Выбрать главу

Razwijar ze zmęczeniem zamknął oczy. Zobaczył ciemność. I światło, przedostające się z góry. Przepiękne, przyćmione światło.

— Nie zimno ci, Jaska? Może przynieść jeszcze wody? Albo wina, albo jedzenia?

— Nie teraz — odsunęła włosy z czoła, jasno błysnął pierścień. — Idź, masz dużo spraw.

* * *

Zszedł do sali strażników. Dziesiętnik Bran spał albo udawał śpiącego. Razwijar długo chodził z kąta w kąt, poruszając wargami.

Wiatr się zmieni i w Imperium dowiedzą się, gdzie podziała się zbuntowana mag. Przypomną sobie burzę, która zgubiła drużynę przywódcy Koruncha. I nie będą bezpieczni. Wśród ksiąg zmarłego władcy krył się traktat „O magach” przepisany kiedyś przez Razwijara: „Siła każdego maga nie jest niewyczerpana. Jak bohater przenoszący góry, wcześniej czy później upada ze zmęczenia, tak moc ustąpi miejsca bezradności, a winą będą starość, wyczerpanie albo szczęście rywala”.

A tymczasem Chwat zacznie podejrzewać coś niedobrego. Na pewno ma szpiegów w Kipieli.

Chwat jest młodszy i bardziej stanowczy od Nowa; w świecie nocnych baronów zwycięstwo nie przychodzi przypadkowo, nie za darmo, i nie do każdego.

Razwijar zacisnął pięści. Czuł się jak ślepiec, potrzebny był mu szpieg zdolny wywiedzieć się tego, co dzieje się w Fier. Potrzebne mu były jakiekolwiek wiadomości z Nagórza. Które klany kontynuują walkę, a które się poddały? Gdzie wybudowano wieżę? Kto w niej siedzi? Ilu strażników służy namiestnikowi Imperatora w nagóreńskich krainach, ile mają skrzydlaków?

Gołymi rękami nie wyczerpiesz studni. Nowy władca może ile mu się podoba tasować ludzi, ale jest ich za mało. Zbyt mało, a dookoła wrogowie i wojna może zacząć się jutro, dzisiaj… teraz.

— Razwijar.

Zatrzymał się. Leżący dziesiętnik spoglądał na niego rozpalonymi oczami:

— Miedziany Król… słyszałem te słowa. On… władca… rozmawiał jakby sam ze sobą…

Pewnego razu spytałem, co to znaczy. On roześmiał się i odpowiedział… że to dziecięca wyliczanka. Zrozumiałem, że nie należy więcej o to pytać.

Razwijar milczał.

— Miedziany Król to nieznany bożek, któremu przynoszą ofiary — powiedział wreszcie. — Składając na ołtarzu coś drogiego i cennego, człowiek otrzymuje podarek. Tego nie da się zbadać, zobaczyć, to nie jest na zewnątrz. To jest wewnątrz.

— Władca…

— Tak. Byłem mu naprawdę drogi. Postanowił mnie złożyć w ofierze.

Bran poruszył się.

— Skąd wiesz? — jego głos zaszeleścił prawie niesłyszalnie. — O… tym?

— Wyczytałem… w jednej księdze — skłamał Razwijar.

— W księdze — dziesiętnik Bran powtórzył słowa, jakby ważył je w myślach. — A ty…

— Co?

Dziesiętnik ciężko westchnął.

— Nie trzeba… Nie trzeba tego robić. To stara magia, straszna… nieludzka. To obca magia…

— Wiem.

— Nie należy tego robić, to gubi…

— Wiem.

— To zgubiło… także jego.

— To go wywyższyło.

— I zgubiło.

— A kto jest nieśmiertelny?

Po tym bardzo długo w komnacie strażników nie wypowiedziano ani słowa. Razwijar chodził i chodził, i wydeptał ścieżkę na zakurzonej podłodze. Wiatr wył w otworach okiennych. W ciszy zamku, głęboko w dole, pracowała kuźnia.

— Razwijar…

Znowu się zatrzymał.

— Nie chciałem ci mówić… W zamku jest „słodkie mleczko”. W kryjówkach.

Ten drgnął. Nie odpowiadając znowu zaczął przechadzać się tam i z powrotem przed pustym, wygasłym kominkiem.

— To nie trucizna — wyszeptał dziesiętnik. — Ono leczy duszę. Można zapomnieć swoje życie i zacząć nowe. Chciałbym zapomnieć o tej wyprawie. Tylko o niej.

— Bran — powiedział Razwijar. — Opowiedz mi szczegółowo, co się tam wydarzyło. Minuta po minucie. Powinienem wiedzieć dokładnie.

Na czoło strażnika, wysokie, z zakolami, wystąpiły krople potu.

* * *

Na drugi dzień wrócił oddział Krzywulca. Przywieźli z chłopskich osad mleko i ser, o zmroku przygnali niewielkie stado płochliwych przyślepek. Pasterze, wywleczeni z jaskiń, przerażeni obiecali wierność zamkowi, ale można było przypuszczać, że będą starali się przenieść się dalej.

