń, Glenir. Wtedy wyzwolę z Fier twoją matkę i siostrę i one do końca swoich dni będą żyły bezpiecznie i w dostatku.
Młodzieniec zamrugał z niedowierzania.
— Panie, wy tak mówicie… jesteście magiem?
— Nie. Ale wiem, co robię, nie bój się.