Выбрать главу

Popatrzył na zamek. Unosiły się dymy, pracowała kuźnia, palił się piec z dwoma ostatnimi jajami ogniewuchy, to zwierzę jest jeszcze młode, powiedział dziesiętnik Bran. Znosi jaja rzadko i do tego małe. Trzeba czekać, kiedy będzie starsze…

Łuks skakał w dół po zboczu, wręcz przelatując z kamienia na kamień. Razwijar scalił się z siodłem, uchwyciwszy za skórzany rzemień popręgu. Zdawało mu się, że to Jego łapy odbijają się od ziemi, w Jego ciele przetaczają się sprężyste, falujące jak woda mięśnie Łuksa, i to Jego oczami patrzy na świat chimajryd. Jeździec i jego brat niczym jedna istota — jedno stworzenie.

Razwijar w pełni odczuł to zespolenie i świętując ten fakt, krzyczał co sił w płucach.

Wiatr się zmienił.

* * *

— Miedziany Królu, Miedziany Królu…

Klingi leżały na brzegu basenu. Ogienek świecy odbijał się w wodzie, igrał na stali, przełamywał się w drogocennych kamieniach. Był sam w komnacie, drzwi na balkon przekrzywiły się i wisiały na jednym zawiasie. Z zewnątrz ciągnęło zimnym wiatrem.

— Weź, co jest mi drogie. Daj, czego potrzebuję.

W jego życiu nie było znowu tak wiele oręża, szczególnie takiego, do którego warto byłoby się przywiązać. Swój ciemny miecz Heksów cenił, ale nigdy go nie polubił. A te klingi, niemal żywe ze swoim narowistym charakterem, jakby przejęły cechy Łuksa, który znalazł je i wybrał dla swojego jeźdźca…

Mimowolnie wyciągnął się, chcąc chwycić broń za ciepłą rękojeść, złapać i utrzymać. Ręka trafiła na kamień.

Zamrugał. Łzawiły mu oczy od wiatru i ze zmęczenia. Na brzegu basenu niczego nie było.

Razwijar przesunął po gładkim kamieniu koniuszkami palców, jakby nie pojmując, co się stało, nie umiejąc przywyknąć do tego, znowu się zmieszał…

A potem zalała go jasna fala ciepła. Ciężar ostatnich dni zmienił się w biały puch. Latające płaty zastygły, zlewały się z błyskami na wodzie, trzasnęły niewidoczne obręcze, ściskające głowę i pierś.

Ukląkł. Przyłożył policzek do chłodnego kamienia.

Roześmiał się.

* * *

Przechadzał się z kąta w kąt, a Jaska bacznie wodziła za nim oczami. Jakby nie mogła zrozumieć, dlaczego on tak często się uśmiecha?!

— …mapa to tylko zarys, sama ziemia — mówił Łuks z przerwami. — Nie ma na niej zaznaczonych zasadzek. Rozstrzelają nas z ukrycia, zanim otworzysz usta!

Chimajryd denerwował się. Jego pasiasta sierść stawała dęba, co i rusz gładził dłońmi boki i mówił bez ustanku, lał słowa jak wodę. Razwijar słuchał go i nie słyszał.

— Nikt nie będzie z tobą rozmawiał. Nie ma takiej siły, która by ich do tego zmusiła. Znasz Nagórenów… nie, ty nie znasz Nagórenów! U nas… to znaczy u nich, życie ma zupełnie inną wartość. Jeśli coś jest przypisane tradycji, będzie wypełnione bez względu na cenę, zapłacone krwią swoją i cudzą… Niewolni, jeźdźcy, kobiety, dzieci… Jak woda, która zawsze płynie w dół.

Ostroga w bok… Niekiedy rozumiem Poranka. Tak nienawidzić można tylko Nagórenów i tylko ten, kto wśród nich wyrósł!

— Co w takim razie robić? — zapytał Razwijar, doczekawszy w końcu chwili, kiedy Łuks na moment zamilkł, żeby wziąć oddech. Nie oczekiwał odpowiedzi, w jego wnętrzu zachodziła niewidoczna praca. Przychodziły myśli, na pierwszy rzut oka bezsensowne. Tkały się niteczki zrozumienia, delikatne ciężarki rozważały „za” i „przeciw”. Słowa przyjaciół padały na szale wewnętrznej wagi ziarnkami piasku, pyłkami albo ciężkimi odważnikami.

— Trzeba iść — powiedziała dziewczyna. — Tylko zabierz z sobą ogniewuchę. Wtedy będą musieli cię wysłuchać.

Łuks wysunął pazury przednich łap:

— Ogniewucha jest posłuszna trzy dni i trzy noce. Nagórze to nie talerz… Jeśli oni nie zechcą się z tobą spotkać, to ich nie spotkasz, będziesz włóczył się miesiąc, a może i rok po pustej ziemi.