— Dogonimy ich — powiedział Razwijar. — W każdym razie głód nam nie grozi.

Krzywulec zajrzał do kuźni, przeszedł się po okolicach zamku, zastał przy pracy rzemieślników, wolnonajemnych i niewolników. Jego ponura twarz trochę się wypogodziła.

— Jak ci się to udało?

Nowy władca, milcząc, spojrzał na niego, a Krzywulec zmieszał się i nisko pokłonił.

* * *

Nagórze i chimajrydzi. Port Fier i Chwat. Imperator i jego mag w wieży. Tylko z Nagórenami można próbować sojuszu, ale czy jest to możliwe, po tym wszystkim, co opowiedział dziesiętnik Bran?! Oni zostawiali po sobie wypaloną ziemię, użyźnioną kośćmi. Witam, pozdrowienia od Poranka — mówił władca, wkraczając o świcie do osad Nagórenów — Poranka Bez Skazy! — dodawał i wydawał rozkaz ogniewuchom….

Księga „Kroniki chimajrydów”, kiedyś przepisana przez Razwijara z pamięci, leżała otwarta na brzegu stołu. On sam przechadzał się po Sali Straży, słuchając swoich kroków, poruszając bezgłośnie wargami. Przypomniał sobie ruiny swojego domu i ruiny osady, w której kiedyś mieszkała Jaska. Ruiny, pogorzelisko, brak innego wyjścia, dziwne, że Nagóreni do tej pory sprzeciwiają się władzy Imperatora. Bardzo twardy lud. Inni dawno by się poddali.

O północy wziął pochodnię i poszedł na dół, do więziennych korytarzy. Z jamy, gdzie byli zamknięci przestępcy, niósł się nieznośny smród. Słysząc kroki i blask pochodni, jeńcy zaczęli wołać:

— Ej, kto tam!

— Daj jeść!

— Daj wody!

— Mamy tutaj trupy…

— Łajdaki! Poczekajcie, Chwat się do was dobierze…

— Dobierze się! Kiszki wypruje!

— Cicho — powiedział Razwijar.

W lochu zapanowała cisza.

Przeszedł nad nimi, z daleka obchodząc kratkę w podłodze, wstrzymał oddech. Odsunął zasuwę, podniósł luk nad maleńką podziemną celą, gdzie kiedyś sam się męczył.

— Wychodź.

Młodzieniec, który rozwalił głowę gwałciciela, z trudem wszedł po zrzuconych schodkach.

Skulił się, przykrywając oczy dłonią, zapewne światło pochodni zdawało mu się nieznośnie jasne. Razwijar wyprowadził go z więziennego korytarza na jedną z zewnętrznych galerii.

Był zmierzch. Młodzieniec oparł się łokciami o balustradę i łapczywie oddychał, chwytając świeże powietrze.

— Jak cię zwą?

— Gle… Glenir.

— Dlaczego jesteś w niewoli?

— Za długi — głos młodzieńca załamał się.

— Skąd jesteś?

— Z Fier.

— Twoja rodzina ostała się?

— Siostra i matka.

— Rzemiosło znasz?

— Uczyłem się na lekarza — powiedział młodzieniec cicho. — Wcześniej.

— Długo?

— Nie bardzo. Jedną zimę.

— Kim dla ciebie jest ta dziewka? Z powodu której zabiłeś cieślę?

— Nikim — po twarzy młodzieńca przebiegł dreszcz, ni to bólu, ni to nienawiści.

— Chcesz mi wyświadczyć przysługę?

— Chcę żyć.

— Chcemy tego samego. Idziemy, mam z tobą do pogadania.

Komnata, w której Razwijar po raz pierwszy spotkał władcę i gdzie go zabił, została niedawno wysprzątana do czysta. Basen do połowy napełnił się wodą. Nowy władca usiadł w starym fotelu, zbyt przestronnym i miękkim dla niego.

— Chcesz wina, Glenir?

— Nie, wody proszę.

— Pij — Razwijar wskazał na basen.

Młodzieniec napił się z garści. Patrząc, jak on pije, nowy władca sam poczuł pragnienie.

— Słyszałeś o czym oni rozmawiali? Ludzie w wielkiej jamie?

— Oni… najpierw wyjaśniali, kto służył Nowi, a kto Chwatowi i kto kogo zdradził. Bili się.

Kogoś zabili. Ale ja słyszałem tylko głośne krzyki, przecież siedziałem za ścianą…

— Chcesz posiedzieć z nimi?

— Nie. Proszę!

— Posłuchaj, co ci powiem i zdecyduj, czy się zgadzasz. Jeśli się nie zgodzisz, trudno. Nic ci się nie stanie, zostaniesz do pracy w zamku. A jeśli się zgodzisz… i jeśli potrafisz mi pomóc… wtedy dam ci broń, Glenir. Wtedy wyzwolę z Fier twoją matkę i siostrę i one do końca swoich dni będą żyły bezpiecznie i w dostatku.

Młodzieniec zamrugał z niedowierzania.

— Panie, wy tak mówicie… jesteście magiem?

— Nie. Ale wiem, co robię, nie bój się.