Выбрать главу

Dziewczyna przeraziła się. Upadła na kolana i rzuciła się do zbierania odłamków.

— Potem pozbierasz — powiedział. — Odejdź.

Rzuciła się obok niego do drzwi, nie śmiąc podnieść oczu. Razwijar podszedł do dziesiętnika.

Ten leżał na czystej pościeli, obok stała pusta miska po kaszy.

— Troszczy się — powiedział do leżącego.

Zdjął płaszcz. Przez głowę ściągnął kolczugę. Trącił skorupkę noskiem buta, ta potoczyła się, brzęcząc, po podłodze.

— Posłuchaj, Bran. Byłeś przy Jeziorze Urodzaju?

Razwijar usiadł na skórach, skrzyżował nogi i zaczął opowiadać. Dziesiętnik słuchał najpierw nieufnie, potem w napięciu, potem jego oczy zabłysły, a on sam podniósł się na łokciu:

— To obłęd! Mały… Władco mój, to szaleństwo.

— Dlaczego?

— A jeśli oni zabiją cię od razu?

— Możliwe. Ale wszystko co wiem o Nagórenach, mówi mi: nie zabiją. Oni lubią rytuały.

Szczególnie w nieszczęściu, kiedy nie ma nadziei na odmianę losu.

— A jeśli odetną ci język?

— To będzie bardzo przykre — po namyśle stwierdził Razwijar.

— Pomyśl, ile znaczysz! Dla zamku, dla… twojej kobiety i twojego przyjaciela. Jeśli umrzesz…

— Bran, spójrz skrzydlakowi w oczy. Zamek nie ostoi się bez sojuszników. A nie mam nic do zaproponowania Imperatorowi, czy nawet Chwatowi. Nie mam nic, co mógłbym rzucić na szalę.

Dziesiętnik usiadł na swoim łożu.

— Posłuchaj…

— Nie mam więcej czasu na rozmowy. Wszystko co powiedziałem tobie, powiesz im, ale nie wcześniej niż jutrzejszego dnia. Bliżej wieczora.

Nie słuchając więcej starca, Razwijar wstał. Przebrał się w prostą odzież strażnika — skórzane spodnie, ciemną koszulę, ciepłą kurtkę ze skóry przyślepki. Zostawił w komnacie miecz Heksów razem z pasem. Złapał butelkę, sznur z hakami, nóż. Postał chwilę, namyślając się.

— Idę, Bran.

Starzec patrzył na niego z nabożnym strachem. Jego wargi bezgłośnie się poruszały.

* * *

Była noc. Razwijar przemierzał Nagórze, para ulatywała z ust, w zimnym powietrzu słychać było dźwięk najmniejszego kamyczka, jaki wyrywał się spod nóg. W ciemności oświetlonej tylko gwiazdami, zdążył zobaczyć przed sobą pagórek z dwoma szczytami, jednym lesistym, drugim nagim i przypomniał sobie nazwę na mapie: „Łysulec”.

Teraz dzięki temu dokładnie wiedział, gdzie się znajduje.

Zatrzymał się, żeby złapać oddech i kątem oka zauważył jakiś ruch. Ręce same wyciągnęły się do miecza, którego nie było i w tym momencie ktoś narzucił mu worek na głowę. Wszystko odbyło się tak szybko, że nawet nie zauważył, kim byli napastnicy.

Wolałby, żeby go nie bili, ale najeźdźcy byli skorzy do bójki. Czyjeś pazury rozerwały rękaw, czyjś sapog z całej siły wbił się w żebra. Razwijar przestraszył się, że zabiją go na miejscu. To byłoby okropnie głupie i przykre, próbował coś powiedzieć, ale zatkali mu usta.

Przestali bić. Przerzucili w poprzek siodła i puścili się galopem, Razwijar ledwie trzymał się na jego grzbiecie, każdy sus odbijał się tępym bólem w żebrach. W pewnym momencie zaczął się dusić. Porywacze zawiązując mu usta zanadto się postarali.

Galop trwał długo. Prawie tracąc przytomność zdołał osłabić węzeł ściskający twarz i wypchnąć cuchnący gałganek, tkwiący głęboko w gardle. W końcu gdzieś przed nimi dały się słyszeć głosy, przez materiał worka mignęło światło i młody, urywany głos, ledwie powstrzymując dumę, Oznajmił:

— Wodzu, złapaliśmy go. Jest z zamku, zabłądził na granicy. Wzięliśmy go!