Niczego się nie dowiesz. A larwa przepadnie. Mamy tylko dwie…

Jaska siedziała, okutana płaszczem, niepokojąco blada na tle ciemnego ubioru.

— Mogę odnaleźć ich po zapachu. Mogę wyczuć, czy kłamią czy nie. Wypuszczę wiatr albo trąbę powietrzną, żeby przekonali się. Oni boją się magów, Łuks.

— Dobrze! Wspaniale! A jeśli natkniesz się na imperatorskiego maga?

— Poczuję…

— Jakaś ty potężna! Może w ogóle pójdziesz sama? Naga z pierścieniem na palcu?!

— Dureń — powiedziała Jaska. — Po prostu tchórzysz. Nie chcesz tam iść, dlatego wymyślasz wymówki.

— Tak, tchórzę! — skóra Łuksa drgnęła, jakby od ukąszenia spragnionego komara. — Ponieważ znam Nagórenów i Nagórze, a wy nie. Może…

Zaciął się. Nagle poczerwieniał. Od napływu krwi jego smagła twarz stała się ziemistobrązowa. Wypłowiałe białe włoski nad górną wargą i na podbródku wydały się wyraźniejsze. Razwijar mógł się tylko domyślać, jakie słowa gotowe były wyrwać się z ust półczłowieka. Jak żywe stanęły mu przed oczami kolczaste krzaki, chmary motyli krwawników, skazana twarz umierającego chimajryda: „Jeśli jeździec umiera w boju albo na polowaniu, w ślad za nim powinien umrzeć jego brat. Jeśli umiera żona, to jeździec może poślubić inną. Jeśli kobieta nie może urodzić czwórki dzieci, ofiarowują ją Jezioru Urodzaju…”.

— Jak taki naród mógł uznać władzę Imperatora? — zapytał głośno.

— Nie uznał — przypomniała dziewczyna.

— Dla zemsty, tak — wymamrotał Łuks. — Oni nienawidzą każdego kamienia w tym zamku i każdej kropli wody w jego źródłach. Chcesz do nich iść? Idź! Dobrze będzie, jak dociągną cię do Jeziora Urodzaju, żeby jak należy przeprowadzić oczyszczający rytuał. Ale mogą też po prostu spalić cię pod drzewem, ku pamięci tych… którzy spotkali się z ogniewuchami.

— Ty ich bardziej nienawidzisz, czy bardziej żałujesz? — zapytała Jaska. — Swój naród?

Chimajryd wstał. Otrząsnął się:

— Nie chcę więcej rozmawiać o moim plemieniu i nie będę rozmawiał. Razwijar, decyduj, ty jesteś jeźdźcem. Ja tylko proszę cię jak brata, byś uwierzył w to, co powiedziałem.

I wyszedł. Władca i mag zostali sami w komnacie władcy, gdzie powoli wypełniał się wodą basen i paliły świece wzdłuż ścian. Razwijar patrzył na taflę. Jego wargi poruszały się.

„Nagóreni wierzą, że Jezioro Urodzaju mieści dusze wszystkich; nienarodzonych i już umarłych, i dlatego każdy magiczny obrządek jest zawsze związany z tym jeziorem”.

„Największy zaszczyt, jaki Nagóreni mogą okazać wrogowi, to przynieść jego krew w ofierze Jezioru Urodzaju. Uważa się, że takie ofiary są w stanie odsunąć nieszczęście… Składanie ofiary odbywa się na oczach ludu”.

— Zostawmy Łuksa w zamku — cicho powiedziała Jaska. — On naprawdę… nie powinien tam iść. Jego już raz skazali.

— Dwa razy — wyszeptał Razwijar.

— Tym bardziej. Pójdziemy razem. Weźmiemy strażników, broń, ogniewuchy. Będą się przeciwstawiać, tym gorzej dla nich. Ty jesteś władcą zamku, ja jestem twoim magiem. Jesteś panem tych ziem, pokaż im to!

— Masz rację — powiedział Razwijar.

— Zrobisz, jak mówię? — Dziewczyna rozpromieniła się, błyskawicznie odmłodniała, w taki zachwyt wprawiła ją myśl, że on bierze pod uwagę jej słowa.

— Pomyślę — obiecał. — Jest o czym pomyśleć.

Położył ją spać. Wyczerpana dyżurem na baszcie, zasnęła błyskawicznie. Przeszedł się po zamku, sprawdził posterunki, zszedł do komnaty strażników. Przy łóżku Brana krzątała się dziewczyna, ta sama, która niedawno szlochała skulona na ziemi przed tłumem, obok martwego gwałciciela. Na widok Razwijara upuściła kubek, po podłodze rozsypały się gliniane skorupki.