— Chcę żyć.
— Chcemy tego samego. Idziemy, mam z tobą do pogadania.
Komnata, w której Razwijar po raz pierwszy spotkał władcę i gdzie go zabił, została niedawno wysprzątana do czysta. Basen do połowy napełnił się wodą. Nowy władca usiadł w starym fotelu, zbyt przestronnym i miękkim dla niego.
— Chcesz wina, Glenir?
— Nie, wody proszę.
— Pij — Razwijar wskazał na basen.
Młodzieniec napił się z garści. Patrząc, jak on pije, nowy władca sam poczuł pragnienie.
— Słyszałeś o czym oni rozmawiali? Ludzie w wielkiej jamie?
— Oni… najpierw wyjaśniali, kto służył Nowi, a kto Chwatowi i kto kogo zdradził. Bili się.
Kogoś zabili. Ale ja słyszałem tylko głośne krzyki, przecież siedziałem za ścianą…
— Chcesz posiedzieć z nimi?
— Nie. Proszę!
— Posłuchaj, co ci powiem i zdecyduj, czy się zgadzasz. Jeśli się nie zgodzisz, trudno. Nic ci się nie stanie, zostaniesz do pracy w zamku. A jeśli się zgodzisz… i jeśli potrafisz mi pomóc… wtedy dam ci broń, Glenir. Wtedy wyzwolę z Fier twoją matkę i siostrę i one do końca swoich dni będą żyły bezpiecznie i w dostatku.
Młodzieniec zamrugał z niedowierzania.
— Panie, wy tak mówicie… jesteście magiem?
— Nie. Ale wiem, co robię, nie bój się.
Tari–Koło ze swoim oddziałem, patrolującym przełęcz, został uprzedzony wcześniej:
— Przepuść ich. Tak, żeby myśleli, że udało im przedrzeć się siłą. Tak, żeby z twoich ludzi nikt nie zginął. I żeby nikt, ani jedna dusza, się nie domyślił.
— Ale jak ja zdołam…
— Jak chcesz.
Nocą z zamku uciekło pięcioro zbirów i Glenir, były niewolnik. Trzech zbiegów było w zmowie z Razwijarem, ale żaden nie wiedział o innych. Każdy uważał siebie za jedynego szpiega. Nowy władca stracił długi dzień na tę nieprzyjemną, brudną robotę. Wydobyć opryszka z jamy. Przesłuchać. Wywnioskować. I podjąć decyzję: werbunek albo „słodkie mleczko”.
Zbóje, którym Razwijar nie mógł zawierzyć, zapominali o całym swoim poprzednim życiu i teraz nosili bierwiona razem z niewolnikami. Nie można powiedzieć, żeby wyróżniali się z tłumu, ponieważ połowa żywego towaru sprzedanego na rynku w Fier, była pozbawiona pamięci za pomocą słodkiego napoju.
Z przełęczy przyszedł Samar, młody strażnik służący pod dowództwem Tari–Koła. Miał szarą twarz:
— Władco… My ich przepuściliśmy. Nie zdołaliśmy zatrzymać.
— Jesteś ranny?
Posłaniec miał mocno przecięte ucho. Razwijar usiadł z nim, lecząc go winem, wypytując, co wydarzyło się na przełęczy. Zbiegowie byli uzbrojeni tylko w krótkie noże, ale zaskoczyli patrol znienacka.
— Było bardzo ciemno… zgęstniały chmury… Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni… Koło pozwolił odpocząć, inaczej nie wytrzymalibyśmy do rana… Strzelaliśmy, ale było ciemno…
Chcieliśmy ścigać ich w drodze do Kipieli, ale w takich ciemnościach…
— Tari zabronił? — wyrwało się Razwijarowi.
Samar popatrzył na niego wzrokiem pełnym cierpienia — Tari–Koło był jego naczelnikiem i przyjacielem.
— Władco, my wszyscy jesteśmy winni…
— Kiedy będziecie winni, to wam powiem — odezwał się ten niemal wesoło. — A teraz idź spać.
W dniu, kiedy Tari ustąpił z przełęczy, Razwijar głośno i przy wszystkich udzielił mu reprymendy. Później, gdy byli sam na sam, objął go.
— Do czego ci to potrzebne? — szeptem zapytał Koło.
— Milcz. Potem wyjaśnię.