— Rozwiązać — powiedział ciężki, ponury bas.

Razwijar zakaszlał, chwytając powietrze. Zdjęli mu z głowy worek, zostawiając ręce spętane za plecami. Paliło się ognisko. Przy ogniu siedział stary człowiek w narzutce splecionej z traw.

— Kto to taki?

— Zapewne jest z zamkowej straży — odezwał się drugi z chimajrydów spośród tych, którzy pojmali Razwijara. — Po ubraniu widać, że to nie robotnik i nie niewolnik… Tak. Rzeczywiście to strażnik. Przeszedł w ciemnościach granicę, śledził, a może…

— Zamilcz, Światło.

Razwijar głęboko odetchnął — i zmarszczył czoło z bólu. Czuł, jakby ktoś wetknął mu pogrzebacz w żebra.

— Będziesz mówić to umrzesz szybko — odezwał się wódz, cały czas tym samym ciężkim głosem. Był to głos człowieka zrozpaczonego, który przeżył tortury i był gotowy na śmierć.

— Będę mówił, ale nieprędko umrę — odpowiedział Razwijar, starannie wypowiadając słowa. Jego wargi napuchły i wydawały się strasznie duże, ale zęby były całe i język nie odmawiał mu posłuszeństwa.

Wódz oderwał oczy od ognia i wreszcie na niego popatrzył. Razwijar klęczał przed nim ze związanymi rękami. Włosy opadały mu na twarz. Potrząsnął głową, żeby lepiej widzieć rozmówcę.

— Kim jesteś? — ostro zapytał stary Nagóren.

— Najpierw powiedz, kim ty jesteś. Sługą Imperatora, młodszym obywatelem Imperium bez prawa do noszenia broni? Czy może pozwolono ci zostawić miecze, jeśli uznasz władzę namiestnika?

Któryś z młodych, stojących z tyłu, uderzył go nogą w kark. To był jeździec, nosił ciężkie sapogi, Razwijara rzuciło do przodu, i przed oczami wybuchły mu ognie. Nieomal upadł twarzą w ognisko, ledwie zdążył się odtoczyć. Skóra, opalona jeszcze przy gnieździe ogniewuchy, zaczęła pulsować bólem na nowo.

— Odsuń się, Goniec — ryknął wódz. — Hodowali cię jak trawę, nie panujesz nad sobą… Jak wy wszyscy, najostatniejsi z ostatnich… On naprawdę jest z zamku?

— Naprawdę. Śledziliśmy go od samej granicy— powiedział młody chimajryd, którego zwali Światło.

Razwijar zgrzytnął zębami i podniósł się znowu na kolana. Przysiadł na piętach.

— Powiedz wodzu, służysz Imperatorowi?

— Trzeba było odciąć mu język — ze złością powiedział ktoś za jego plecami.

— Jeśli odetniemy mu język, to jak go wypytamy? — zaoponował inny głos. — Niech powie, ilu ludzi jest w zamku, czy pójdą mu na odsiecz?

Razwijar zmarszczył czoło od bólu w boku.

— W zamku nie ma tak wielu ludzi, ale jest mag. Następca Poranka Bez Skazy, który ma jego pierścień. On może was zgubić. Ale jest też władny zdjąć przekleństwo.

Stary Nagóren gwałtownie się podniósł. Razwijar zobaczył, że nie ma lewej ręki, aż po łokieć.

— Będziesz długo umierać za świętokradztwo. Zapłacisz nie tylko językiem.

— Ty zapłacisz czymś więcej, wodzu. Swoim ludem i swoją ziemią.

— Zabijcie go! — warknął starzec.

Zadźwięczała stal. Szarpnęli go za włosy i przechylili w tył głowę, zobaczył gwiazdy i sylwetkę chimajryda, uderzająco podobnego do Łuksa. I zapragnął żyć, jak nigdy dotąd.

— Stój! — wychrypiał starzec. Ostrze miecza dotykało szyi.

— Zbyt szybko? — zapytał ktoś z ciemności. — On nie zasłużył na lekką śmierć, przecież on…

— Zamilcz!

Starzec podszedł bliżej. Zajrzał w odchyloną do tyłu twarz Razwijara:

— On jest wart tego… Żeby złożyć go w ofierze Jezioru Urodzaju. To wszystko, co możemy… Jego krew. Nadziei jest mało. Ale powinniśmy spróbować.