Wrócił do sali strażników, padł na skóry i przespał kamiennym snem kilka godzin. We śnie zrobiło mu się bardzo zimno. Skulił się, przyciskając kolana do brzucha. Wokół była lodowata woda i ognie miasta Mirtie, dalekie, obojętne. Znowu był chłopczykiem, którego wyrzucili za burtę. Ręce i nogi drętwiały, szamotał się, starając rozgrzać i przeżyć.
Obudził się dlatego, że zrobiło się ciepło. Otworzył oczy. Obok siedział Łuks i ogrzewał go miękkim, pokrytym sierścią bokiem.
— Zimno? Chcesz, rozpalimy w kominku?
— Rozkazałem ogrzewać tylko piec z ogniewuchami.
— Razwijar krótko westchnął.
— Mamy całą karawanę z drewnem.
— Nie należy go palić. Potem nie starczy… jednego pala do paleniska, jednego bierwiona na belkę i wszystko się zawali.
— Śniło ci się coś strasznego?
— Głupstwo — Razwijar przeciągnął się. — Co ty tam chowasz pod płaszczem?
— Przyniosłem ci podarunek.
Łuks rozwinął pakunek i wyłożył na skórę przyślepki dwa kindżały — jasne, wąskie, płynnie wygięte. Ich linia przypomniała Razwijarowi udziwniony zapis dużej litery „stigma”. Wzdłuż ostrzy ciągnął się finezyjny, dekoracyjny napis, a rękojeści wysadzane były drogocennymi kamieniami. Nie było to jednak zdobnictwo, dla samej ozdoby. Nieznani płatnerzy starali się osiągnąć doskonałość wyrobu, zaprawdę, śmiercionośna broń powinna być piękna.
— Do walki w parze — Łuks zmrużył oczy z zadowolenia. Pachniał dymem i potem. Jego twarz i tors były umorusane sadzą, skórzany bezrękawnik odchylił się na piersi. — To najlepsze, co znaleźliśmy w tutejszej zbrojowni i nie trzeba było przekuwać, wystarczyło tylko zaostrzyć.
Weź je! Są twoje.
Władca chwycił za rękojeści. Przeszedł się po komnacie, zamachnął, przymierzając się do broni. Kindżały zdawały się przedłużeniem rąk.
— Dziękuję… Długo spałem?
— Potrzebny był ci odpoczynek… Nie martw się, wszystko bez zmian.
— Będą — Razwijar zakręcił klingi dwoma rękami, słuchając jak tną na strzępy zleżałe duszne, powietrze. — Będą zmiany… Najadą na nas i Nagóreni, i Imperator, i Chwat. Nie będą czekać, aż my odbudujemy zamek i zbierzemy ludzi do obrony… Mamy półtora dziesiątki wojowników, pozostali to niewolnicy i rzemieślnicy, baby i starcy…
— Mamy maga.
— Oni także mają maga, Łuks.
— My mamy ciebie!
Razwijar opuścił ręce. Ostrza musnęły podłogę, prawie niedosłyszalnie zadźwięczały o kamienne płyty.
— Ty zawsze zwyciężasz, Razwijar — Łuks ni to potwierdzał, ni to pytał. — Przecież osiągasz wszystko, co tylko sobie zaplanujesz! Uda się i tym razem, nieprawdaż?
To nie był ranek, jak sądził Razwijar, a południe pod niskim, zasnutym chmurami niebem.
Kiedy razem — chimajryd i jeździec — poszli w góry, chmury rozstąpiły się i wyszło słońce.
Wypisywał rękami stalowe litery, zawisające, zdawało się, w powietrzu. Wszystkie ich próby walki w parze, wszystkie lekcje Łuksa złożyły się wreszcie w jedną całość, niby części mechanizmu, a brakującym ogniwem były nowe kindżały. Jeździec wierzchem na czworonogim bracie był niepokonany — tak w każdym razie zdawało się Razwijarowi. Nieustanny ruch, bez jednej przerwy; prościej trafić w latającego motyla. Ściana kręcących się kling. Cztery pracujące zgodnie ręce, cztery potężne pazurzaste łapy. „Maleńki Heks” przypomniał sobie, jak bano się w zamku chimajrydów i tylko ogniewuchy mogły sobie z nimi dać radę, cóż za nieuczciwy chwyt.
Okropne bezmózgie stworzenia przeciwko niepokonanym w otwartej walce żołnierzom.
I od razu przypomniał sobie, jak strażnicy Imperium rozstrzelali z powietrza wodzów z klanu Równonocy. Jedna strzała — jedna śmierć, i tylko starcowi chimajrydowi dostały się dwie.